Archive for Marzec, 2011

Powrót na niziny

środa, Marzec 16th, 2011

Coraz trudniej wskakuje nam się ranem w buty. Dziś jednak musieliśmy być czujni. Chwila nieuwagi i możemy nie zdążyć na powrotny transport do Banaue. W skutkach byłoby to fatalne. Wieczorem mamy wykupiony autobus do CUBAO – następnego z miast aglomeracji Manilii. Co ciekawe podczas naszej wędrówki po Filipinach raz tylko spotkaliśmy na Palawanie parę z Polski. Potem była wielka przerwa. Dopiero w Sagadzie nadrobiliśmy to statystyczne niedopatrzenie losu. Najpierw spotkaliśmy dwie podróżujące razem pary, a potem 11 osób, które właśnie rozpoczynały tramping po Filipinach z jednym z polskich biur. Miło było powymieniać się doświadczeniami i spostrzeżeniami na temat tego co tu spotkaliśmy. Zdarza się, jak w tym przypadku, że miło łechta nas świadomość tego, że znów udało się w bardzo krótkim czasie zobaczyć więcej i duuużo taniej niż inni, ale o tym w podsumowaniu naszej wyprawy już wkrótce… Dzisiaj pogoda znów przestała nam dopisywać, ale to już pomału przestaje być naszym problemem. Wszystko co chcieliśmy zobaczyć i wszystko, czego chcieliśmy tutaj doświadczyć – już zostaje za nami. Odrobina słońca przydałaby się jednak, aby… dosuszyć nasze pranie, które pozostało do wyschnięcia na tarasie naszego hotelu. Przez 2 dni nasze t-shirty miały fantastyczny widok na tarasy ryżowe w Banaue 🙂 Z jeepneya do jeepneya i po wyczerpującej podróży w nabitym jak słój z ogórkami „luku” pasażerskim dojechaliśmy do Banaue. Warto dodać, że średnia prędkość jeepneyem po górskich, okolicznych drogach to ok 15-20 km/h. Drogi, pomimo, że całkiem niezłe, są często niedokończone, lub zasypane przez osuwiska. Beton w trakcie deszczu robi się dość śliski, a brak tu właściwie jakichkolwiek zabezpieczeń przed przypadkowym osunięciem w NAPRAWDĘ kilkusetmetrowe miejscami przepaści. Jadąc pojazdami w takim stanie technicznym, że nie weszlibyśmy tam z najbliższymi i z ogumieniem, któremu do rozprucia wystarczyłaby sucha igła sosnowa, wiedzieliśmy, jak niedużo trzeba, aby po metrowym poślizgu wylądować 200m niżej i zawisnąć wspartym na drzewach jak kolejna metalowa trumna na skale w Sagadzie. Aż taka tragedia się nie wydarzyła. Pojawiła się tylko inna, mniejsza. Jechały z nami 4 Niemki, które prześcigały się w układaniu głupich żartów i dowcipkowaniu na temat… tutejszej biedy, brudnych dzieci czy ich ubioru. Ale miały radochę!!! Śmiechom nie było końca… Zawstydzeni za Wspólną Europę wyszliśmy w Banaue wściekli za takie zachowanie. Ubrania na szczęście wyschły. Zdążyliśmy jeszcze coś zjeść i kupić owoce na powrót do Manilii. Wsiedliśmy do autobusu i tak oto kończymy naszą przygodę z Filipinami. Jutro wieczorem wylatujemy jeszcze na chwilkę do Hong Kongu i Chin, ale nie będziemy powielać pięknych i wypełnionych po brzegi treścią relacji z ubiegłorocznej wyprawy. Będąc tam postaramy się o jakieś fajne podsumowanie całości wyjazdu. Spróbujemy podać wszystkie ważne informacje dotyczące cen i najważniejszych zagadnień, które dotyczą każdego turysty na Filipinach.

Wiszące trumny

wtorek, Marzec 15th, 2011

Bardzo trudno było nam wstać z łóżek. O 8:30 odjeżdża jeepney realizujący regularne połączenie publiczne pomiędzy Banaue, a oddalonym o 47 km Bontoc. Stamtąd już tylko nieco ponad pół godziny mozolnego drapania się do usytuowanej na wysokości 1500 m Sagady. Do Bontoc dojechaliśmy po 2 godzinach. Po następnej byliśmy już w Sagadzie. Już wyjeżdżając, byliśmy świadomi tego, że wrócimy z powrotem do Banaue dopiero nazajutrz, a to dlatego, że po południu nie ma przecież transportu powrotnego. Sagada powitała nas typowo górską roślinnością. Wokół sosny i piętrzące się pośród zabudowań skałki. Szybko udajemy się do oddalonej około kilometr od centrum, jaskini grobowej Lumiang Cave. Głęboka jaskinia, do której przedsionka jedynie da się wejść, zaskakuje nieco nasze oczekiwania, które spodziewały się czegoś na kształt rzymskich katakumb. W przedsionku kilkadziesiąt trumien ułożonych jedna na drugiej.

day22_1

Trumny wydrążone w kawałku pnia drzewa. Niektóre otworzone zębem czasu. W środku przez szczeliny dojrzeć można szczątki przebrzmiałych istnień. Po kilkudziesięciu minutach jesteśmy w pobliżu skałek, na których wiszą pierwsze zauważone przez nas trumny.

day22_2

Poszliśmy troszkę wyżej, aż do leśnej przecinki położonej na wzgórzu pośród skał, z którego roztaczał się nam piękny widok na skały u podnóża których było wejście do odwiedzonej przez nas Lumiang Cave. Odpoczęliśmy trochę napawając oczy piękną panoramą na okolice górskiego miasteczka. Za kościołem po przejściu cmentarza, na którym na grobach w miejscu znanych nam zniczy zapala się ku pamięci bliskim małe ogniska

day22_4

Dotarliśmy do najbardziej znanego z przewodników skupiska wiszących na skale trumien. Te w przeciwieństwie do poprzednich były na wyciągnięcie ręki.

day22_3

Może to znów zmęczenie spowodowało, że Sagada bardzo nas rozczarowała, a może to nasza wyobraźnia zaserwowała nam obrazy, które w rzeczywistości były dużo skromniejsze… W Sagadzie możecie zobaczyć również przepiękną jaskinię z niezwykle wyrafinowaną szatą naciekową, o której nie znajdziecie ani słowa w przewodnikach. SUPER! Znaleźliśmy jakiś przytulny pensjonacik i nadrabiamy wpisy, zanim z nóg zetnie nas zamykające nam powieki zmęczenie…

Obóz pracy

poniedziałek, Marzec 14th, 2011

Do Banaue dotarliśmy tuż po godzinie 6:00. W takiej „biedzie” wystającej zza każdego zakamarka jeszcze na Filipinach nie byliśmy. Wiecie jak wyglądać może bieda w mieście… Bardzo szybko udało nam się znaleźć hotel, który jak na zadane przez nas kryteria cenowe, oferował bardzo fajne warunki pobytowe. Przeprowadziliśmy jak zwykle mały wywiad na rozpoznanie terenu i możliwości zagospodarowania naszego czasu. Kupiliśmy bilety powrotne do Cubao i wyruszyliśmy do Batad, aby obejrzeć znane na całym świecie tarasy ryżowe okolic Banaue.
Banaue jest małą miejscowością położoną w górach na wysokości około 1200mnpm. Góry wypiętrzają się tu wysokimi, gęsto pokrywającymi teren wzgórzami.

day21_1

Generalnie każda mniejsza lub większa osada, aby przeżyć, rozwinąć się, musiała posiadać swój ryż jako podstawę do wykarmienia rodzin. Strome ukształtowanie terenu wymogło na lokalnej społeczności przekształcenie wzniesień w poziome poletka uprawne – tarasy, którymi usiane są wzgórza wokół każdej osady. Posiada takowe każda wieś, każda miejscowość. Wszystkie są bardzo urokliwe, choć ocena tego jest możliwa dopiero po wydrapaniu się w miejsce, gdzie będzie można faktycznie napawać się pięknem widoku tarasów. Nie zawsze jest to łatwe. Zwykle wyglądają one najefektowniej z sąsiednich wzgórz, na które rzadko można się łatwo wydrapać turyście nie znającemu lokalnych ścieżek. Znacznie rzadziej tarasy są w stanie wzbudzić zachwyt stojąc wprost nad nimi, a zupełnie nieefektownie wyglądają patrząc na nie z dołu. Pojawiając się tu w środku filipińskiego lata, w porze żniw, trafiliśmy tym samym na czas, w którym tarasy ryżowe wyglądają z definicji źle. Jest świeżo po żniwach, więc prócz nielicznych tarasów z młodą, świeżą zielenią rozsad ryżu, pozostałe emanują przebrzmiałą żółcią ściernisk

day21_2lub brązem świeżo zaoranego błotka.
day21_7

To nieprawda, że tarasy w Banaue są brzydsze od tych najczęściej odwiedzanych w Batad. Są moim zdaniem dużo ładniejsze, a z pewnością duuużo większe. Aby je zobaczyć z najlepszej możliwie perspektywy, należy wspiąć się na wzgórza idąc częściowo parę kilometrów za drogą prowadzącą do Bontoc. Obraz psują niestety koszmarne zabudowania Banaue, której mieszkańcy coraz częściej zamiast ciężkiej pracy na tarasach, wybierają uganianie się za turystami, oraz straszliwa bieda ułożonych wzdłuż drogi domostw tutejszej ludności. Jakiś czas temu zamienili swoje ślicznie wpisujące się w koloryt okolicznych gór domki, na przypominające teraz wielki slums konstrukcje z betonu.

day21_8

Trudno je nawet nazwać budynkami. Niewątpliwym atrybutem tarasów ryżowych wokół wioski Batad jest możliwość ich podziwiania z każdej strony, z której się chce. Wioska otoczona jest tu przez góry tak, że jej położenie przypomina usytuowanie na dnie krateru o stromych zboczach. Możecie tu PRAWIE bez żadnych kłopotów spacerować wokół i z każdej strony podziwiać piękno pejzażu wpisanego na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.

day21_4

To „prawie”, o którym piszemy ma podwójny wydźwięk. Po pierwsze problemy z nawigacją, a po drugie z kondycją. Spacer wydaje się miły i prosty, gdy obserwujemy sobie tarasy z góry. Jakież to proste… W rzeczywistości mamy do czynienia z prawdziwym labiryntem tarasów, po których przemieszczanie jest proste, dopóki nie trafi się na „ślepą uliczkę”!

day21_3

Nie wskoczysz do basenu 4 metry pod stopami i nie wydrapiesz się tyleż samo w górę. Nic dziwnego, że lokalna społeczność postarała się o nieoznakowany szlak turystyczny, który często przebiega przez podwórka domostw i zanika gdzieś, nie wiadomo gdzie… Nić Ariadny nie pomoże… Za to pomóc może lokalny przewodnik za kilkaset peso… Nam nie zbywało, więc przedzieraliśmy się z bardzo dobrym skutkiem i coraz lepiej nawigowaliśmy w terenie, ale szczerze przyznajemy – może to nastręczać wielu kłopotów. Drugi problem był sporo większy.

day21_5

Po przyjściu z Banaue, zejściu do podstawy tarasów, wydrapaniu się na szczyt przeciwległej ściany wzgórza i zejściu ponownym w stronę wodospadu, nasze nogi stały się niczym pianki… Drżały z amplitudą 2 cm! Z niemałym trudem doszliśmy do wodospadu, który z olbrzymią siłą przetaczał olbrzymie masy wody  25 metrów w dół.

day21_6

Wydostanie się z poziomu wodospadu na poziom dna tarasów, było już nie lada wyczynem. Jeśli napiszę, że resztką sił wróciliśmy na poziom górnego tarasu, to jak nazwać nasz kilkugodzinny powrót 15 kilometrowym szlakiem przez góry z powrotem do Banaue? Tej nocy po raz pierwszy naprawdę bolały nas nogi… Zarówno tarasy, jak i same góry są tu piękne. Warto wybrać się z Banaue do Batad piechotą i spędzić w Batad noc w jednym z dość licznych „pensjonatów” z widokiem na tarasy. Drugiego dnia można spokojnie odwiedzając jeszcze okoliczne wioski wrócić do Banaue. Bez przejechania choć części trasy trycyklem lub jeepneyem, jednodniowa wycieczka z intensywnym zwiedzaniem Batad to prawdziwe wyzwanie dla każdego. Jesteśmy pełni podziwu dla rolników z okolic Banaue… Codzienność, którą tutaj przeżywają, to prawdziwy obóz pracy, a wspinaczka na swoje poletka z narzędziami i sadzonkami, przez Europejczyka, który „poskakał” tu sobie ze wzgórza na wzgórze może być odbierana jako prawdziwy masochizm.

Hi Joe!

niedziela, Marzec 13th, 2011

Tak jest od początku wyjazdu! Hi Joe! Where are you going? I tak jeszcze przez 5 km nawołują nas wszyscy, począwszy od 5 latków, a skończywszy na starszyźnie okolicznych mieszkańców obserwujących nasz marsz z przystani do centrum Alaminos, gdzie znajduje się dworzec autobusowy. Niewielu z nich chce uwierzyć, że poranny spacer z 25 kilogramowym balastem może sprawiać przyjemność. A może! Zrzucanie zapasów nagromadzonych przez rok w formie wszelkich „oponek” wokół ciała traktujemy jak SPA dla mężczyzn. Większość Filipińczyków bierze nas za Amerykanów.
Nasz cel osiągamy na 15 minut przed odjazdem bezpośredniego autobusu z Alaminos do Baguio. Podróż trwa niespełna 6 godzin. Mamy szczęście, autobus nie posiada klimatyzacji. Oczywiście nie mamy nic przeciw jej używaniu, ale pod warunkiem tego, że nastawy mocy jej działania (oczywiście jeśli takie pokrętło jest i jest sprawne) dokonuje ktoś z rozsądkiem. Do tej pory z dwóch klimatyzowanych autobusów, którymi jechaliśmy tutaj, wychodziliśmy skostniali, jakbyśmy wcale nie pochodzili z „krainy białych niedźwiedzi”. Jedziemy. Jakąś chwilę przed Baguio krajobraz zaczyna się zmieniać. Wjeżdżamy w wypiętrzone z ogromnym impetem góry. Betonowe drogi „przyklejone są zawsze do zboczy. Żadnych wiaduktów czy tuneli, tak więc dostrzeżone na jednym ze wzgórz duże miasto – nasz punkt przesiadkowy, osiągamy dopiero po 40 minutach. Baguio, to sporej wielkości miasto, które od razu odmiennością swojego wizerunku na tle poprzednich jakie widzieliśmy do tej pory, zwróciło naszą uwagę. Jest bogatsze, bardziej zadbane, dużo czystsze. Po drodze na dworzec, z którego odjeżdżają autobusy do Sagady, mijamy wiele eleganckich sklepów i dużych hipermarketów. W jednym z nich chcemy wymienić parę dolarów na lokalne peso. Ponieważ, jak już wcześniej wspominaliśmy, wejście do wszystkich większych sklepów poprzedza kontrola wnoszonego bagażu, decydujemy, że wygodniej będzie wejść do środka w pojedynkę. W środku straszny tłok. O dziwo jest bardzo dużo „białych”, elegancko ubranych, dystyngowanych panów w okolicy 60-tki i to w dodatku bez towarzystwa! Znajduję punkt wymiany waluty. Wypełniam odpowiednie dokumenty, w których trzeba wpisać swoje dane personalne, a nawet w przypadku większych nominałów, numery banknotów! Idziemy dalej w kierunku Public Market. Podobno naprzeciw niego znajduje się poszukiwany przez nas dworzec. Obrazy otoczenia zaczynają coraz bardziej przesiąkać typowym, filipińskim kolorytem i wyrazem. Mijamy stragany z tytoniem, świńskimi łbami i wszelkiego rodzaju plastikowymi gadżetami z Chin po 50 groszy. Idąc wzdłuż marketu, co 20 metrów pytamy o dworzec. Ciężko trafić, ale znajdujemy go w końcu wciśniętego pomiędzy jakieś zabudowania. Otoczenie wskazuje, że musi to być punkt odjazdu autobusów klasy „budget”, często opisywanych na przednich szybach jako „ordinary fare”. Jest godzina 14 i niestety dotyka nas problem filipińskich połączeń komunikacyjnych. Wszystkie autobusy przedpołudniowe, czyli wszystkie autobusy, już do Sagady odjechały. Drążymy temat i pojawia się cień nadziei na to, aby nie stracić dnia, którego już przecież w zapasie nie mamy. Jest szansa na to, że zamiast do Sagady, możemy z innego dworca odjechać do Banaue nocnym kursem jeszcze dziś. Zamiana kolejności odwiedzenia tych dwóch ostatnich już dla nas punktów naszej wędrówki po Filipinach jest dla nas bez znaczenia. Poszliśmy szukać następnego dworca. Dotarliśmy do niego sprawniej, niż do poprzedniego, pomimo, że był mikroskopijny i miał tylko dwa miejsca na odprawienie autobusów. Nic dziwnego! Spoglądając na rozkład jazdy dowiadujemy się, że dziennie obsługuje tylko 4 kursy. Mamy szczęście. Autobus do Banaue odjedzie o 21.30.  Jedzie od 8 do 9 godzin odcinek 333 km, dzielący obie miejscowości. Na mapie dystans ten wyglądał na o wiele krótszy. Mamy jeszcze 4 godziny, które spędzamy na zjedzeniu zupki jarzynowej z makaronem i jajkiem w jakimś tanim barze przy targu. Wypijamy po kubku najtańszej kawy, z jaką do tej pory mieliśmy do czynienia, jako dodatek do słodkich bułeczek kupionych na targowym stoisku z ciastkami. Wsiadamy do autobusu. Nasze miejscówki wskazały nam miejsca pośrodku pojazdu. Do tej pory siedzieliśmy wyłącznie w ostatnim, 7 miejscowym rzędzie. We wskazanych miejscach po prostu się nie mieścimy… Nawet gdybyśmy chcieli siedzieć częściowo wystając na przejście – nie jest to możliwe ze względu na dospawane na sztywno i nie poddające się regulacji zgodnie z zamysłem konstruktora podłokietniki. Zmieniamy miejsca tłumacząc problem w biurze i zajmujemy po dwa miejsca w ostatnim rzędzie. W nocy, pomimo chłodu na zewnątrz, jest bardzo przyjemnie. Zagrzany do granic wytrzymałości konstrukcyjnej silnik, mobilizowany pedałem gazu do ochoczego pokonywania wzniesień, z przyjemnością oddaje nadmiar ciepła wprost pod nasze fotele. Do teraz nie wiemy jak było możliwe, żeby w tym czyszczonym wyłącznie przy użyciu odzienia wierzchniego pasażerów pojeździe, na fotelach o tapicerce, które mogą przyprawić o odparzenia skóry w przeciągu 4 godzin – przespać całą noc. To jednak chyba nie była ani zasługa autokaru, ani kierowcy, który bujał nim jak mógł do snu. To chyba kumulujące się w nas zmęczenie dało tak dobry w tym kontekście sygnał o swoim istnieniu.

Rezerwat w cieniu tsunami

sobota, Marzec 12th, 2011

Wyruszyliśmy na przystań o godzinie 7 rano. To znakomita pora na rozpoczynanie dnia. Dziękujemy Wam za informacje dotyczące tsunami! Gdyby nie Wy, dowiedzielibyśmy się o nim dopiero na przystani! A propos tego, nie potrafimy się oprzeć pewnej dygresji na temat funkcjonowania mediów i kształtowania opinii publicznej na ich podstawie… Już wiele razy zauważyliśmy pewną prawidłowość, która nie pasuje być może do bardzo poważnie wyglądającej sytuacji w Japonii z dnia wczorajszego, ale świetnie wpasowuje się w 98% innych doniesień medialnych…
7:00 rano – Bliski wschód. Targ w miasteczku X. Arab odkręca palnik z gazem, bo chce zacząć piec mięso do szawarmy… Przed chwilą wykorzystał ostatnią zapałkę na odpalenie 74 dziś papierosa. Musi wziąć zapałkę od kumpla, który nie pali (czyli pali max. dwie paczki dziennie). Czas płynie, gaz ucieka. Nerwowo odpala jedną, drugą, trzecią i BUUUUUMMMMM. Kurczaki poleciały w 4 strony świata, łącznie z sosem chili i ketchupem… MASAKRA!!!!
10 minut później BBC podaje informację na żywo z X. Kolejny zamach terrorystyczny na Bliskim Wschodzie. Wybuch bomby w centrum lokalnego targowiska spowodował ogromne straty materialne. Nad miejscem wybuchu wciąż unosi się dym (tu zdjęcia z dymem). Liczba ofiar nieznana. Nie wiadomo, jakiej narodowości był zamachowiec i jaką organizację reprezentował.
15 minut po „zamachu” CNN podaje, że wokół całego miejsca zamachu porozrzucane są szczątki ciał, których identyfikacja może być bardzo trudna, jeśli w ogóle możliwa. Drobne kostki świadczą o tym, że ofiarami mogły być dzieci z pobliskiej szkoły katolickiej, które codziennie przechodzą przez targ zaopatrując się na nim w lizaki. Korespondent wnioskuje, że trzeba mieć demoniczną osobowość, aby przygotować tak okrutny zamach.
Po 25 minutach NBC zdradza, że do zamachu przyznało się skrajnie prawicowe ugrupowanie „7 cudów Islamu”.
Po kilku godzinach wszystkie stacje radiowe i telewizyjne na całym świecie powołując się nawzajem na siebie, opowiadają ludziom zgromadzonym przed telewizorami i radioodbiornikami tę samą bzdurę, a my rządni sensacji dajemy im bezkrytycznie wiarę…
Sprostowanie przychodzi… po paru dniach… pomiędzy jednym, a drugim blokiem reklamowym o 1:45 am. Daliśmy im wszystko czego potrzebowali – oglądalność… Najważniejszy wniosek dla oglądającego!!! NIE MOŻNA TAM JEŹDZIĆ, bo celem jak się okazało byli turyści, którzy stali w kolejce… do knajpy. Prawdopodobieństwo tego, że w trakcie jakiegoś wypadu na drugi koniec świata spotka Cię tsunami, lub jakaś inna katastrofalna w skutkach przygoda, nie jest wcale większe, niż to, że w rodzimym miasteczku, spotkasz na pasach dla pieszych pijanego kierowcę za kółkiem… NIE MÓWCIE „TAK” MEDIOM! WYŁĄCZCIE TELEWIZORY choć na godzinkę pomiędzy 17:00, a 22:00… Dacie radę???

day20_9

Na przystani też mieli telewizor, więc mieli pretekst do podniesienia cen za wynajem łodzi… Dziś nie można wyczarterować małej i taniej łodzi, bo jak nadejdzie 200 metrowa fala tsunami, to nie da się przeżyć. Fajna argumentacja, prawda? Można za to wziąć 2 m dłuższą, średnią łódź 2 razy drożej. Nie wiem jak to się w końcu stało, że udało nam się jednak wyczarterować łódkę. Jej właściciel miał tak samo dobrą argumentację jak urzędnicy. Jego łódka była o 0,5 metra dłuższa od najdłuższej krótkiej, więc nie była małą łódką, tylko najmniejszą ze średnich. Błyskotliwe, prawda? Prawdziwy czarodziej! Tak czy owak popłynęliśmy tą łodzią do rezerwatu w cenie wynajmu małej łodzi. Wzięliśmy pakiet umożliwiający nam odwiedzenie dowolnej ilości wysp, jaką będziemy chcieli w ciągu jednego dnia.

day20_2

Rezerwat stu wysp, obejmuje jak nazwa „prawie” wskazuje 124 wyspy. Przez cały dzień się głowiliśmy co to oznacza! Płynąc pomiędzy gęsto położonymi, niewielkimi wyspami zastanawialiśmy się, które z nich klasyfikują się do tej nazwy, a które nie. CZY CZYTA NAS JAKIŚ GEOGRAF? Czy coś co wystaje ponad wodę i ma metr długości, to już wyspa? A jeśli wystaje ponad wodę wyłącznie w trakcie odpływu i ma 300 metrów długości?

day20_8

Na terenie, który zwiedzaliśmy, jest takich obiektów bardzo dużo. Większość wysepek ma maksymalnie po 200-300 metrów. Ich fundament stanowi bardzo twarda skała. Wiele z nich ma ślicznie poukrywane, piaszczyste plażyczki i często jakieś groty lub jaskinie. Uroku całemu rezerwatowi dodają pięknie wybarwione i bogate w życie wody Wokół wysp. Minusem z pewnością jest brudne i partackie – typowo filipińskie zagospodarowanie „infrastrukturą turystyczną” największych wysepek. Pływaliśmy tak przez cały dzień zaglądając kolejno na wyspy: Century, Quezon, Cathedral, Old Scout, Marcos (ta najbardziej nam się podobała), Cuenco, Children’s, Governor’s i Virgin. Bardzo nam się podobało, ale ze względu na to, że dozowanie wrażeń na Filipinach zaczęło się od ogromnej dawki Palawanu, to tytułu WOW 2!!!! już pewnie nie będzie… Wróciliśmy cali i zdrowi po niezwykle łagodnej tafli morza.

day20_3

Transportowa kołysanka

piątek, Marzec 11th, 2011

W dniu dzisiejszym mamy wyłącznie przejazd do Alaminos. Tam właśnie zaplanowaliśmy spędzenie jednego dnia pośród 124 wysp rezerwatu. Opuszczając homestay w Santa Juliana, dowiedzieliśmy się przy śniadaniu od Albina (właściciela domku, w którym nocowaliśmy i jednego z głównych organizatorów turystyki w tej miejscowości), że wczoraj, przez nas miał duże nieprzyjemności… Zrobiło nam się trochę głupio, ale nasz rozmówca był cały rozpromieniony, więc zamieniliśmy się w słuch. Otóż powiedziano mu, że cofną mu licencję organizatora treków, ponieważ umożliwił nam opuszczenie jeepa i samodzielny powrót do miasteczka. My złamaliśmy regulamin, więc on również, ponieważ był naszym opiekunem. I cóż się okazało? Filipińczycy uczą się bardzo szybko! Logika argumentacji była następująca. My nie złamaliśmy obowiązujących zasad, ponieważ nikt nam ich nie przedstawił, gdy o nie prosiliśmy. Prawo – jakie prawo? Skoro my nie złamaliśmy regulaminu, to on również go nie złamał, bo przecież nie ma zasad, które regulują tryb postępowania, gdy turysta nie chce wejść z powrotem do samochodu. Tych samych urzędasów znów szlag podobno trafił!
Podajemy Wam najtańszy sposób wyjazdu (w odwrotną stronę przyjazdu) z Santa Juliana. Łatwo przepłacić! Trek organizujcie wyłącznie stąd, ponieważ znikąd nie jest bliżej i taniej! Santa Juliana – Patling trycyklem za 60 peso za kurs. Patling – Capas jeepneyem za 28 peso na osobę. My złapaliśmy w Capas bezpośredni autobus do Alamino za 144 peso za osobę. W ten sposób mieliśmy problem dzisiejszego transportu z głowy. W autobusie głowy kiwały nam się w rytm omijanych szerokim łukiem dziur i suszącego się na poboczach ryżu. Wybudzaliśmy się z częstotliwością 0,03 Hz w trakcie gwałtownego hamowania. Wszystkie mijane miasteczka są jednakowe: 25% zabudowań to McDonalds, drugie 25% Jollibee, 15% Chowkins, 5% KFC, a pozostałe 30% to różne inne przybytki dla ciała, z czego 70% stanowią ciastkarnie. Po 4 godzinach tłuczenia się autobusem dojechaliśmy do centrum Alaminos. Przystań łodzi, którymi wypływa się na rejs po rezerwacie 100 wysp jest 5 km od centrum. Wszystkie dystanse mniejsze od 10km przebywamy pieszo! Znajdujemy najtańszy hotel i… padamy ze zmęczenia. Obudziliśmy się 2 godziny później. Rysiek miał w ręku komórkę, a ja treki na nogach… Była 15:00. Dowiedzieliśmy się o trzęsieniu ziemi w Japonii. Zdążymy przed tsunami zobaczyć wyspy??? Są na horyzoncie!

day19_1

To daje nadzieję na ciekawy następny dzień! Zakupy owocowe i zapada zmierzch.

Cała wieś o nas mówi!!!

czwartek, Marzec 10th, 2011

Ale była heca! Zaczęliśmy od śniadanka zamówionego na godzinę 6:00. Warte było swojej ceny. Jeśli macie się gdzieś zatrzymywać w Santra Juliana, to nie ma dużego wyboru. Albo Homestay u Pani Angelity Gonzales Bognot, albo w centrum turystyki. Ceny są dokładnie takie same, ale u Pani Gonzales mamy 3 pokoje, nielimitowaną kawę i wodę mineralną. Zaraz na dzień dobry uzupełniliśmy braki wody w butelkach, zjedliśmy śniadanko w cenie i pokrzepiliśmy ciało kawką. To spowodowało, że rzeczywista cena hotelu mocno spadła. Wodę uzupełniliśmy raz jeszcze po południu i raz jeszcze rano następnego dnia. To samo z kawką i… nocleg wyszedł całkiem tanio 😉 Jest jeszcze jedna opcja, ale bez prysznica – wygodny checkpoint wyposażony w ławkę dla wartownika Air Forces Filipin. Wieczorem nikt tam nie siedzi, więc można skorzystać. Tym razem, choć z niemałym trudem powstrzymaliśmy się od tej bardzo korzystnej na tle innych oferty. Już od wczoraj słyszeliśmy od każdego bardzo niepokojące informacje, że JEDYNĄ możliwością zobaczenia wulkanu jest zakup imprezy zorganizowanej, w której uczestnicy zostają przetransportowani z Santa Juliana prawie pod krater jeepami. Do pakietu dodają posiłek po powrocie i prysznic. Najlepiej te ostatnie wykorzystać w odwrotnej kolejności 😉 I w tym pakiecie tkwiły wszystkie nasze rozterki. Przecież przyjechaliśmy pochodzić po wulkanach!. Mayon nie wypalił. Taal jest wulkanikiem, więc nie kwalifikuje się do tej wyliczanki. Pozostał tylko Pinatubo! Dotarcie do niego pieszo i wspinaczka jest kwestią naszego honoru. Nie przejmujemy się! Nie istnieje przecież taka opcja, która uniemożliwiałaby nam spełnienia naszych planów! Na tak dobitnie postawioną odpowiedź, życie przekornie jednak stara się postawić pytanie – czyżby??? Santa Juliana jest oddalona od Pinatubo o 18km. To nie jest dla nas problemem. Zmierzając jednak dziarsko o 6:30

day18_1

Na spotkanie z wulkanem trafiliśmy po dobrych 300 m na checkpoint, w którym miły pan żołnierz poinformował nas, że przed nami jest… poligon sił powietrznych Filipin. Ciągnie się on za wulkan i aby móc tam wejść, musimy mieć pozwolenie… OK. Idziemy do biura turystyki, skąd normalnie wyjeżdżają jeepy z turystami do wulkanu. No i się zaczęło… Poprosiliśmy bardzo grzecznie Panią o pozwolenie na wejście na teren poligonu, bo chcemy pójść na wulkan. Pani równie grzecznie odpowiedziała to, co już słyszeliśmy z ust innych osób. Jedyna możliwość na zwiedzanie wulkanu, to pełny pakiet z jeepem włącznie. Wytłumaczyliśmy Pani, że mamy nogi i chcemy ich użyć. Pani odpowiedziała nam, że nasze nogi mogą się bardzo zmęczyć, bo marsz jest długi. Odpowiedzieliśmy jej, że nasze nogi potrafią dużo więcej, niż się Pani wydaje. Pani odpowiedziała, że sorry i nas i tak nie wpuści. Zapytaliśmy o inne możliwości dotarcia do wulkanu: śmigłowcem, saniami, na wielbłądach, krowach, łodzią. Cokolwiek, tylko nie jeep, bo mamy chorobę lokomocyjną. Pani powiedziała, że sorry. Poirytowało nas to okropnie. Cena była przerażająca, a próba przekupienia żołnierza obsługującego szlaban również skończyła się niepowodzeniem. Nie mogliśmy znaleźć również nikogo z lokalsów, kto chciałby z nami jakąś drogą omijającą szlaban dotrzeć do wulkanu. Śmiali się z pomysłu dojścia doń na piechotę. Zirytowani poprosiliśmy Panią o zarządzenie, w którym jest napisane, że zwiedzający mogą przejechać przez teren poligonu wyłącznie jeepem. Przedstawiliśmy się, że jesteśmy z Polski i obsmarujemy tę sytuację w prasie, a jesteśmy zintegrowani z UNESCO organisation. Panie się bardzo przestraszyły. Słyszeliśmy, jak nerwowo rozmawiają ze sobą, że przyjechali jacyś goście z ministerstwa z Polski! Aby mocniej zmobilizować Panie do ustępstw po 20 sekundach poprosiliśmy również o zarządzenie dotyczące wysokości opłat, bo inaczej nie zapłacimy. Słuchajcie, postawiliśmy całe biuro na nogi. Pani, która się tylko uśmiechała z całej sytuacji, została przez nas poproszona o wylegitymowanie się, bo nie oferuje wystarczającej pomocy turyście. Spisaliśmy ją – natychmiast spoważniała i podziękowała za spisanie. Akcja trwała do 7:45. W tym czasie rozmawialiśmy z przełożonymi, których de facto musieli bardzo długo szukać. Nie opiszemy Wam wszystkiego, ale głosy mieliśmy bardzo poważne i zdecydowane. Chcieliśmy tylko potwierdzone podpisem regulaminy dla turystów dotyczące przemieszczania się i potwierdzony przez kogoś cennik. Niewiele wskóraliśmy. Brak faksu, brak internetu, brak możliwości przysłania jakichkolwiek dokumentów. Odesłali nas do głównego biura 20 km dalej, aby wyprostować całą sytuację. Mamy nadzieję, że po naszej akcji, będziecie mogli się zapoznać z podpisanymi dokumentami, z których dowiecie się, że nikt nas nie nabijał w butelkę. Urwaliśmy 25% ceny, ale musieliśmy pojechać jeepem uzupełniającym co 2 km wodę w chłodnicy. Ciekawi byliśmy ile wody taki jeep pali na 100 km. … Wulkan jest bardzo fajny, ale to co najfajniejsze, szeroki wąwóz ciągnący się przez 15 km aż do pasma gór pocięty rzekami i gorącymi źródłami wypływającymi spod wulkanicznej ziemi był poza zasięgiem naszych aparatów w podskakującym na wyboistym terenie jeepie. Z krateru wypełnionego jeziorkiem i pływającymi w nim turystami zeszliśmy bardzo szybko idąc po wybrukowanych granitem chodnikach z rosnącymi przy nich przycinanych sztucznie roślinkach.

day18_2

Aha, Pani w biurze narysowała nam jeszcze plan, jak bardzo jest niebezpiecznie poza drogą dla jeepów i jak miny urwą nam nogi. Ta urocza perspektywa podobała nam się najbardziej. Wysoka, polska renta kombatancka… Stwierdziliśmy, że podróż na piechotę w drugą stronę zrekompensuje nam choć trochę nasze nie do końca zrealizowane plany. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Było super. Zabudowania pasterzy i mijane po drodze osady złożone z kilku domów biedoty.

day18_4


day18_5

Obdarowaliśmy jak zwykle dzieci słodyczami, zrobiliśmy zwyczajową fotkę i szliśmy bardzo fajnym wąwozem co chwilę przekraczając jakąś rzekę.

day18_7

Niektóre cieki miały temperaturę tak wysoką, że utrzymanie w nich rąk było niemożliwe. Wszystko szło jak z płatka do 7 kilometra. Potem pojawił się nasz jeep. Odmówiliśmy wejścia z powrotem. Kierowca nie miał wyjścia – musiał odjechać. Po 2 kilometrach usłyszeliśmy pierwsze strzały. Te nas zastanowiły, ale idziemy dalej… Za chwilę leci na nas śmigłowiec. Rysiu, leciałeś kiedyś helikopterem? zapytałem, bo pewnie zaraz polecimy. Złudne nadzieje! Helikopter przeleciał nad nami i wypalił salwą w pobliskie wzgórza… Tu nas zatkało. Za chwilę jakiś żołnierz zaczął strzelać w powietrze i wołać nas. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak poprosić ich, abyśmy siedzieli w tej samej celi. Pan żołnierz jednak kulturalnie nas przeprosił i powiedział, że śmigłowiec musi sobie postrzelać i musimy poczekać nieco z boku. Dokładnie to samo powiedział jakiemuś lokalsowi, który szedł na polowanie z łukiem. Odjazd! Śmigłowiec postrzelał sobie jeszcze z pół godziny i odleciał, a my mogliśmy pójść dalej do wioski. Przy wyjściu z poligonu zostaliśmy poproszeni o przepustki, których oczywiście nie mieliśmy, ale jak się okazało niedługo potem, wszyscy w wiosce wiedzieli, gdzie jesteśmy. Ze śmigłowca nadawali informację do żołnierzy na ziemi. Kierowcy, którzy jechali jeepami również podawali naszą lokalizację, a cała wieś obstawiała zakłady, czy dojdziemy, czy trzeba będzie po nas jechać! Oczywiście, że doszliśmy. Wszyscy stawiajcie na nas! Dowiedzieliśmy się, że nikt przed nami nigdy nie przeszedł na piechotę do wulkanu! Zrobili nam fotkę do albumu! Idziemy pod prysznic, na należne nam jedzonko i regenerowanie nóg we śnie…

Popielec na Kalwarii w San Fernando

środa, Marzec 9th, 2011

Złożyło się tak zupełnie niechcący. Wiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć Wzgórze Kalwarii w San Fernando. To właśnie tutaj odbywa się Wielkopiątkowa Pasja Chrystusowa. Jest to jedyne miejsce na świecie, gdzie pątnicy przybijani są do krzyża prawdziwymi młotkami i prawdziwymi gwoździami. Zapewne każdy widział urywki relacji z tych uroczystości w naszych Wiadomościach telewizyjnych. Akurat wypadło nam odwiedzać to miejsce w Środę Popielcową. Jeszcze wczoraj wieczorem poszliśmy zapytać o której godzinie jest pierwsza msza święta, żeby pójść skoro świt, bo przecież musimy jeszcze dotrzeć pod wulkan Pinatubo. Wyobraźcie sobie, że pierwsza msza jest o… 4:00 rano. Ale później są co godzinę (!). Piękny kościół mamy w centrum, vis a vis naszego hotelu na godziny… Dziwicie się, że Arabowie ze swoim islamem mają dość wątpliwe zdanie na temat siły naszej wiary?

day17_3

Dzwony kościelne obudziły nas o 3 nad ranem. „Łoskot” wydobywający się z kościelnej dzwonnicy zanim dotarł do uszu mieszkańców przechodził wcześniej przez nasz pokój hotelowy. Nie mieliśmy więc problemu z wymeldowaniem się przed upływem dwunastu wykupionych godzin. Pozostawiliśmy plecaki w recepcji i poszliśmy na mszę o 7.30. W ten specjalny dzień uroczystość prowadził biskup.

day17_2

Nigdy nie widzieliśmy wcześniej równie szczupłego biskupa.

day17_1

Ba, nawet księdza! Zawsze ciekawie jest zobaczyć, jak różnią się od siebie obrządki mszy w różnych krajach. Nam najbardziej spodobał się sposób zbierania składki. „Wierne Róże” chodziły za składką wyposażone w coś, czego u nas używa się do zrywania jabłek w sadzie. Na długim kiju znajduje się dość długi worek wykonany z tkaniny naciągniętej na obręcz o średnicy 20 cm. Po wrzuceniu ofiary, przekręcając kij o 90 stopni można zamknąć dostęp do „skarbony”. Po mszy poszliśmy od razu w stronę Kalwarii. Kilometr przed naszym celem dotarliśmy do biura, w którym okazało się, że do odwiedzenie miejsca potrzebujemy specjalnej przepustki. Cóż było robić? Zrezygnować, bądź pójść do Departamentu Turystyki tutejszego urzędu. Poszliśmy. Wpisaliśmy się do rejestru odwiedzających ich Kalwarię jako pielgrzymi. Stwierdzili, że mieli już wcześniej turystów, ale nigdy nie mieli pielgrzymów! I to w dodatku z Polski! A Polska to ze względu na naszego papieża święty kraj. To musiało się odbić na sposobie naszego „pielgrzymowania”. Otrzymaliśmy klimatyzowanego busa, kierowcę i troje ludzi do obsługi. Pojechaliśmy na miejsce i tym razem bez przeszkód dotarliśmy do Filipińskiej Kalwarii.

day17_5

Nigdy byśmy jej nie znaleźli… Pośród domostw, śmieci i zagród zwierząt stał usypany kopczyk, który wyglądał jak kilka ciężarówek żwiru z ziemią wysypanych jakiś czas temu i nawet zbytnio nie uformowanych. Porośnięty trochę zdziczałą trawą. Pośrodku znajdowały się zabetonowane mocowania do przytwierdzenia trzech krzyży.

day17_4

To nie miejsce nadało znaczenia temu,co odbywa się tutaj w czasie Wielkanocy, ale realizm odtwarzanej męki Chrystusa. Zostaliśmy zapytani, czy chcielibyśmy się spotkać z człowiekiem, który był tu krzyżowany… Jakże by nie! Siedzimy w busie i jedziemy wąskimi uliczkami peryferii San Fernando na spotkanie z człowiekiem, który choć w drobniutkiej cząstce, ale zakosztował cierpienia Chrystusa. Przyjeżdżamy pod dom, już, już się cieszymy ze spotkania i… okazuje się, że Pan jest… w pracy i wróci wieczorem… Żałujemy… Na pociechę pracownicy Izby Turystyki pokazują nam jeszcze regionalne wyroby, z których są bardzo dumni. Najważniejszym z nich są ręcznie wykonywane lampy witrażowe, przypominające swym kształtem gwiazdę, jaką noszą kolędnicy w czasie naszych świąt Bożego Narodzenia. Na koniec zwiedzania otrzymaliśmy jeszcze transfer na dworzec. Dzięki uprzejmości pracowników wiedzieliśmy już dokąd i jak mamy jechać, aby dostać się jak najbliżej wulkanu Pinatubo. Z San Fernando busem dostaliśmy się do Tarlac Capas, a stamtąd trycyklem do Santa Juliana. Zarówno w pierwszym mieście, jak i w drugiej miejscowości nie udało nam się odnaleźć żadnych hoteli klasy budżetowej, więc śpimy dziś w bungalowie z ogromną kuchnią, salonem i trzema sypialniami w Santa Juliana. To najtańsze, co udało nam się znaleźć.

day17_6

Krwawy sport

wtorek, Marzec 8th, 2011

O 7:10 płynęliśmy już po spokojnej tafli wody jeziora Taal. Szybko dotarliśmy do położonej pośrodku wulkanicznej wyspy, która wynurzyła się wraz z nowym kraterem jakiś czas temu z wód jeziora.


day16_3


Centrum wyspy stanowi efektowny krater, który również wypełnia sporej wielkości jeziorko.


day16_1


Już wspinając się na koronę nowo powstałego stożka dostrzegliśmy wypaloną miejscami roślinność i wydobywające się ze szczelin gazy wulkaniczne. Aktywność wulkaniczną dowodziła również liczna obecność aparatury pomiarowej rozmieszczonej nadspodziewanie gęsto na całym terenie wulkanu.


day16_2


Część lustra wody gotuje się również pod wpływem temperatury z wnętrza ziemi. Droga na szczyt jest łatwa i przyjemna, choć wiedzie przez liczne parowy „lessowe”. Bardzo modne wśród turystów jest zdobywanie szczytu na grzbietach koni. Mogliśmy również spróbować, ale konie tutejsze mają budowę bardzo drobnokościstą, jak zresztą pozostała część „zwierząt” tego rejonu świata. Wszystkie żywe stworzenia są tu bardzo „subtelne”. Krowy wyglądają jak sarenki, kobiety jak dziewczynki, konie jak osiołki, a mężczyźni jak chłopcy. Oczywiście za wyjątkiem tych, którzy stołują się  w Mc Donalds 🙁 Tak czy owak, jadąc na koniach nogi ciągnęłyby się nam po piachu. Może i to przeżylibyśmy, ale ten piach był wymieszany w proporcji 1:1 z substancją będącą wynikiem spalania końskiego „paliwa napędowego”. Na ogrągło licząc, na tej krótkiej trasie pod obciążeniem 2 leniwych (czyli co najmniej 80kg za sztukę) turystów, koń może spalić 4kg obroku. Mnożąc to przez 60 koni pozostających do obsługi ruchu turystycznego daje nam wynik zniechęcający do chodzenia szlakiem przecieranym przez koniki.
Widok na jezioro wewnątrz krateru jest bardzo ładny, ale nie rzucił nas na kolana. Wróciliśmy do łodzi. Szybko przeprawiliśmy się z powrotem. Po wyjściu z łódki usłyszeliśmy donośne kibicowanie. Spytaliśmy od niechcenia czy te krzyki i wrzaski dobiegają przypadkiem z pobliskiej szkoły. Okazało się, że ich źródło jest zgoła inne. Pan właściciel łódki odpowiedział, że odbywa się właśnie… Chicken Party. To taka filipińska gra dodał. No to przyśpieszyliśmy kroku. Już wiedzieliśmy o jakiej zabawie była mowa. Wstępu broniły dwie Panie „bramkarki”, z którymi jakakolwiek rozmowa omijająca temat biletów wstępu była bez sensu. No i wydaliśmy „zaoszczędzone” na wczorajszej trasie z Tagaytay do Talisay grosiki… Znaleźliśmy się w samym centrum baraku przerobionego na „ring” walk kogucich. Atmosfera była bardzo gorąca. Na najwyżej przywiązanych prowizorycznie do konstrukcji baraku ławkach, siedziało grono sędziowskie. Ring otoczony był wysokimi na 2m płytami z przeźroczystej pleksi. Nie brakowało tablicy, na której zapisywane były zakłady i wyniki walk. Na ringu sędziowie, a poza ringiem kolejka zawodników wraz z ich menadżerami – właścicielami. Każdą walkę poprzedzała prezentacja zawodników i obstawianie walk. Sądząc po emocjach, które uzewnętrzniały się z ciał kibiców, mieliśmy do czynienia z prawdziwymi hazardzistami! Koguty do walki uzbrajane są w ostrze przymocowywane do lewej nogi.


day16_4


Walka toczy się na śmierć i życie.


day16_5


Noże są bardzo ostre i czasem wystarczy jedno cięcie, aby pozbawić przeciwnika różnych fragmentów ciała, bądź życia. Na tablicy były zapisane również wyniki w konkurencji SUPER KILLER.


day16_6


Najszybszy zwycięzca potrzebował do śmiertelnego wyeliminowania przeciwnika 4 sekund…


day16_7


Obejrzeliśmy 4 walki i zniesmaczeni, ale zadowoleni z możliwości zobaczenia na żywo narodowej rozrywki w nieskalanej sztucznością i obecnością turystów atmosferze lokalnego folkloru. Dwie godziny spędzone w „hali sportowej” spowodowało, że żwawiej ruszyliśmy po plecaki i w pełnym ekwipunku niebawem dotarliśmy jeepneyem do Tagaytay. Tam szybko przesiedliśmy się do autobusu zmierzającego do Pasay. W Pasay tylko dzięki uprzejmości napotkanego, sympatycznego Filipińczyka udało nam się bez straty czasu wsiąść do odpowiedniego wagonu metro i dostać się na przeciwległy, północny dworzec, z którego odjechaliśmy w kierunku San Fernando. Przejażdżka metro w Manilii to prawdziwa przygoda. Dość, że napiszemy, że po zakończeniu trasy, każdy podróżujący musi przejść przez bramkę, aby udowodnić zapłatę za kurs. Standard, przecież wszędzie tak jest. Tak, ale jakie tu mają automaty! Pasażer pokazuje kontrolerowi, że ma bilet, następnie wrzuca go do specjalanego otworu wrzutowego i teraz… może przejść przez kołowrotek. Wyjazd w kierunku północnym z Manili nie przysporzył nam kłopotu. Szybko i bez specjalnych przygód (oprócz tego, że metr dzielił nas od zderzenia z jeepneyem i naprawdę było gorąco…) dotarliśmy do San Fernando. Znaleźliśmy hotel na godziny 😉 Wzięliśmy 12 godzin i mając nadzieję na bardzo grube ściany idziemy spać.

Jezioro Taal na horyzoncie

poniedziałek, Marzec 7th, 2011

Południowy Luzon żegnał nas siedzących w samolocie zwyczajowo deszczem. Łaskę okazał tylko na czas naszego porannego joggingu z plecakami z centrum miasta, aż do lotniska, z półgodzinną przerwą na noodelki w sprawdzonej już przez nas wcześniej knajpce. Zapłaciliśmy opłatę lotniskową w najniższej jak dotąd kwocie 30PHP od osoby. Na retoryczne pytanie skąd Pani w kasie wie, że jesteśmy obcokrajowcami i należy nas „kasować” wg takiwj stawki, ona odpowiedziała bardzo poważnie, że mamy inne nosy i inne oczy. Niebieskie prawda? – spytaliśmy. Piękne – odpowiedziała. Tu nas zatkało, więc wzięliśmy resztę z setki i poszliśmy dalej. Nie odpuszczajcie w swoich planach tego ciekawego zakątka Filipin z naprawdę fantastycznym wulkanem. Warto tu przyjechać, tylko przed wyjazdem musicie zaklepać sobie pogodę. My o tym nie pomyśleliśmy 😉
Z Manilii pojechaliśmy z lotniska busem na dworzec Pasay, skąd od razu złapaliśmy autobus do Tagaytay. Aglomeracja Manilii składa się z połączonych ze sobą 17 miast… Pasay to jedno z nich, położone najbliżej lotniska. Wyjazd ze stolicy był koszmarem. Wyobraźcie sobie, że stoicie w dwudziestokilometrowym korku, na końcu którego jest zwężenie drogi do jednego pasa i dodatkowo są światła, które puszczają po 3 samochody co pół minuty… Mają tu anielską cierpliwość. Zasnęliśmy w autobusie skutym klimatyzacyjnym lodem. 3,5 godziny przejazdu 47 kilometrowego odcinka minęło nam jak z bicza trzasł.
Wysiedliśmy na rozdrożu w Tagaytay, skąd mieliśmy nadzieję w 3 nanosekundy złapać jeepneya do odległego o 15km Talisay. Właściwie to myśleliśmy, że sam się złapie! Czyż dwóch białych z ogromnymi sakwami wypchanymi domyślnie ogromną ilości zielonych banknotów nie jest wystarczającą przynętą? Talisay leży tuż przy jeziorze, które wypełniło sporej wielkości, dawny krater wulkanu Taal. Stąd czarteruje się łódki, aby dopłynąć do „nowego” stożka wulkanicznego, który utworzył się pośrodku jeziora. Wspina się on ponad lustro wody na wysokość około 300m.
Jakież było nasze rozczarowanie, gdy idąc drogą i czekając, aż ktoś na nas zaczepnie zatrąbi, słyszeliśmy tylko warkot mijających nas na wysokich obrotach silników. Mijały nas zarówno jeepneye z opisem – „do użytku prywatnego” jak i ekskluzywne wersje trycykli. Okazało się, że oddalone o 15 kilometrów miejsce, do którego się udajemy, jest bardzo popularnym kurortem weekendowym dla filipińskiej „manilki” (autorzy nawiązują tutaj do polskiej „warszawki” 😉 Ceny ostro w górę, ale idą w parze z podniesionym standardem. Ciekawe, czy ilość cukru w pączkach jest tu również wyższa w cukierniach 😉 Zaczepiony przez nas właściciel trycykla żąda od nas 150PHP. Pozostali mają podobne stawki. Znów nas zdenerwowali… Stwierdziliśmy, że zamiast płacić 150PHP, poświęcimy po 2 kg z naszych zapasów wziętych z kraju na czarną godzinę – oponek w pasie 🙂 Zawzięliśmy się i z balastem naszych plecaków udaliśmy się w 15km spacer z Tagaytay do Talisay. Na niemal całym odcinku drogi, towarzyszył nam piękny widok na jezioro i wulkan.

day15_1

Tagaytay leży na bardzo wysokim wzniesieniu, z którego schodziliśmy niemal 3 godziny do poziomu jeziora. Pokonywane przez nas różnice poziomów były naprawdę duże, a serpentyny również miały dużo większy kąt pochylenia niż nasze rodzime.

day15_2

No cóż, tutaj nie wiedzą co to jest zimowy lód na drodze. Pochmurna pogoda sprzyjała spacerowi i choć strasznie wymęczeni, to dotarliśmy na miejsce sporo przed zmrokiem. Wystarczyło nam jeszcze czasu, aby zaopatrzyć się w wodę i owoce na lokalnym targu. Wytargowaliśmy za fantastyczną cenę świetny pakiet, w skład którego wchodził czarter łodzi na dzień jutrzejszy i pokój właściciela łódki na jedną noc w jego domu. Ceny hoteli są przy jeziorze Taal jakieś kosmiczne…
Z targu owocowo-rybno-warzywnego do naszego „homestay’u” jechaliśmy super wypasionym trycyklem. Miał kilka sterczących z różnych miejsc na dachu anten, z których każda miała po 2,5 metra wysokości. Łapał pewnie stacje z połowy świata 😉

day15_3

Założymy się, że był wielbicielem krakowskiego RMF i radia Maryja. Ustawiamy budziki. Jutro wypływamy o 7:00 rano. Mamy niezwykle napięty plan dnia.