Tajlandia – nasz come back na wyspy

Tajlandia to kraj do którego mnóstwo ludzi wraca jeśli zawitało tam choć jeden raz. To dlatego, że oprócz typowo azjatyckiego klimatu i serdeczności jej mieszkańców można tam znaleźć wszystko co najlepsze do miłego spędzania czasu: wspaniała pogoda, piękne krajobrazy, piaszczyste plaże i co charakterystyczne dla tego kraju przepyszna kuchnia przez wielu uznawana za najlepszą na świecie.
Od razu dodamy: my też tak uważamy! Kuchnia tajska łączy wszystko co najlepsze: aromaty azjatyckich przypraw, wspaniałe smaki owoców morza, pikantne warzywa i słodkie owoce – jednym słowem mniam!
Postanowiliśmy tu wrócić korzystając z okazji super promocji na przeloty liniami Etihad. W takiej cenie w jakiej udało nam się zakupić bilety lecieć w ten rejon Azji zdarza się nie często. Złapaliśmy więc wiatr w żagle i wykorzystaliśmy okazję, żeby tu ponownie zawitać.
Przeloty do południowo-wschodniej Azji linie Etihad organizują w bardzo przemyślany sposób: najpierw organizują loty z różnych części Europy do Berlina stowarzyszonymi liniami Air Berlin, stamtąd lecą duże Boeingi do Emiratów Arabskich a konkretniej do Abu Dhabi, który jest dużym hubem na ogromną liczbę różnych tras, a stamtąd ponownie dużymi Boeingami można lecieć w różne strony Azji.
Postanowiliśmy polecieć do Phuket, czyli bardzo popularnego miejsca dla turystyki tajskiej. Postanowiliśmy również, że ta wizyta będzie miała charakter bardziej relaksacyjny niż globtroterski. Po naszych poprzednich podróżach należy nam się trochę wypoczynku więc plan wydał nam się słuszny 😉
Planem minimum było „objeżdżenie” wyspy Phuket oraz odwiedzenie wybranych dwóch innych wysp. Dodatkowym celem osobistym było przejście kursu tajskiej kuchni. Od naszych podróży po Azji bowiem w naszej kuchni azjatyckie potrawy rozgościły się na dobre i śmiało możemy powiedzieć, że goszczą na naszych talerzach o wiele częściej niż nasze rodzime potrawy czy w ogóle potrawy kuchni europejskiej.
Loty liniami Air Berlin możemy uznać za bardzo komfortowe a sam pomysł kooperacji z liniami Etihad uznajemy za strzał w dziesiątkę. Szybko, sprawnie i wygodnie. Linie Etihad to oczywiście klasa sama w sobie. Brawo! Oby więcej takich międzynarodowych pomysłów na tanie podróżowanie :-)
Po przylocie na Phuket późnym wieczorem mieliśmy już zarezerwowany nocleg w hostelu położonym niedaleko portu lotniczego, ale w cichym miejscu co pozwoliło nam wypocząć przed udaniem się następnego dnia na południe wyspy do miasteczka Rawai gdzie postanowiliśmy poszukać miejsca na „bazę wypadową”. Oczywiście mimo tego, że zmrok już zapadł postanowiliśmy udać się na eksplorowanie okolic by dotrzeć nad wybrzeże Morza Adamańskiego a także zjeść pierwszy tajski posiłek by pobudzić nasze kubki smakowe 😉
Plan tego dnia wypełniliśmy w stu procentach. Nasz kroki skierowaliśmy do ulicznych barów, które jak wiadomo serwują zwykłe, lokalne posiłki gwarantujące prawdziwie tajskie smaki a potem nasze kroki skierowaliśmy na zachód by dotrzeć na nabrzeże. Zarówno spacer do Parku Sirinat jak i „obiadokolacja” była miłym zakończeniem pierwszego dnia na Phuket :-)

Tajskie jedzonko

“Kręcąc się po świecie” once again… :-)

Audycja “Kręcąc się po świecie” kolejny raz gościła nas na antenie :-) Tym razem mieliśmy przywilej opowiadania o Australii.

Tym samym kolejny raz przekonaliśmy się, że branie udziału w takich audycjach to nie tylko frajda (bo jest okazja poopowiadać o swoich podróżach i samemu powspominać :-)), ale również możliwość dotarcia do większego grona osób, które zainteresowane są podróżowaniem, a często po prostu wahają się przed podjęciem decyzji o dalekiej podróży.

Krecac sie po swiecie

Taka audycja może “dać kopa” i sprawić, że to co było tylko mglistym pomysłem, przerodzi się w czyn i nieśmiały stanie się śmiałkiem, a głodny przygód będzie mógł najeść się do syta po tym jak usłyszy od innych jak proste i owocne (bo pełne wrażeń na całe życie) jest podróżowanie i sam wybierze się w odległy rejon świata. Australia, która leży dokładnie po drugiej stronie Ziemi od naszego regionu świata może być dobrym celem na dłuższą podróż, która dostarczy niezapomnianych wrażeń. I o tym właśnie opowiedzieliśmy w kolejnej audycji “Kręcąc się po świecie”.

Klub Podróżników Łódzkiego Domu Kultury po raz drugi :-)

Kolejny raz mieliśmy wielką przyjemność przedstawić prezentację z naszych podróży przed audytorium zgromadzonym w Łódzkim Domu Kultury ŁDK w ramach cyklicznych spotkań Klubu Podróżników.

Tym razem opowiadaliśmy o Indonezji. Oczywiście wszystko “okrasiliśmy” bogatym materiałem fotograficznym i filmowym, a nasza prezentacja spotkała się z bardzo gorącym przyjęciem i mnóstwem pytań od osób, które bądź to widziały niektóre rejony Indonezji, bądź zamierzają się tam wybrać, ale również od tych dla których podróż do Indonezji pozostaje w sferze marzeń.

LDK-klub_podroznikow

Cieszymy się, że prezentacje podróżnicze gromadzą tak wielkie rzesze miłośników podróżowania i osób głodnych wiedzy o różnych zakątkach świata. Polecamy tego typu wydarzenia, bo jest ich coraz więcej i poza znanymi festiwalami podróżniczymi coraz więcej prezentacji odbywa się w domach kultury, szkołach czy nawet barach i restauracjach!

Audycja telewizyjna “Kręcąc się po świecie”

Nasza działalność krzewienia idei taniego podróżowania i dzielenia się doświadczeniami rozszerza zasięg :-)
Zostaliśmy zaproszeni do nagrania jednego z odcinków audycji “Kręcąc się po świecie” nagrywanej dla łódzkiej telewizji.
W audycji znani i mniej znani podróżnicy (czyli tacy jak my ;-)) opowiadają jak wyglądały ich podróże i co ciekawego można doświadczyć w różnych rejonach świata.
My wzięliśmy udział w odcinku, który opowiada o Malezji. Oczywiście wykorzystaliśmy tę okazję do opowiedzenia więcej o niesamowitym święcie Thaipusam, które ma miejsce w Batu Caves niedaleko Kuala Lumpur, a w którym wzięliśmy udział już dwukrotnie.

Krecac sie po swiecie

Cieszymy się, że również tym kanałem możemy dotrzeć do zainteresowanych tanim podróżowaniem. Pozdrowienia dla wszystkich travellersów 😉

Prezentacja w Klubie Podróżników Łodzkiego Domu Kultury

Spotkała nas kolejna przyjemność prezentowania swoich wrażeń z podróżowania po świecie.
Na zaproszenie założyciela Klubu Podróżników działającego przy Łódzkim Domu Kultury – podróżnika Marka Grzejszczyka, przygotowaliśmy prezentację o Malezji z uwzględnieniem niesamowitego festiwalu jaki odbywa się w Batu Caves – święta Thaipusam.

ŁDK Klub Podroznikow

Przed obszerną publiką zaprezentowana została historia tego niezwykłego festiwalu oraz dzisiejsze obrzędy jakie towarzyszą obchodom tego święta. Mogliśmy wystąpić w znamienitym towarzystwie, bowiem tuż po naszej prezentacji swoje podróżnicze dokonania omawiali członkowie Zespołu Pieśni i Tańca “Łódź”. Na koniec nie zabrakło oczywiście prezentacji tradycyjnych polskich tańców ludowych :-)

Tańce Zespołu Łódź

Na koniec otrzymaliśmy specjalne podziękowania i zaproszenie na kolejne prezentacje w przyszłym roku. Tak więc w planie są następne prezentacje na które bardzo serdecznie zapraszamy do ŁDK :-)

Prezentacja w ŁDK

Bierzemy udział w “Nocy Podróżnika” – lato 2012

Tak jak w poprzednim roku – również po tegorocznej podróży jesteśmy gośćmi “Nocy Podróżnika” organizowanej dwa razy do roku w Łodzi przez środowisko podróżników oraz sklep turystyczny “Trawers” :-)
W tym roku mamy swój udział z obszerną prezentacją na temat święta Thaipusam obchodzonego w Batu Caves.

Ponieważ mieliśmy niewątpliwy zaszczyt uczestniczyć w tym niezwykłym święcie już dwukrotnie (w 2010 oraz w 2012 roku) chcemy się podzielić najciekawszymi informacjami i przekazać najbardziej niesamowite momenty związane z ceremoaniami jakie mają miejsce podczas tego święta.
Dość powiedzieć tylko, że w słynnym filmie “Szokująca Azja”, który wywołał wielkie poruszenie wśród widzów TVP – wyemitowany w latach 70-tych sceny z Thaipusam zrobiły ogromne wrażenie, które utkwiło w pamięci wielu osób do dzisiaj.
Serdecznie zapraszamy!

noc_podroznika-plakat

Prezentacja z podróży po Azji w I LO w Kutnie

Po naszych podróżach już niemal tradycją stało się, że jesteśmy zapraszani na prezentacje z różnych zakątków świata.
Oczywiście w miarę możliwości staramy się to robić, bo krzewienie idei poznawania świata przez bezpośredni kontakt z innymi kulturami jest poza samymi podróżami naszym kolejnym celem :-)
Tym razem mieliśmy przyjemność przeprowadzić specjalną lekcję geografii dla młodzieży z I Liceum Ogólnokształcącego im. Gen. J. H. Dąbrowskiego w Kutnie. Zaprosiła nas Pani Wioletta Drabik, która stara się przynajmniej raz w roku zapraszać do szkoły na specjalne prezentacje różnych podróżników. Gratulujemy wspaniałego pomysłu – nie ma lepszej metody na zasiewanie takiego “bakcyla” niż pokazywanie piękna innych miejsc świata bezpośrednio przez tych, którzy tego doświadczyli.
Sala gimnastyczna na której przeprowadziliśmy prezentację była wypełniona po brzegi, a na ścianie znalazły się ręcznie przygotowane dekoracje związane z tematyką prezentacji.

Młodzież na sali

Prezenterzy :-)

Na koniec były oczywiście pytania i pamiątkowe zdjęcia z grupą reprezentującą szkołę. Jeszcze raz wszystkim dziękujemy i mamy nadzieję, że przynajmniej niektórzy spośród zebranej młodzieży w niedalekiej przyszłości ruszą w świat! :-)

Grupa reprezentantów szkoły

Delhi czyli finisz naszej podróży

Po kilku dniach spędzonych na zachodnim wybrzeżu Indii pora na finisz naszej tegorocznej podróży. Do Europy wracać będziemy z Delhi. Postanowiliśmy więc spędzić tutaj dwa ostatnie dni jakie przyszło nam doświadczyć na Półwyspie Indyjskim.
Delhi nie jest wybitnie atrakcyjnym miejscem do zwiedzania. To co jest ogólnie znane i popularne mocno ustępuje wspaniałym zabytkom jakie widzieliśmy w czasie podróży po Indiach. Ale jest to bez wątpienia jedna z bardziej popularnych destynacji. Głównie z dwóch powodów: 1) jest to stolica Indii więc pozycja obowiązkowa 😉 2) Tutaj dociera większość międzynarodowych linii lotniczych więc łatwo o bilet.
Nie będziemy więc rozwodzić się nad tym co można zobaczyć w Delhi, bo w zasadzie większość osób łatwo może to sprawdzić na większości portalów podróżniczych a także przeczytać w wielu dostępnych przewodnikach turystycznych o Indiach. Chcemy tylko podkreślić nasze wrażenia, które wynieśliśmy z pobytu w tym miejscu.
Najbardziej oczywistym, ale też praktycznym jest to, że na targach w Delhi można kupić niemal wszystko co spotyka się w pozostałych częściach Indii w dodatku w cenach – nazwijmy je – „głęboko negocjowalnch” 😉 Tak więc jeśli ktoś planuje trip po Indiach i doładowuje plecak kolejnymi pamiątkami mając w perspektywie wylot z Delhi to powiedzmy sobie otwarcie popełnia typowy błąd turysty. Będąc w innych miejscach tego ogromnego kraju warto przede wszystkim wypatrzeć sobie to czym jesteśmy zainteresowani a potem dokonać zakupu tych cudów np. na Market Street tuż przed odlotem :-)

delhi_market

delhi_market2

Do miejsc obowiązkowych w Delhi należą bez wątpienia:
Red Fort – czyli ogromna forteca zbudowana w XVI wieku wzdłuż rzeki Jamuny. Wśród budynków wchodzących w skład tego kompleksu należy pałac Szacha Dżahana oraz oczywiście wysokie na 16 metrów mury okalające ten kompleks budynków. Od 2007 roku jest to kompleks wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że dużo większe wrażenie robią forty w Jaipurze i w Agrze.

delhi_red_fort

Największy meczet w stolicy czyli Jama Masjid. Jednak nie jest to wdzięczne miejsce do zwiedzania bowiem mimo tego, że można tam przebywać za darmo to przed wejściem od turystów wymusza się pozostawienie obuwia (co w tym wypadku oczywiste), ale również wszelkich toreb, aparatów, kamer a także telefonów komórkowych. Nie ma jednak żadnej przechowalni więc w zasadzie trzeba zdać się na lokalnych „pilnowaczy” (nie polecamy!) albo podzielić się i wchodzić na przemian.

delhi_jama_masjid

Brama Indii – ogromna brama zbudowana w 1921 roku przez Brytyjczyków ku czci wszystkim poległym na wojnach Hindusom.

delhi_brama_indii

Akshardham – to przepiękna świątynia, która zadziwia swoim ogromem i rozmachem z jakim została wykonana. I tu ciekawostka: mimo, że świątynia stylem nawiązuje do tradycyjnych świątyń indyjskich otwarcie świątyni miało miejsce stosunkowo niedawno, bo w listopadzie 2005 roku. Otawrcie nastąpiło z udziałem Pramukh Swami Maharaj, przywódcy duchowego organizacji BAPS. Całość budowy, wykonania i wykończenia zajęła zaledwie 5 lat. Jest to największa hinduistyczna świątynia jaką mieliśmy okazję zobaczyć (główna świątynia ma 43 metry wysokości).

delhi_akshardham

Wybierając się do świątyni Akshardham trzeba uzbroić się w dużą dawkę cierpliwości bowiem mimo, że wejście na teren świątyni jest darmowe to nie można tam wnieść w zasadzie nic poza ubraniami i biżuterią. W przeciwieństwie do Jama Majid jednak przygotowane są specjalne pomieszczenia-przechowalnie gdzie należy zdeponować swój „dobytek”.

delhi_akshardham_zakazy

Potem trzeba odstać kolejny dłuuuugi czas w kolejce do rewizji osobistej. Całość tych procedur z pewnością można by uprościć, ale widocznie Hindusom takie przeszkody zbytnio nie przeszkadzają bo oni zawsze mają przecież dużo czasu. Nasze wejście na teren świątyni przez te procedury trwało prawie dwie godziny, bo kolejki były niemiłosiernie długie.
Ulice Delhi zmieniają się na lepsze. Mniej jest tutaj żebraków i brudu niż można było widzieć jeszcze kilka lat temu. Być może to efekt działań władz miasta, które podjęte zostały kilka lat temu przed organizacją Igrzysk Wspólnoty Narodów (ang. Commonwealth Games), które zorganizowane były w Delhi w 2010 roku. Podobno wywożono wtedy bezdomnych samochodami ciężarowymi daleko poza miasto dając im jakąś drobną gotówkę na życie z informacją o zakazie powrotu do Delhi. Tym, którzy mieli rodziny w odległych miejscach Indii fundowano bilety w jedną stronę by mogli odwiedzić swych bliskich. Na ile jest w tym prawdy nie wiemy, ale trzeba przyznać, że mimo wszechobecnego brudu, smrodu itd. liczba bezdomnych wyraźnie spadła. Ulice oczywiście nadal trzymają hinduskie standardy więc jest czym się rozkoszować 😉

delhi_ulice

delhi_ulice2

Na licznych stoiskach rozkładanych na chodnikach można znaleźć nie tylko „zakłady” fryzjerskie, obuwnicze itd. ale także – uwaga – „zakłady” protetyki dentystycznej. Widzieliśmy na własne oczy jak w tumanach kurzu na kocach porozkładane były sztuczne szczęki i inne elementy uzębienia (zapewne już z dużym „przebiegiem”), które ochoczo były mierzone przez potrzebujących. Dla nas szok. Tutaj to norma.

delhi_dentysta

To doskonale oddający klimat Indii obrazek, który śmiało może być symbolem tego kraju. Z takimi wrażeniami wracamy do Europy. Pięć tygodni podróży rozpoczętej od Sri Lanki, poprzez Batu Caves, Bangladesz i Indie dało nam moc wrażeń i zastrzyk energii na dalsze miesiące. Teraz więc czekają nas loty, zmiana stref czasowych i szybka asymilacja do zimy od której udało się nam na jakiś czas uciec :-)
Najpierw lot do Brukseli, potem do Berlina a potem Polskim Busem do ojczyzny. Koszt za całą tę trasę w wysokości 567 zł daje wyobrażenie o tym jak tanio można zorganizować sobie wyjazd do miejsc odległych o wiele tysięcy kilometrów. Dla chcącego nic trudnego. Wystarczy samozaparcie, zamiłowanie do podróży i przygotowanie się na trudy podróży gdzie przewodnikiem jesteśmy sami dla siebie. Gorąco polecamy!

W tym miejscu prosimy o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. Z góry za to bardzo dziękujemy.

Porady praktyczne:
Transport w Delhi nie jest skomplikowany. Najlepiej na dalsze odległości korzystać z metra. Jest dobrze zorganizowane i proste w korzystaniu. Można kupić sobie kartę dobową z której można korzystać na wszystkich liniach metra przez całą dobę.
Mniejsze odległości najlepiej pokonywać pieszo lub autorikszą. Ale tutaj uwaga: najlepiej tzw. prepaid autorikszą. To pomysł rządu jak walczyć z naciągaczami, którzy próbują wydusić z turystów wygórowane stawki wielokrotnie przewyższające wartość cen wynikających z norm. W wielu miejscach miasta znajdują się kioski w którym kupuje się bilet na autorikszę do konkretnie wyznaczonego miejsca. Stawka wyliczana jest z cennika a następnie na podstawie tego biletu wskazywany jest numer autorikszy, który ma wykonać usługę przewozową :-) Kierowcy autorikszy nie płaci się ani jednej rupii. Po prostu po dotarciu na miejsce daje się kwitek (bilet) na podstawie którego kierowca będzie później miał wypłacone pieniądze. To działa! Oczywiście wszyscy wokoło nawet tuż obok kiosku będą wmawiać, że nie ma czegoś takiego jak prepaid autoriksza, albo wymyślać inne historie (że dziś jest zamknięte itp.), ale to standard. Po prostu trzeba iść w zaparte i poszukać tego stanowiska. Można zapytać policję. Często potrafi wskazać właściwe miejsce i problem mamy załatwiony.

Plaolem – czyli smak Kambodży na wybrzeżu Indii :-)

Wybór Palolem na nasz finisz podróży okazał się strzałem w dziesiątkę. Wspaniałe piaszczyste plaże, mnóstwo słomiano-bambusowych shacków (czy jak kto woli bungalowów) i oczywiście bary wzdłuż całego wybrzeża. Wszystko co potrzebne by odpocząć od trudów podróżowania w wątpliwych pod względem higieny warunkach. Tutaj bez problemu znaleźliśmy bungalow tuż przy plaży (cena jaką wynegocjowaliśmy okazała się niższa niż za brudne pokoje w wielu hostelach z których mieliśmy okazje korzystać) i to w dodatku w otoczeniu pięknych kwiatów i obok taniego i dobrego baru.
Temat barów to tutaj osobna historia. Jedzenie takiej jak kochają miłośnicy Azji i wybrzeża, czyli świeże owoce morza podawane w najrozmaitszych postaciach, cudownie pikantne zupy i odkryty przez nas hit jedzeniowy Indii czyli Naan i to w tej ulubionej przez nas wersji Stuff Naan (czyli placki z nadzieniem) z serem i czosnkiem. W dobrze przyrządzonej wersji smakuje lepiej niż najlepsza pizza, którą można kupić w naszym regionie świata. Polecamy.
W ogóle pobyt tutaj przypominał nam najlepsze chwile spędzone nad wybrzeżem w Sihanukville w Kambodży gdzie drewniane budy i leżaki wprost na plaży otoczone były stolikami gdzie serwowano tanie piwo i smaczne owoce morza. Tutaj w prawdzie piwo jest droższe niż w Kambodży, ale i tak tańsze niż w Polsce. Wszystko dzięki temu, że takie browary jak Kingfisher czy inni lokalni producenci mają inne ceny przeznaczone na ten region Indii. Na butelkach oprócz ceny (niższej niż w pozostałych częściach Indii) wyraźnie napisana jest wzmianka, że te piwa mogą być sprzedawane jedynie na Goa. Nie omieszkaliśmy to wykorzystać obficie korzystając z chłodzących właściwości tego napoju 😉
Plaża w Palolem to typowy „long beach” leżący wzdłuż wybrzeża zatoki. Woda czysta i ciepła. W otoczeniu piękne, wysokie palmy a w jednym końcu zatoki znajdują się piękne skały a w drugim końcu tuż przy skalnym nabrzeżu do morza wpada rzeczka.

palolem_bungalows

Na rzeczce można sobie popływać w głąb lądu korzystając z gościnności lub usług lokalsów. Widoki bezcenne.

palolem_rzeczka

Nad rzeczką znaleźliśmy piękny bambusowy mostek o długości kilkudziesięciu metrów. Klimat pełnej egzotyki pod upalnym niebem tuż obok pięknego morza. Można poczuć smak wakacji marzeń 😉

palolem_mostek

Podstawowym źródłem utrzymania lokalnych mieszkańców oprócz oczywistej turystyki są połowy ryb i owoców morza. W zasadzie plaża oprócz leżaczków, stoliczków itp. usiana jest gęsto łódkami, które przypominają te z Indonezji. Z tym, że łódki indonezyjskie mają dwie wyciągnięte z dala od łódki płozy po obu stronach kadłuba natomiast te, których używa się tutaj (a także na Sri Lance) mają taką wyciągniętą płozę tylko po jednej stronie kadłuba.

palolem_lodki

O świcie łódki wyruszają na połowy oddalając się od brzegu na kilka kilometrów by po kilku godzinach połowów wrócić na ląd. Taki sam proces powtarza się późnym wieczorem. Mieliśmy okazję tym życzliwym lokalsom niejednokrotnie pomagać w wyciąganiu łódek na brzeg lub wypychaniu ich w kierunku wody.

palolem_pomoc

Ryby i inne dobra oceanu łowi się też prostszymi i tańszymi metodami. Czasami z zainteresowaniem obserwowaliśmy jak kilku mężczyzn ciągało długie sieci wchodząc do morza wprost z plaży i zataczając koła w wodzie w odległości kilkunastu metrów od brzegu. Połowy mimo, że o wiele skromniejsze niż te uzyskiwane z łodzi, mogą nakarmić niejedną rodzinę.

palolem_sieci

Dzięki tym działaniom wszystkie bary plażowe mają świeżutkie ryby i owoce morza do serwowania na życzenia klienta wprost z grilla lub w dowolnej formie jaką sobie smakosz wybierze :-)
Najwspanialsze były chyba krewetki, których gigantyczny rozmiar wprawił nas w osłupienie. Krewetki wielkości naszych ryb słodkowodnych muszą robić wrażenie. Tym bardziej, że ich smak nie dobiega od tych małych, które można jeść w innych regionach świata (tygrysich i królewskich). Można sobie wyobrazić jakie to „niebo w gębie” gdy zamiast drażnić podniebienie pojedynczymi małymi sztukami duże kawały krewetki gryzie się niemal jak kawały kurczaka 😉

palolem_krab

palolem_krewetki

Nie ma co tu się nad tym tematem rozwijać. To bez wątpienia miejsce, które możemy polecić z pełną odpowiedzialnością dla tych, którzy chcą zaznać smaku egzotyki bez ponoszenia wysokich kosztów. Trzeba tylko złapać tanie przeloty i voila! Zapraszamy!

Naszym dobrym zwyczajem prosimy w tym miejscu o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. W imieniu dzieci bardzo za to dziękujemy.

Porady praktyczne:
Wybierając się na Goa nie ma sensu rezerwować coś „z góry”. To co można znaleźć w Internecie zazwyczaj odbiega cenowo (oczywiście w górę) od tego co można znaleźć bezpośrednio poszukując po dotarciu w miejsce gdzie chcemy się zatrzymać. W dodatku oferowane w Internecie miejsca na ogół leżą dalej od plaży a przecież każdy chciałby budzić się przy szumie oceanu a po otworzeniu drzwi obserwować wybrzeże, głęboko wdychając świeżość porannej bryzy :-)

Marmagao, Vasco De Gama (Dabolim) i Margao

Nasza podróż lokalnymi środkami transportu od chwili wylądowania w stolicy Bangladeszu trwa już trzy tygodnie. Szczerze mówiąc mocno się umęczyliśmy, a nasze stopy „dostały w kość” jak nigdy wcześniej. Brud, pył, kurz i spiekota które atakują non stop nasze sandały powodują, że po wypraniu i wysuszeniu już po dwóch godzinach wyglądają one jak wydobyte razem z urobkiem z kopalni siarki i rudy cynku razem wzięte. Można więc sobie wyobrazić co się dzieje ze skórą na stopach w takich warunkach. Stopień popękania i zabrudzenia jest tak duży, że żadne szorowanie kamieniami nie daje wystarczających efektów. Do tego dochodzą głębokie rany, które na skutek spękania skóry stały się bardzo bolesne. Pokonaliśmy lądem już ponad 2200 km i czas na jakąś zmianę.

mapa-dhaka-jaipur-2012-02-small

Udało się nam zakupić bilety na lokalne tanie linie lotnicze by przemieścić się od razu o kolejne 2000 km w kierunku południowo-zachodnim. Zrobiliśmy więc spory skok na mapie Indii i wylądowaliśmy w Dabolim. Tutaj pierwsze zmiany dało się odczuć już po opuszczeniu samolotu. Temperatura znacznie wzrosła i mimo późnej pory dawała się mocno odczuć zarówno poziomem wilgoci jak i wysokością słupka rtęci. Zanim jednak zaczęliśmy przyswajać nowe warunki naszą uwagę przykuła budowa lotniska Dabolim. Pierwszy szok nastąpił gdy po wylądowaniu na jedynym pasie, które posiada lotnisko, samolot zaczął kręcić tuż obok i po zwrocie o 180 st. Przystanął na wprost tego pasa by przepuścić inny samolot, który parę minut po naszym wylądowaniu rozpędzał się już po tym samym torze by wystartować z lotniska. Nasz samolot przeciął grzecznie pas po którym przed chwilą śmignął startujący kolos i przedostał się na drugą stronę, następnie jechał wzdłuż tego pasa i paręset metrów dalej znowu zwrócił się dziobem w kierunku toru „startowo-lądowiskowego” i przystanął by przepuścić kolejny samolot, który tym razem już lądował. Potem żwawo ruszył w kierunku terminala gdzie zakończył swoje „przejażdżki” krajoznawczo-turystyczne.
Pomyśleliśmy sobie, że to niezłe rozwiązanie konstrukcyjne jak na hinduskie „poukładanie” w ruchu jakie mieliśmy już możliwość obserwować na drogach. Spore wyzwanie dla pilotów – zważywszy, że lądują tam również samoloty międzynarodowe, a innych dróg poruszania się samolotów po płycie lotniska nie było widać. Cała ta operacja to jednak „mały pikuś” w obliczu tego co zobaczyliśmy w czasie tych przejażdżek po płycie lotniska. Otóż środek pasa na którym odbywał się ten wzmożony ruch startujących i lądujących samolotów przecina droga. Tak, tak! Droga! Nie inaczej. Na początku nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom i myśleliśmy, że to jakieś służby lotniskowe nagle ruszyły wskroś pasa i uwijają się by zdążyć przed lądowaniem następnego samolotu… ale nie! To po prostu kierowcy samochodów, motorowerów i motocykli przyśpieszali by zdążyć zanim na ich głowach wyląduje kolejny samolot! To po prostu szok! W miejscu gdzie droga przecina pas startowy ustawiona została stróżówka i służby mundurowe zamykają szlaban wstrzymując ruch drogowy do czasu gdy samolot wystartuje lub wyląduje. Po takiej operacji nie mija nawet minuta a dróżnik otwiera szlaban i przez płytę przejeżdżają dziesiątki samochodów, motocykli a nawet rowerów by zdążyć przed kolejnym zamknięciem. Ba! Widzieliśmy nawet jak drogą biegł jakiś pieszy z torbami by zdążyć zanim „klamka zapadnie” na kolejnych kilka minut. Niewiarygodne. Lotnisko przyjmujące taki ruch ma normalną, regularną drogę przecinającą jedyny pas startowy! Nawet nie chcemy sobie wyobrażać co by się stało gdyby na skrzyżowaniu z pasem komuś np. wysypały się owoce, albo – co gorsza – zgasł silnik! :-) Zdjęcie umieszczone poniżej nie oddaje w pełni powagi sytuacji, ponieważ zostało zrobione z daleka ale daje jakiś obraz tego co się tam dzieje (zostało zrobione z ukrycia jako, że obowiązuje tam całkowity zakaz fotografowania).

lotnisko_dabolim

Po tej sporej dawce emocji opuściliśmy lotnisko by nieco ochłonąć i złapać autobus w kierunku południowym. Naszym celem było zarekomendowane przez Włosko-Niemiecką parę Palolem – niewielka miejscowość tuż przy Morzu Arabskim jakie smaga Półwysep Indyjski od strony zachodniej. Na lotnisku w informacji turystycznej powiedziano nam, że do Palolem nic o tej godzinie nie jeździ i trzeba po prostu złapać taksówkę. Koszt około 1000 rupii. Na takie porady jesteśmy jednak odporni i po szybkiej analizie mapy, która wisiała w pokoju informacji zdecydowaliśmy, że dotrzemy tak jak dotarłby normalny mieszkaniec tej miejscowości :-) Wyszliśmy z terenu lotniska podziwiając jeszcze szyld informujący, że lotnisko ma jakiś certyfikat ISO 9000… Swoją drogą ciekawe co to za ISO pozwala na takie niesamowite rozwiązania komunikacyjne :-)
Po przedostaniu się na drugą stronę drogi przebiegającej w pobliżu lotniska postanowiliśmy azjatyckim, dobrym zwyczajem łapać autobus tam gdzie czeka na niego pasażer. W Azji standardem jest, że autobus zbiera po drodze wszystkich tam gdzie znajdzie się chętny, a „naganiacz” współpracujący z kierowcą wykrzykuje nazwę miejscowości do której udaje się autobus. Tym razem role zostały odwrócone. To my wykrzykiwaliśmy do nadjeżdżających autobusów nazwę miejscowości Margao, która znajdowała się mniej więcej w połowie drogi do Palolem. Z mapy wyraźnie wynikało, że autobusy jadące po tej stronie drogi mogły udawać się w dziesiątki różnych innych miejsc i niekoniecznie po drodze, którą musieliśmy pokonać. Dlatego bezpiecznie było wykrzykiwać nazwę takiej miejscowości, do której autobus mógł jechać. Po kilku zatrzymywanych przez nas autobusach trafił się wreszcie taki, który na wykrzykiwane „Margao! Margao!” zareagował pozytywnie :-) Pierwszy odcinek trasy mieliśmy więc już pokonany. Potem po dojechaniu do dworca autobusowego w Margao wystarczyło zrobić szybką rundę po stojących autobusach i z okrzykiem tym razem „Palolem! Palolem!” zlokalizować ten właściwy, który w tym kierunku się udawał. W prawdzie udało nam się ustalić, że do samego Palolem ten autobus nie dojedzie, ale dotrze do miejscowości z której do naszego celu podróży jest już niedaleko. Po obowiązkowym zebraniu kompletu pasażerów autobus wreszcie ruszył i… nie ujechał nawet jednego kilometra gdy przepychając się po ciasnych drogach Margao stratował jakiś pojazd wywołując spore zamieszanie. Kierowca zatrzymał autobus, a tłumek pasażerów rzucił się do szyb by zobaczyć efekty tej kolizji. Okazało się, że jakaś Pani na motorowerze została mocno poszkodowana więc wezwano karetkę, a tłum gapiów w tym czasie żywo dyskutował stawiając diagnozę. Po akcji „karetka” kierowca zasiadł z powrotem za kierownicę i rozpoczął zawracanie autobusu na wąskiej drodze metodą „na 17 ruchów posuwisto-zwrotnych” 😉 Po tym jak autobus zmienił wreszcie kierunek na przeciwny w autobusie rozległy się gwizdy i okrzyki a większość pasażerów zaczęła (jak się okazało po próbie ustalenia co się dzieje z jednym z pasażerów, którzy mówił w jęz. angielskim) wymuszać na kierowcy aby wrócił na dworzec autobusowy by podstawiono nowy autobus. Kierowca grzecznie jednak wyjaśnił, że on jest kierowcą ostatniego autobusu, który w tym dniu udawał się tą trasą więc musi udać się na komisariat policji by spisać protokół z wypadku. Tak, tak. Kolejny niesamowity „wynalazek” indyjskich regulacji drogowych! Kierowca autobusu, który spowodował wypadek ma udać się na komisariat z kompletem pasażerów na pokładzie i tam dokonać odpowiednich czynności rejestrujących zdarzenie. Żadni świadkowie do tego są niepotrzebni. Chodzi tylko o spisanie protokołu, bo kierowca publicznych środków transportu nie ponosi żadnych konsekwencji tego co się zdarzyło. Tak więc autobus pełen ludzi stał w innej części miasta oczekując na zakończenie czynności operacyjnych tutejszych władz. W tym czasie okazało się jednak, że autobus musi pozostać w pobliżu komisariatu w związku z czym musi nastąpić podstawienie innego pojazdu. Po ponad godzinie oczekiwania przyjechał inny autobus a kierowca przepakował swoje torby do nowego pojazdu i wreszcie udaliśmy się w drogę. Cała akcja kosztowała nas dodatkowe 1,5 godziny, ale hinduskim zwyczajem nikogo to wcale nie zmartwiło, a nawet większość pasażerów zdawała się być ucieszona takimi dodatkowymi „atrakcjami” podróży :-) Gdy przybyliśmy do miejsca skąd mieliśmy udać się do Palolem było już ciemno. Zasięgnęliśmy języka jak daleko jest z tego miejsca do Palolem i po uzyskaniu informacji, że od celu dzielą nas już tylko 3 km włączyliśmy nasze latarki i ruszyliśmy pieszo. O godz. 22:00 usłyszeliśmy szum morza – osiągnęliśmy cel :-)
Poza komunikacyjnymi ciekawostkami i wysokimi temperaturami rejon po którym się poruszaliśmy charakteryzuje się również bardzo ciekawą jak na Indie architekturą w której widoczne są wyraźne wpływy portugalskie. I nic dziwnego bowiem portugalski kolonializm ustąpił tutaj dopiero w 1961 roku więc wpływy chrześcijańskie są tutaj wszędzie wyraźnie widoczne. To dla nas po męczących trzech tygodniach poruszania się w brudzie, smrodzie i wątpliwych pod względem higieny warunkach była dobra wiadomość. Ludzie tutaj – jeszcze chyba siłą rozpędu – są bardziej cywilizowani a załatwianie potrzeb fizjologicznych tutaj nie jest najważniejszą czynnością lokalsów 😉 Można się tutaj poczuć bardziej swojsko. Wszechobecne są kościoły a budynki i różnego rodzaju obiekty sakralne połączone z palmowymi krajobrazami dają bardzo przyjemny dla oka mariaż.

palolem_kosciol0

palolem_kosciol1

palolem_kosciol2

palolem_pomnik

Inną sprawą, że z racji sprzyjającego klimatu i bliskości morza ten rejon Indii odznacza się wyższym wskaźnikiem turystyki więc i asortyment sklepów zdaje się to odzwierciedlać. Można tutaj kupić wszystko co dobre i ciekawe z punktu widzenia podróżnika: przyprawy, herbaty, materiały, ubrania, rzeźby i różne dzieła sztuki. Poczuliśmy się więc w tym miejscu trochę jak na wakacjach (taka miła odskocznia do trudów codziennego przemieszczania się z plecakami).

palolem_sklepiki

palolem_przyprawy

palolem_kokoski

Następne trzy dni spędzimy więc w cywilizowanym miejscu, które pozwoli nam trochę odetchnąć w klimacie plaży i morskich potraw by na koniec naszej podróży udać się do Delhi i stamtąd udać się w drogę powrotną do Europy.

W tym miejscu prosimy o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. Z góry za to bardzo dziękujemy.