Szlachetne zdrowie… czyli jak o nie zadbać
Przy okazji naszego pobytu w Nowej Zelandii przyszła nam do głowy ważna refleksja. Jesteśmy tutaj trzy miesiące i mimo zimowej pory nie mieliśmy żadnych problemów ze zdrowiem. Na pewno jest to zasługa czystego, zdrowego środowiska jakim charakteryzuje się Nowa Zelandia, ale też zdrowego trybu życia jaki większość żyjących tu osób prowadzi. Zdrowy tryb życia oznacza w tym wypadku aktywny wypoczynek, urozmaicone lekkie jedzenie i przebywanie wśród czystej dzikiej przyrody.
Pomimo różnych przemarznięć i przemoczeń jakich tu doświadczyliśmy nie zdarzyło się nam kichać, prychać i pociągać nosem. Również nasze kąpiele w gorących rzekach i na wulkanicznej plaży Hot Water Beach mimo niskiej kilkustopniowej temperatury powietrza nie wpłynęły w żaden sposób na potencjalne przeziębienia itp. Mało tego, po takich kąpielach przebywanie w kąpielówkach na zimnym powietrzu wcale nie powodowało uczucia przemarznięcia. Rozgrzane naturalnymi gorącymi wodami ciała przez długi czas nie odczuwają zimnego powietrza. Naturalne spa faktycznie działa!
Dodatkową zaletą tego kraju jest praktycznie brak nieznośnych owadów, które tak bardzo potrafią przeszkadzać w codziennym życiu. W porównaniu do Australii, która biła absolutne rekordy pod względem ilości różnych uprzykrzających życie owadów Nowa Zelandia to niemal zupełnie drugi biegun. Spokój i cisza.

Przypominając sobie nasze bezskuteczne walki jakie prowadziliśmy na australijskim outbacku z setkami much wchodzących do uszu, oczu, ust i pchających się wszędzie gdzie się da byleby znaleźć się na człowieku (obrazy rodem z filmów geograficznych o afrykańskich biednych dzieciach po których chodzą dziesiątki much) można tylko spokojnie odetchnąć. Plaga różnych owadów była na tyle dokuczliwa, że czasem nie dało się nawet przez chwilę usiąść na łonie przyrody by spożyć posiłek czy wejść do parkingowej łazienki. Czasem nawet wyjście na kilka minut i szybki powrót do samochodu oznaczał przyciągnięcie za sobą całego stada różnych owadów. Spanie z otwartym oknem bez siatek zabezpieczających mimo dokuczliwego gorąca też nie wchodziło w grę. Dlatego podróżując w rejonie Azji a w szczególności w Australii nie można zapominać o moskitierze.
Problem owadów jest o tyle istotny, że są one nosicielami wielu groźnych chorób. W tym największej zmory podróżników: malarii. I niestety nie jest to tylko zagrożenie hipotetyczne. W regionach endemicznych w których przebywaliśmy zachorowanie na malarię jest realnym zagrożeniem, którego nie należy lekceważyć. Przekonaliśmy się o tym niemal „na własnej skórze”. Przebywając w Kambodży spotkaliśmy parę Polaków: Artura i Beatę. Spędziliśmy razem kilka dni w Sihanoukville a potem nasze drogi się rozjechały. My pojechaliśmy dalej do Tajlandii, a Artur z Beatą spędzili jeszcze kilkanaście dni na wybrzeżu Kambodży na Koh Krong zanim wrócili do domu. Gdy jeszcze byliśmy razem rozmawialiśmy o zagrożeniach związanych z Malarią, ale nasi znajomi nie mieli tabletek antymalarycznych ponieważ traktowali to zagrożenie jako nieznaczne. Po tygodniu okazało się, że Artur trafił do szpitala z objawami gorączki i problemów żołądkowych. W kambodżańskim szpitalu wykluczono malarię i oceniono, że jest to jakiś nieznany typ wirusa i po kilku dniach Artur wyszedł ze szpitala, ale kompletnie bez sił z nawrotami gorączki. Dopiero po powrocie do kraju ze względu na wzmagające się objawy w szpitalu zdiagnozowano jedną z odmian malarii i poddano intensywnemu leczeniu. Po kolejnych dniach leczenia szpitalnego z mocno nadwerężoną wątrobą i restrykcyjną dietą (zero alkoholu, lekkie potrawy itd.) Artur powrócił do domu. Całe szczęście ten rodzaj malarii okazał się łagodny i wyleczalny. My mieliśmy sporo szczęścia, ale szczęściu trzeba pomagać. Uniknęliśmy takich problemów dzięki profilaktyce malarycznej. Niezastąpionym w tym przypadku okazał się lek Malarone, o którym pisaliśmy w artykule „Profilaktyka malarii”.
O sporym szczęściu możemy też powiedzieć w nawiązaniu do przypadków z jakimi mieliśmy do czynienia w Indonezji. Jak wspominaliśmy wcześniej na naszym blogu na Javie spotkaliśmy dwóch podróżników z Polski Mariusza i Ryszarda. Potem razem podróżowaliśmy przez ponad tydzień i zatrzymaliśmy się w Lovinie na Bali. Chłopaki podobnie jak i my wypożyczyli tam motocykl by zwiedzać środkową część wyspy. Ktoś jadący przed nimi zahamował nagle i po gwałtownym hamowaniu w wykonaniu Mariusza przewrócili się i mocno poobijali. Z poważnymi stłuczeniami, ale bez złamań trafili do lokalnego szpitala w którym w zasadzie nie potrafiono udzielić im żadnej pomocy poza opatrzeniem ran. Potem dalsze wędrówki okazały się dla chłopaków wyjątkowo męczące i bolesne (chociaż trzeba ich podziwiać bo na wyspie Lombok w tym stanie zdecydowali się na wyczerpującą wędrówkę na wulkan!). Prawdziwy problem jednak zaczął się wiele dni później gdy nagle któregoś wieczoru Mariusz stracił przytomność. Okazało się, że w ranę wdało się groźne zakażenie i tu znowu lokalni lekarze nie potrafili zrobić nic więcej poza przemyciem i opatrzeniem ran. Dopiero zastosowany przez Mariusza za poradą polskiego lekarza antybiotyk, przyniósł poprawę i zapobiegł tragedii. Dlatego ze swojej strony możemy tylko zalecić, że zawsze przed wyjazdem warto skonsultować się z lekarzem chorób tropikalnych i na wszelki wypadek wypisać receptę np. na Doxycyclinę i zakupić ją przed wyjazdem. O zakupieniu odpowiedniego antybiotyku w trakcie podróży w sytuacji awaryjnej można zapomnieć. Lepiej więc być na to odpowiednio przygotowanym.
Kolejne szczęście dopisało nam w wypadku jakiego doświadczyliśmy na australijskim outbacku (pisaliśmy o nim w naszym blogu <tutaj>) w którym nasz specjalnie wzmocniony samochód typu 4WD uległ takiemu zniszczeniu, że w zasadzie nadawał się już tylko do kasacji, a pomimo tego nam szczęśliwie poza szokiem powypadkowym nie stało się praktycznie nic!
Tak więc szczęście w podróżowaniu jest bardzo ważne, ale temu szczęściu należy też pomóc. Odpowiednia profilaktyka i zaopatrzenie w odpowiednie leki jest pozycją obowiązkową! Nie należy też zapominać o wszelkich potrzebnych szczepieniach. Dopiero tak przygotowanym można ruszać w drogę, a potem unikać wszelkich zagrożeń. Bo nic nie jest ważniejsze niż zdrowie. Przekonali się o tym nasi poznani na trasie nowi znajomi. Dobrze, że my tego uniknęliśmy i nie musieliśmy się uczyć na swoich błędach ![]()
Na koniec prosimy o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka. W imieniu dzieci bardzo za to dziękujemy!
__

























































