Archive for luty, 2011

Kolejny dzień w chmurach

poniedziałek, luty 28th, 2011

Dosłownie tak jak w tytule. Spodziewaliśmy się lepszej pogody, a tymczasem jest całe mnóstwo dni, kiedy chmury wiszą na niebie i szczelnie zabezpieczają nas przed ostrym słońcem. Zebraliśmy się okrutnie niewyspani i poszliśmy na terminal. Cały dzień spędziliśmy na przelotach i oczekiwaniu na nie. Wczoraj wieczorem, trafiliśmy na kolację do knajpki wietnamskiej. Wspominamy to z rozrzewnieniem… Cały rejon Azji południowo wschodniej począwszy od Indonezji, a na Laosie skończywszy jest dla nas wyznacznikiem wspaniałej kuchni. Myślę, że wiecie o co mi chodzi… Wspaniałe przyprawy, świetny ryż i robiony z niego makaron, warzywa dojrzewające w tak optymalnych warunkach, dodatek mięsa czy owoców morza.. Wszystko połączone kunsztem kulinarnym ludzi pracujących w przydrożnych knajpkach. I tego wszystkiego na razie nie spotykamy na Filipinach!!! Po prostu chodzimy, szukamy i NIE MA CO JEŚĆ! Dominuje gotowany biały ryż w miejsce naszych ziemniaczków i kiepsko przyprawiony, zwykle grillowany kurczak lub szaszłyki z niego. Mamy nadzieję, że dobre doświadczenia kulinarne jeszcze przed nami i spotkamy jeszcze tutaj prawdziwych artystów tej sztuki, którzy prawdziwie zaskoczą nasze podniebienia swoimi dziełami.
Cały dzień lataliśmy, ale w końcu Wylądowaliśmy na lotnisku w Tagbilaran na Boholu. Znaleźliśmy tani hotel. Jest czterokrotnie tańszy od tego w El Nido. Zaopatrzyliśmy się w banany (0,068 złotego za sztukę!) i wodę. Tu będzie nasza baza wypadowa do wycieczek po Boholu.

Na wariackich papierach

niedziela, luty 27th, 2011

Już w El Nido, decydując się na przedłużenie pobytu o kolejny, piękny dzień, wiedzieliśmy, że będziemy musieli dokonać karkołomnego wyczynu, aby zdążyć wykonać plan. Plan był niby prosty. Musieliśmy przejechać autobusem 150 km na południe od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Chcieliśmy tam zobaczyć podziemną rzekę w Sabang i dojechać do Puerto Princessa, skąd nazajutrz będziemy mieć samolot na Bohol. Okazało się to bardziej skomplikowane niż pierwotnie przypuszczaliśmy. Ale od początku…
O godz. 04:00 odezwał się budzik, uprzedziwszy nawet koguty w wiosce. Być może paliły się potem ze wstydu, a być może nie, bo przecież była niedziela! Kilkanaście minut później szliśmy już z plecakami na terminal autobusowy. Terminal jest oddalony od centrum o około kilometr. Przyjeżdżając, turyści wysiadają w mieście, ale w drogę powrotną udają się już z terminala. Trzeba pamiętać, że Puerto Princessa jest tak skomunikowana z El Nido (jak się później okazało, z wieloma innymi miejscowościami jest podobnie), że autobusy odjeżdżają generalnie rano, a po południu na próżno już szukać jakichkolwiek publicznych połączeń budżetowych. Jeśli ktoś woli przynajmniej dwukrotnie droższe busy lub jeszcze droższe czartery, to takowe połączenia są jeszcze odrobinę później dostępne. Tani transport wyjeżdża z El Nido o godzinach 5:00, 6:00 i 7:30. Dotarliśmy na terminal kilka minut przed odjazdem pierwszego autobusu. Jak się okazało, trafiliśmy na ten sam zespół rajdowy, z którym mieliśmy prawdziwe szczęście dotrzeć do El Nido jadąc z południa. W drugą stronę nie było inaczej. Kierowca zna tę drogę na pamięć. Mamy nadzieję, że tutejsi drogowcy o wszystkich ewentualnych przeróbkach na drodze są łaskawi informować floty autobusowe. Każda nie załatana dziura lub rozsypany inaczej żwir na drodze może skończyć się tu tragedią. Mieliśmy wrażenie, że już od wielu pokoleń zwierzęta przekazują sobie legendy o tym, co ich przodków spotkało na tej drodze, gdy pojawiał się nagle autobus, bo zbliżają się do niej w sposób bardziej rozważny i przemyślany, niż angielska królowa sięga po filiżankę herbaty 😉 Po kilkugodzinnych emocjach związanych z rajdem, o godzinie 11:15 wysiadamy na skrzyżowaniu z drogą prowadzącą do Sabang w miejscowości Salvacion. W sklepie spożywczym dowiadujemy się o ceny biletów. Mając już tę informację próbujemy złapać „okazję”, bo najbliższy i przy okazji ostatni autobus pojawi się to po godzinie 12:00. Nie zdążyliśmy jeszcze pomachać rękoma, a już zatrzymał się przy nas ekskluzywny, klimatyzowany busik. Łatwo było widząc nas przez szybę, odszyfrować nasze zamiary. Dokąd się udajecie? – zapytał kierowca. Podziemna rzeka – odpowiedzieliśmy. To taka „gra wstępna” 😉 To takie: Jak się masz? Bardzo dobrze. Po tembrze naszego głosu wiedział, że nie będzie łatwo negocjować z nami cenę, ale jak się okazało nie miał nic do stracenia. Busa wyczarterowały 2 dziewczyny. Jedna z Kanady, druga z USA. Pokryły one z pewnością wszystkie koszty wynajmu busa oraz dodatkowe koszty i koszty na wszelki wypadek i pewnie jeszcze koszty niebyłych przypadków również. Kierowca widząc nas, pomyślał, że jeszcze parę groszy może sobie dodatkowo dorobić! Bardzo nam się spieszyło, więc wynegocjował stawkę 20% wyższą niż dojazd budżetowym autobusem. Wchodząc do busa spodziewaliśmy się widoku zblazowanych ludzi, ale czy aż do tego stopnia? Najpierw zobaczyliśmy stopę, potem jeszcze dwie, czwarta była gdzieś między szybą, a oświetleniem wnętrza. Ci ludzie z Ameryki Północnej mają straszne życie!!! Ich miny wyrażały tyle bólu, pretensji do życia… 😉 Po grzecznościowym Hi, jedna z nich zapytała gdzie jesteśmy. Odpowiedzieliśmy jej, że mamy przed sobą ok. 40 km do Sabang. Odpowiedziała po angielsku Aha i obie oddały się jakiejś lekturze. Były tak zaczytane, że nie zrobił na nich wrażenia nawet „mistrzowski” popis umiejętności rajdowych naszego następnego kierowcy! Ten to miał dopiero „wózek”. Musiał być z niego bardzo dumny. Kiedy okazało się, że więcej niż 143 km/h nie da się nim jechać, zajeżdżał drogę temu, który chciał nas wyprzedzić. Filipińscy kierowcy to ludzie z ogromną ambicją 😉 Dojechaliśmy na miejsce o 11.45. Pędzimy do kasy i dowiadujemy się, że na wstęp do Parku Narodowego, na terenie którego znajduje się Podziemna Rzeka wpuszczą nas jeszcze, bo ostatni turysta może tam wejść do godziny 15. Bardziej skomplikowanie przedstawiała się kwestia wpłynięcia łódką na wody samej podziemnej rzeki. Pani oznajmiła, że wszystkie grupy są obsadzone w 100% i nie ma możliwości zobaczenia tego cudu natury, który niedawno aspirował do bycia laureatem w rywalizacji o miano jednego z nowych 7 cudów świata. Uśmiechnęliśmy się do Pani. Bardzo ładnie, długo i szeroko. Nawet coś jeszcze powiedzieliśmy i udało się. Ale w jakim stylu!!! Starsza Pani stwierdziła, że wykreśli kogoś z grupy, która właśnie wypłynęła i wpisze nas w ich miejsce! Teraz to był ekspres!

day8_4

Ponieważ musieliśmy gonić grupę, do jaskini podziemnej rzeki płynęliśmy na maksymalnych obrotach łodzią, jako jedyni jej pasażerowie. Potem na miejscu okazało się, że grupa już zwiedza jaskinię podziemnej rzeki i musimy popłynąć osobną łódką. Tylko we 2 osoby + przewodnik! Normalnie wpływają tam łódki z około 10 turystami.

day8_2

Przepiękne miejsce!!! Przed wpłynięciem do groty założyliśmy kapoki ratunkowe i kaski ochronne na głowy. Wejście do groty otacza niewielkie rozlewisko wody o pięknym turkusowym kolorze.

day8_1

Sam ten widok już odpowiednio nastraja do wycieczki łódką. Rzeka na odcinku ponad 8 km płynie przez jaskinię, w której jest możliwe swobodne nawigowanie łódką. Turyści standardowo przepływają odcinek 1,5 km tam i z powrotem tą samą drogą. Za dodatkową opłatą można przedłużyć sobie tę przyjemność o dodatkowe 3 km w obu kierunkach. My chcieliśmy, ale dowiedzieliśmy się wcześniej, że ostatni bus do Puerto Princessa odjeżdża o godzinie 13:00, więc musieliśmy poprzestać na standardowej przyjemności. Wszystkim bardzo gorąco polecamy obejrzenie tego miejsca. Wrażenie niesamowite. Nie powala tutaj co prawda na kolana różnorodność szaty naciekowej jaskini, choć niewątpliwie jest tu kilka ładnych jej przykładów, ale można tu odnieść wrażenie, jakby płynęło się gondolą po zalanych komorach Kopalni Soli w Wieliczce. Dodatkową atrakcją tej jaskini są tysiące nietoperzy drzemiących na sklepieniach grot i świadomość tego, że pod nami jest ok. 10 m wody.

day8_5

Na specjalną prośbę Wracaliśmy karkołomnie łódką na nabrzeże, gdzie pozostawiliśmy plecaki i gdzie mieliśmy nadzieję, będzie do ostatniego pasażera czekał ostatni autobus do Puerto Princessa. Dotarliśmy na 13:15. Przeliczyliśmy się. Wszystkie autobusy odjechały… Następny jutro o 7:00 rano. Oczywiście zawsze istnieje możliwość pojechania czymś droższym, ale to ostateczność. Spostrzegamy grupę dzieci wsiadających do dwóch ostatnich autobusów w miasteczku. Wycieczka szkolna… To jest pomysł! Dogadaliśmy się z załogą. Możemy wsiadać na dach i przejechać z nimi pozostałą, 70 kilometrową trasę. Tak też zrobiliśmy.

day8_3

Po drodze okazało się, że zupełnie gratisowo mogliśmy się poczuć jak główni bohaterowie niezłej gry zręcznościowej. Należało pochylać się lub kłaść na dachu, gdy przejeżdżaliśmy pod nisko zawieszonymi gałęziami drzew. Fajna gra, tylko, że dzieje się w realu, nie gra się na punkty i… ma się do dyspozycji tylko jedno życie. Dotarliśmy z nim na szczęście do San Jose. Stamtąd przeszliśmy na piechotę z bagażami aż do lotniska, mając nadzieję na odnalezienie jakiegoś kościoła katolickiego po drodze. Niestety nie udało się. Mijaliśmy ich bardzo wiele, ale wszystkie należały do jakichś odłamów i nie chcieliśmy ryzykować uczestnictwa w nieznanych nam obrządkach… Puerto Princessa to brzydkie miasteczko, w którym nie warto spędzać ani chwili więcej, niż się musi. My musieliśmy trochę dłużej, bo okazało się, że lotnisko, na którym mieliśmy spędzić noc nad pisaniem kolejnej części bloga jest zamykane po 19:30. Nie mieliśmy już sił na szukanie taniego lokum. Ostatkiem tych, które pozostały znaleźliśmy jakieś „ławki noclegowe” dokładnie vis a vis lotniska. Ostatnią rzeczą, którą pamiętamy z tego dnia, to jak rosły nam obrzęki na twarzy po nocnych ukąszeniach komarów…

Czar „palawańskich” wysepek…

sobota, luty 26th, 2011

Dzisiejszej nocy nie spaliśmy najlepiej. Złożyły się na to trzy czynniki. Po pierwsze po wczorajszym moczeniu się w wodzie zaczęły nas boleć gardła. To chyba dlatego, że woda jest tutaj zdecydowanie zbyt ciepła i gdy się z niej wychodzi, to łatwo zostać zawianym powiewem powietrza o temperaturze 34 st.C. Stąd do bólu gardła nie daleko. Na szczęście w apteczce skomponowanej przez Ulę są wszystkie podstawowe medykamenty więc orofaru, fervexu, plasterków czy wenflonów mamy pod dostatkiem. Po drugie chór koguci ubiegł dzisiaj psi kwartet wyjący któryś z utworów Pendereckiego i krowa, która wykonywała solową partię swoim niskim altem. Po trzecie, ale najbardziej przewidywalne, to skóra… Dwa białe niedźwiedzie (a właściwie to jeden niedźwiedź i jeden misiak patrząc na proporcje postury) przyjechały z jakichś zimnych krajów i na dzień dobry po 15 minutowym wystawieniu skóry na filipińskie słońce wydobyły z niej kolor krwistego steku. To nic – zawsze tak jest. Za 3 dni znów będziemy mogli przez 20 tym razem minut udawać, że się opalamy.
Po przedłużeniu pobytu w hotelu (znów urwaliśmy nieco z ceny i pewnie 5 nocleg byłby już za darmo!) i wypiciu kawy wliczonej w cenę pobytu, wypłynęliśmy podobnie jak wczoraj w stronę otaczających nas wysp. Tym razem pogoda „nie dopisała” 🙂

day7_31

Słońce operowało swoimi promieniami ze 3 razy mocniej niż wczoraj i chyba dopaliło nas pod koszulkami 😉 Piękne, niemal bezchmurne niebo. Nie spodziewaliśmy się takiej pogody po nocnym, kilkakrotnym deszczu. Przez siedem godzin pływaliśmy od jednego do drugiego miejsca podziwiając coraz to ciekawsze dla nas zakątki i próbując zachować w pamięci na jak najdłużej rzeczywistą ich postać. Byliśmy dziś w najlepszym podobno na Palawanie miejscu do snorkelingowania (tak naprawdę rafa tutaj nijak się ma do bardziej popularnego w Polsce, egipskiego Sharm El Seikh).

day7_21

Potem przemierzyliśmy wzdłuż fantastyczną Snake Island, która 5 cm ponad wodę wynosi jedynie swój grzbiet, tworząc 300 metrów „chodnika” szerokiego na 2 m o zygzakowaty z góry kształcie. Gdy się tu dopływa i widzi z oddali kogoś spacerującego tą wyspą, to ma się natychmiastowe skojarzenie z Chrystusem chodzącym po wodach Jeziora Galilejskiego. Zobaczyliśmy również dwie nie do końca ciekawe jaskinie i zakończyliśmy dzień wspaniałą, iście rajską plażą. Podsumowanie? Dla nas bomba. Zachęcamy każdego do odwiedzenia północy Palawanu.

day7_51


day7_61


day7_41

Znajdziecie to cudowną przyrodę i prawdziwie rajskie pejzaże. Miasteczko również dalekie jest jeszcze od „totalnej komercji”. Za chwilę idziemy znaleźć jakąś sympatyczną knajpkę, wysłać do Was ten wpis i ściągnąć podręcznik do nauki lewitowania w godzinę. Przecież musimy jakoś przespać tę noc bez dostykania skórą o cokolwiek, bo jutro o 5:00 rano wyrusza nasz autobus na południe wyspy. Dzięki przesunięciu czasowemu, przy dobrych układach, możecie czytać nasze relacje z dnia, który my już kończymy, zanim skończy się on u Was.

WOW!!!!!!!!

piątek, luty 25th, 2011

Zaraz po świtaniu, ale na długo przed naszymi oczekiwaniami w miasteczku włączył się budzik. 1200 kogutów zamieszkujących tę sympatyczną osadę zaczęło budzić kury do grzebania w glinie i znoszenia jaj. Ludzie żyją tu z ptactwem w prawdziwej symbiozie. My im jeść, a w zamian one nam budzik bez opcji drzemki 😉 Jaja sobie robią… Wczoraj napisaliśmy krócej, ale musieliśmy zdążyć przed wyłączeniem w miasteczku prądu. Znika wtedy wszystko: internet, knajpki, maszynka do golenia 😉 Dodatkowo ja trzymałem kciuki za przyjaciół w Krakowie i mogłem pisać tylko małymi palcami (hasło: BANOLLI – mam nadzieję, że wszystko OK, pozdrawiam WAS SERDECZNIE). Przepraszam za osobisty wtręt.
Pogoda dziś jakby słabiej dopisała. Na niebie pojawiło się sporo chmur, które skutecznie zasłoniły niebiosa. Zaraz po kawce i ostatnim kawałku makowca z kraju, udaliśmy się w wyznaczone miejsce rozpoczęcia rejsu. Dokupiliśmy zapas filipińskiej coli, która jak większość znanych mi z różnych stron świata podróbek, smakiem bije na głowę oryginał. Cola ta smakuje nam tym bardziej, że wczoraj kupując u właściciela agencji turystycznej bilety na rejs (w całym miasteczku są w tej samej cenie), wynegocjowaliśmy sobie u przedstawiciela i hurtownika tego produktu w tej samej osobie, „dożywotni” rabat 20% na ten napój. Butelkę coli kupujemy tu taniej niż wodę! Niebawem pojawił się pan Romeo Capone (tak miał wypisane na identyfikatorze – mają na Filipinach poczucie humoru). Przedstawił się jako „poborca podatkowy” (nazwisko pasowało, a może to był zawód wykonywany) i powiedział, że zbiera datki na zbożny cel, który ma wspomóc tutejszą, jak widać niedoinwestowaną, ale za to biorącą przykład od najlepszych władzę. Chciał wypisać nam bileciki za wstęp do Parku Narodowego, ale zgodnie z prawdą poinformowaliśmy go, że kupiliśmy je już wczoraj. Bilety są ważne 10 dni. My kupiliśmy je z drugiej ręki od Rosjan (mówiących wyłącznie po angielsku i pracujących w Niemczech) za połowę ceny. Nie wiem czy Rosjanie nie kupili ich już wcześniej również z drugiej ręki, bo jakoś mi to do wizerunku Rosjan bardziej pasuje. Pan Romeo poszedł dalej. Rzucił nam się też w oczy szokujący widok, kiedy jakaś amerykanka wykonując prawdziwe akrobacje usiłowała przymierzyć płetwy. Bez nich wyglądała jak statystyczna „duża” amerykanka – 180 cm wzrostu i 140 kg wagi. W płetwach wyglądała jak wieloryb! Pamiętajcie! NIE fast foodom! Bez nich zawsze będziecie Syrenami 🙂
Wypłynęliśmy o 9:00 w ośmioosobowej grupie. Wycieczka trwała do godz 17:00. Odwiedziliśmy małą i dużą lagunę, była również tajemnicza laguna oraz tajemnicza plaża. Na koniec zaplanowaliśmy pobyt na plaży o bardzo męskiej nazwie „7 COMMANDO”. Cechą wspólną wszystkich wysepek rejonu są charakterystyczne skały, z których są zbudowane – według lokalnych mieszkańców jest to jak wspominaliśmy wcześniej niebieski marmur. Wypłynęliśmy mając przed oczyma wszystko to, co udało nam się obejrzeć wczoraj z daleka. Dziś było nam dane obejrzeć te miejsca z bliska. Obejrzeć je z perspektywy, która nie jest do powielenia aparatem fotograficznym. WOWWWW! Piękne, zachwycające, romantyczne, zupełnie niepowtarzalne miejsca!!!

day7_0


day7_1


day7_2


day7_3

Zwykle plaże omijamy z daleka. Nie przepadamy za nudą odwracania się z pleców na brzuch i odwrotnie w różnych cyklach czasowych. Ale pomimo to plaż widzieliśmy już bardzo wiele w rozmaitych miejscach świata. Zakątków takich jak na Palawanie w okolicy El Nido nie dane nam było odnaleźć nigdzie indziej wcześniej i jak mniemam długo takich nie znajdziemy. Mało tego, żadne nawet ku tym nie inspirują! Kształty harmonijne jak w rzeźbach Michała Anioła, kolory jak w obrazach impresjonistów. Tak żywe i kolorowe, że aż nienaturalne. Wierzcie nam. W takich miejscach łatwiej jest być poetą, kompozytorem, artystą. W takich jak te miejscach jedni odnajdują siebie, inni Boga. Każde takie miejsce to cud. Wybaczcie, że brak nam słów, aby właściwie opisać urok zatoki.

day7_4


day7_5


day7_8

Patrząc na zdjęcia, również tego, co chcielibyśmy Wam przekazać nie dostrzeżecie. Po prostu musicie tu przyjechać. Cały powrót z zatoki jakaś myśl zaprzątała nam głowy. Przedłużyliśmy pobyt w tym zakątku, dla którego Pan Bóg był tak hojny o dodatkowy, jedyny rezerwowy dzień jaki mieliśmy. Jutro kolejny rejs, aby zobaczyć jak najwięcej wspaniałości tej okolicy.

Prawda jak oliwa…

czwartek, luty 24th, 2011

Nie wiemy kiedy zasnęliśmy i kiedy minęła noc. Wyczerpanie po podróży było większe niż zazwyczaj. Starzejemy się? Z pewnością! Zwykle dzień rozpoczynamy jeszcze przed 6 rano, ale tym razem trzeźwość umysłu odzyskaliśmy przed 9. Może to wypoczynek spowodował, że większość wątpliwości w stosunku do El-Nido zniknęło wraz ze wschodem Słońca. Jak cudownie jest zobaczyć Słońce po tym, jak umknęło nam z Polski kilka miesięcy temu. Wczorajszy rój turystów wspaniała pogoda rozgoniła gdzieś po wyspach, a ich dzisiejszą liczebność można było określić jako turystyczny standard. Rekonesans po okolicy. Od tego zaczynamy zawsze pobyt w nowym miejscu. Co robić w okolicy, jaki środek transportu jest najtańszy? O to najlepiej pytać w piekarni czy w zakładzie pogrzebowym. Gdzie można kupić najsmaczniejsze owoce? Na to pytanie najlepiej odpowie pucybut na ulicy. Przecież wiadomo, że o najlepsze i najtańsze posiłki, nikt nie będzie pytać w knajpie 😉 To prawda znana każdemu. Znamy ją również i my. Posługując się tymi podstawowymi zasadami zorganizowaliśmy sobie czas na najbliższe 2 dni. El Nido to miasteczko, które zamyka jak klamrą skalisty cypel wchodzący w morze południowo-chińskie. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie miasteczka, na dwóch plażach, możemy podziwiać 2 zupełnie inne, wyjątkowo piękne widoki, które urzekają urokiem wielu pobliskich wysp wynurzających się z wód o idealnie rajskim kolorycie.

day6_1

day6_4

Oglądanie tych widoków z perspektywy niecałych dwóch metrów, to jednak było dla nas zbyt mało. Perspektywa żabia – nie do przyjęcia! Postanowiliśmy więc wspiąć się na groźne skały cypla, które górują nad całym miastem. Turystów na próżno pytać o możliwości wspinaczki. Według nich jak czegoś nie oferuje biuro, to takie coś zupełnie nie istnieje. Na szczęście lokalsi wiedzą jak można się tam wspiąć. Kilkanaście razy pytaliśmy o miejsce, w którym można rozpocząć marszrutę w górę. W końcu trafiliśmy. Nie oznaczony zupełnie szlak rozpoczynał się za jakąś  prywatną posesją, ale wcześniej należało jeszcze dotrzeć tam prawdziwym labiryntem dróżek, które często kończyły się ślepo kurnikiem, bądź chlewikiem…

day6_3


day6_2

Droga nie należy do łatwych. Jest właściwie nie oznaczona. Nie ma tam wydeptanej ścieżki. Mam wrażenie, że nikt tam nie wchodzi, ale nawet gdyby, to nie można na niej zostawić śladów, bo wiedzie ona wyłącznie przez ostre jak noże i twarde jak stal sterczące skały niebieskiego marmuru. Jedna chwila nieuwagi może zakończyć się tragedią, a małe pośliźnięcie szyciem pokaźnej rany. Warto było zaryzykować. Nam nic się nie stało, a widoki ze szczytu były niepowtarzalne. Dogadaliśmy się w kwestii ceny za wycieczkę łódką po okolicznych wysepkach. To właśnie tam będziemy spędzać jutrzejszy dzień. I jeszcze jedna dobra wiadomość. Kończymy już kiełbasę z Polski, więc może jutro pójdziemy na jakąś normalną kolację 😉

PALAWAN po raz pierwszy EL NIDO

środa, luty 23rd, 2011

W Manilii wylądowaliśmy zgodnie z rozkładem. Odprawa paszportowa trwała długo nie tylko ze względu na ilość osób na nią oczekujących, ale również ze względu na straszną opieszałość urzędników Filipińskich. Samoloty przyjmowane są na nowym terminalu. Jest tu czysto i estetycznie. Denerwowaliśmy się trochę w tej gigantycznej kolejce, ponieważ 2,5 godziny później mieliśmy następny z planowanych lotów, który miał z nami dotrzeć do Puerto Princessa na wyspie Palawan. To niby dużo czasu, ale przecież wszystko może się zdarzyć. No i oczywiście, że się zdarzyło…
Po odprawie paszportowej i odbiorze bagażu przeszliśmy do hali odlotów krajowych na piętrze terminala. Tam właśnie nie odnaleźliśmy stanowisk odpraw naszego taniego przewoźnika – ZestAir. ZestAir odprawia swoich pasażerów ze starego terminala lotniska w Manilii. Dowiedzieliśmy się, że jedyną możliwością dostania się do niego jest taksówka (ha, ha) i, że jest daleko od terminala, na którym się znajdujemy, bo około 1km (ha, ha). Bujać to my…
I wiecie? Kiedy wyszliśmy przez wyjście na piętrze terminala na zewnątrz okazało się, że… MÓWILI PRAWDĘ! Terminal jest tak skonstruowany, że po przejściu przez wyjście na piętrze, nie można opuścić rejonu budynku inaczej, jak taksówką, które jako jedyne mogą wjechać na nitkę drogi tędy poprowadzoną. Mało tego! Wszystko jest ogrodzone i nie ma schodów prowadzących w dół!! Wierzcie nam, że tak jest. Jedyną możliwością jest wejście z powrotem na teren terminala i zejście schodami wewnętrznymi. Ha, wejście jest jedno i zaraz za drzwiami jest kontrola bezpieczeństwa. Przed drzwiami 200m kolejki, której liczne ogniwa tworzyli równie jak my zaszokowani turyści. Oczywiście każde wyjście jest strzeżone przez strażnika. Nie ma szans na to, aby w krótkim czasie wejść z powrotem do budynku. Jeden strażnik zgodził się nas wpuścić, ale zażądał „dodatku funkcyjnego”. To nas rozsierdziło. Nawet gdybyśmy mieli (a jeszcze nie zdążyliśmy wymienić naszych pieniędzy na filipińskie peso) i tak nie dostałby ani grosza (czy czegoś innego, na co peso się dzielą). Z tego samego powodu (nie licząc ważniejszego – z założenia nie korzystamy z tego typu transportu) nie skorzystaliśmy z usług taksówkarza. Pozostało nam skierować się pod prąd cztero pasmową drogą bez pasa ruchu dla pieszych i przejść tak około 600 metrów do bramek policyjnych stojących przy wjeździe. Musieliśmy minąć 6 policjantów, nie bacząc na to, co mają na ten temat do powiedzenia. Udawaliśmy, że rozmawiamy tylko po polsku, a ewentualne złe emocje rozładowywaliśmy… klepaniem ich po ramieniu. Udało się!!! Pewnie byli bardziej zdziwieni od nas. Wciąż było ciemno. Po przejściu około 1,5 km znaleźliśmy się przed terminalem linii budżetowych. Kontrast ogromny. Dobrze, że kontrast w jakości samolotów i obsługi nie był tak duży, bo pewnie nie udałoby się nam dotrzeć do Puerto Princessa w jednym kawałku. Ciekawostką jest jednak, że pomimo tak fatalnej kondycji budynku, w środku jest coś z czego mam nadzieję będziemy korzystać częściej. Bezpłatna, szybka sieć WiFi. Najlepsza jaką znaleźliśmy do tej pory! Nie było co prawda urządzenia do masażu stóp, jakiego z prawdziwą przyjemnością długo „testowałem” przed odlotem na terminalu w Singapurze, ale do takich małych uciech nie można się przyzwyczajać.
Puerto Princessa – nijaka brama do Palawanu. Dzikie chordy naganiaczy i właścicieli trycykli próbujących znaleźć łosia do ściągnięcia zawyżonej stawki za kurs do cetrum… Klasyka. Mówiąc brzydko: Gdzie popyt tam podaż. Nie chcąc być „popytem”, przeszliśmy się piechotą. W centrum, w piekarni,  przy okazji zakupu chleba do kiełbasy, której podsuszony, ogromny zapas zabraliśmy na wyjazd, dowiedzieliśmy się o tym jak najkorzystniej dojechać do „raju”, do El Nido.
Wzięliśmy trycykl i za wynegocjowaną stawkę (10 peso mniej niż jeżdżą lokalsi) dotarliśmy na dworzec autobusowy w San Jose.

day4_4

Nie wiem, czy tak się pisze, bo przecież podróżujemy bez przewodnika 😉 Grubiutki właściciel trycykla próbował nam co prawda wmówić, że najlepiej jest z nim pojechać na północ wyspy, bo przecież wszystkie autobusy już odjechały, ale to tylko dodało nam pewności, że tak nie jest. Ostatni autobus na dziś do El Nido, już od dawno pełny, czekał do ostatniego klienta.

day4_11

Czekał na nas. Dzieci poszły na kolana do mam, mamy na kolana do mężów i znalazło się miejsce dla nas. Rozpoczęliśmy długie przesuwanie się drogą na północ Palawanu. Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie siedzeń. Konstrukcja autobusu była tak przeprojektowana, aby można było umieścić 4 tony bagażu na dachu. To nie jedyne modernizacje. Takich „inżynierów” powinniśmy zatrudnić do tuningu polskich samochodów osobowych, do optymalnego pokonywania z maksymalną prędkością naszych rodzimych dziur w drogach do głębokości 75cm. To oni tworzą wraz z kierowcami doskonały zespół. Świetnie współdziałają. Jak w Formule 1 – technicy i kierowcy do osiągnięcia celu (tylko tu za zdecydowanie mniejsze pieniądze ;-( Tak czy owak, udaje się. Maksymalne obroty na najwyższym biegu, żwirowo piaszczysta droga (po 3 godzinach od Puerto Princessa i tak do końca), autobus nie traci stabilności na 340 stopniowych zakrętach, cudownie wchodzi w wiraże, nie traci sterowności na dziurach, jeśli te nie przekraczają głębokością promienia koła, silnik ma piękny, sportowy akcent, a skrzynia biegów wydaje niezwykłe gwizdy, które zachwyciłyby każdego fana rajdów. Przyszło nam do głowy, że w rajdach autobusów po bezdrożach, na specjalnych odcinkach górskich – kierowcy z Palawanu mieliby duże szanse w konfrontacji z innymi równie dobrymi zespołami, jak chociażby z Indonezji. Tamci mają dodatkowo stalowe nerwy, gdy poruszają się po jezdniach węższych gdzieniegdzie od szerokości autobusu 🙂
Dwa razy zatrzymujemy się na krótki popas. Panie z autobusu zamawiają lody. Robi je lokals na zewnątrz. Naszą uwagę wzbudza jednak napis umieszczony na „lodówce” – realizujemy zamówienia specjalne. Nie chcę myśleć jakie jeszcze rodzaje lodów potrafi on zrobić…

day4_2Z szeroko zamkniętymi od zmęczenia czterodniową podróżą oczami przejeżdżamy przez przepiękną okolicę. Perspektywę patrzenia czasem podwaja nam to, że w dobrych okolicznościach zostajemy raz za razem wyrzucani w powietrze na 30 cm wyżej niż powinniśmy siedzieć. Trzeba uważać, aby w czasie lądowania nie uszkodzić okablowania wielkiego akumulatora, który mamy pod nogami.

day4_3

Za nami tylko pył. Na nas również… Po bokach… pięknie. Północna część Palawanu jest dzika i autentyczna. Przyroda sprawia wrażenie dziewiczej i nie skażonej stopą nie tylko turysty, ale i człowieka. Nawet, gdy od czasu, do czasu, pojawiają się podobne do tych z Flores zabudowania bambusowo-trzcinowe, to i tak sprawiają wrażenie, jakby ich istnienie tutaj był dobrym gestem ze strony natury. Gestem wykonanym po to, aby człowiek umacniał ją swoim zachwytem i pokorą dla niej. Pięknie. Dla tych co znają Bieszczady… To tak, jakbyście mijali kolejne wioski począwszy od Zagórza i nawet nie wiedząc kiedy, wjeżdżacie w takie uroczyska, które podnoszą na duchu każdego wielbiciela ciszy i spokoju przyrody. Człowiek zdaje się tu tylko egzystować czerpiąc siły z euforycznego obcowania z pięknem i wsłuchiwaniem się w ten krzepiący serca koncert ciszy fundowany przez stwórcę. Niestety dojeżdżamy do „WETLINY” Palawanu. Właśnie wtedy, gdy dla okrasy całej zieleni wyłaniają się wyspy bogato zdobiące linię brzegową, gdy do wydania okrzyku zachwytu zmuszają smukłe i pełne godności skały, które prosto z wody, wysoko niczym w zatoce Ha Long w Wietnamie wypiętrzają się stromo wprost z wody, docieramy do… El Nido. Nagromadzenie turystów odbiera nam radość wcześniejszych doznań… Zapada zmrok. Mamy nadzieję, że to jednak tylko zmęczenie i jutro zachwyt pięknem okolicy rozpali nas ponownie.

day5_1

Deja Vu

wtorek, luty 22nd, 2011

Lot był niezwykle miły. Zasnęliśmy jeszcze przed startem. Nikt nie budził nas pod pretekstem karmienia, pojenia czy okrywania kocem. Jak to zrobiliśmy? Po prostu nie daliśmy im pretekstu, kupując w cenie biletu wyłącznie transport i bagaż. Jedyne, co udało nam się uzyskać bez dopłaty, to miejsca obok siebie, za gwarancję uzyskania których, normalnie trzeba zapłacić. Nie było łatwo. 100% obłożenia włącznie z Business Class. AirAsia – gratulujemy również. Spaliśmy jak nigdy przez 2/3 lotu. Był jednak moment… daja vu w środku nocy. Obudziły nas głośne rozmowy po polsku w samolocie. Pierwsza myśl – jesteśmy w samolocie do Paryża. NIE! Nic z tych rzeczy. No więc dokąd może lecieć grupa około 30 Polaków? Do pracy w Malezji?! Mając na uwadze silne zabiegi u nas rządzących o to, aby taka przyszłość niechybnie w Polsce nastała – mieściło nam się to w głowach. ALE NIE! Otóż co najbardziej nieprawdopodobne, okazało się prawdziwe. ONI LECIELI ODPOCZYWAĆ! Sami i na własną rękę. Może, jak w późniejszych rozmowach dowiedzieliśmy się, nie wszyscy byli do końca przygotowani i wiedzieli co będą robić, ale i tak duży PLUSIK! Bez przepłacania za usługi biur podróży i innych pośredników. Odważni i zdeterminowani Polacy z podniesioną głową opanowali liczebnie samolot! Tu chylę czoła Panu Cejrowskiemu, autorom i propagatorom strony swiat-pod-stopami.eu i wszystkim, którym idea krzewienia świadomości podróżniczej i „podnoszenia kwalifikacji” traperskich Polaków jest równie istotna. A na poważnie – oferta przelotów AirAsia pod nazwą – Je t’aime Paris – zrobiła swoje…
Wylądowaliśmy planowo. Leżymy sobie na chłodnej podłodze (na zewnątrz jest ok. 35 st.C) obok jakiegoś bistro w hali przylotów terminala i obserwujemy służby bezpieczeństwa i „szybkiego reagowania” lotniska.

day3_1

Młodzi chłopcy, wszyscy ok. 165 cm i o wadze przekraczającej czasem nawet 35 kg. Obwód pasa na oko tyle samo, ile idący obok Niemiec ma obwodu nadgarstka. Mogliby nosić zamiast służbowych pasów okazałe, niemieckie… bransolety 😉
Dalsza część dzisiejszej podróży już bez obfitego komentarza i specjalnych ciekawostek. Szybki prysznic na lotnisku w Kuala Lumpur i przesiadka do samolotu zmierzającego do Singapuru. Tu 4 godziny oczekiwania na połączenie do Manilii. Sklepy z elektroniką kuszą, ale omijamy je z daleka, bo przed nami przecież będzie Hong Kong. Dochodzi północ. Lot jest o 0:40 więc… to już będzie następny wpis 🙂

Wylot z Paryża

poniedziałek, luty 21st, 2011

Obudziliśmy się jeszcze przed 6:00. Na zewnątrz panowały ciemności. Rozjaśniało się pięknie. Tak po parysku 🙂 Wiosennie świeciło słońce. Kwitły forsycje i bez. Zrobiło się naprawdę miło i… się skończyło. Po godzinie słońca znów niebo przykryła ponura warstwa chmur. Zawsze, kiedy jest taka sytuacja, żartujemy sobie, że to pewnie lądował samolot z Tel Awiwu, a francuska pogoda nie chciała być posądzona o antysemityzm… Dopiero przed 10:00 opuściliśmy hotel, aby już z plecakami pospacerować sobie przed lotem do Kuala Lumpur po cmentarzu Pere Lachaise.

day2_1

Nie wystarczyło nam jednak czasu na odwiedzenie wszystkich „znajomych”, Do Pana Balzaca wstąpimy następnym razem 😉 Zrobiło się późno i musieliśmy szybko dostać się do portu lotniczego Orly na południu Paryża. Odprawa, zakup w mrożącej krew w żyłach cenie wody za stanowiskami kontroli i wsiadamy do „czerwonego” samolotu lini Air Asia…

day2_2

Paris Je T’aime

niedziela, luty 20th, 2011

Dzień zaczął się jak zwykle od piątej rano i pustki w głowie. Wystarczyła jedna chwila na pojawienie się świadomej myśli, która nasunęła cały ciąg stresujących pytań. Wszystko co ważne na miejscu załatwione? Nie zapomnieliśmy o czymś? A plecaki? Wszystko spakowane? Pewnie, że nie wszystko… Uzupełniamy gotówkę na kontach VVOIPowych, robimy kanapki, dopakowujemy bagaże. Jeszcze chwila prawdy na wadze. Plecaki mieszczą się w 15 kg. W granicach normy. Sprawdzamy naszą wagę. Również w granicach rozsądku. Sprawdzimy po powrocie jak skuteczna i pomocna w utrzymaniu przyzwoitego wyglądu okaże się filipińska
dieta. Po wcześniejszym wyjeździe straciłem 11 kg, a Rysiek 8. W 6 tygodni! Takie cuda potrafi zdziałać równomiernie duża, a czasem wręcz nierozważnie duża ilość wysiłku fizycznego. Cóż zrobić? Tak lubimy!!!
Za 20 minut godzina 8:00. Dzwonię do Łukasza, który ma nas podrzucić na lotnisko. Umówiliśmy się na 8:00. To był strzał w dziesiątkę. Zastaliśmy go w łóżku. Łukasz śpi (wielkie dzięki i pozdrawiamy Cię serdecznie). Znam Łukasza. Nie denerwujemy się. Będzie na czas. Ma 14 km po śniegu i ślizgawce na ulicach, które aura zafundowała nam w nocy. Poza tym Polska rzeczywistość dyscyplinuje wszystkich lepiej niż wojsko 🙁 Minutę po ósmej pakujemy się do samochodu Łukasza i ruszamy na pierwszy lot. Klasyczne procedury odprawy i jako ostatni szukamy miejsca w samolocie. 100% obłożenia. Gratulacje dla EasyJet. Ciekaw jestem ile bilet na ten lot kosztował w dniu wczorajszym. Kilkaset metrów ponad Ziemią znika ponurość i kapryśność pogody. Pozostaje tylko Słońce. Niestety nie na długo. Na lotnisku, Paryż powitał nas przenikliwym chłodem i mżawką. Przelot do Kuala Lumpur mamy jutro o 17:00. Decyzja o pobieżnym zwiedzeniu Paryża zapadła już wcześniej. Tak wypełnimy dzień w oczekiwaniu na samolot. Do centrum mogliśmy dojechać na dwa sposoby: pociągiem lub autobusem. Wszystkie pozostałe takie jak choćby taksówki, odrzucamy z definicji. Pociąg RER B kosztuje 8,90 EURO. Autobus linii 350 na dworzec wschodni to koszt 5,4 EURO. Kasuje się 3 bilety w cenie 1,8 każdy. Znalazłem informację, że przy zakupie 10 biletów w bloczku, 1 bilet wychodzi 1,2 EURO. Kłodą pod nogi okazuje się jednak mierna znajomość języka francuskiego, bo przecież tylko w tym języku można dogadać się we Francji (no może jeszcze po arabsku i wszelkich narzeczach afrykańskich). Niestety przez całe 4 lata nauki w liceum, wiedziałem, że język francuski to moja słaba strona. Nie znaleźliśmy ani automatów do sprzedaży biletów, ani nikogo kto wiedziałby, gdzie prócz kierowcy w autobusie takie bilety można zakupić. Niedziela. Pomimo tego, że na rozkładzie jest napisane, że powinniśmy się spodziewać autobusu za maksymalnie 0,5 godziny, pierwszy zabiera nas po 1,5 godziny oczekiwania. Już w autobusie widzimy, że Francja i Paryż to kraj „mniejszości” narodowych. Jeśliby sądzić po obłożeniu pasażerami to biali stanowią w tym mieście 4% społeczeństwa, a do Katedry Notre Dame dobudowują już minaret 😉 Niewiele się pomyliliśmy. Dotarliśmy na dworzec wschodni. Po dwukilometrowej przechadzce docieramy do bulwaru Richarda Lenoir. Pod numerem 35, gdzie spodziewamy się odnaleźć nasz hotel, znajdujemy jednak jakiś… luksusowy sklep. Pytamy w sąsiedztwie. Znają angielski, ale nie znają hotelu. I tu zaskoczenie. Szeroka ulica – Bulwar Richard Lenoir, to coś innego od wąskiej ulicy – Rue Richard Lenoir. Tę drugą odnajdujemy kilometr dalej. Wchodzimy do hotelu. Na ścianach teksty z Koranu i oko proroka. Gruby łańcuch na lodówce w napojami. Tak ten charakterystyczny klimat pokoju z pewnością pomoże nam na oswojenie się z warunkami hoteli klasy turystycznej na Filipinach. Ale jak na jednego z liderów Unii Europejskiej przystało, nawet w takim miejscu nie może zabraknąć gorącej wody pod prysznicem i ciepła w pokojach. Jest godzina 17:00. Wyruszamy na podbój Paryża. Teraz w skrócie: Plac de la Concorde, Plac Bastylii, Katedra Notre Dame, Luwr, Pola Elizejskie, Łuk Triumfalny, Wieża Eifla.

day1_1

day1_4

day1_3

day1_2

Przemykając uroczymi nawet w lutym uliczkami Paryża, gdzie co krok kuszą do zboczenia z drogi dodatkowe oznaczenia słynnych miejsc (dom Wiktora Hugo, Plac Ludwika XIII itd.), nie sposób jest poruszać się komunikacją publiczną. Efektem jest zwiedzanie wszystkiego na piechotę. Do hotelu wróciliśmy o 23:30 mając za sobą około 25 km marszu po Paryżu. Nie przesadzamy! Miasto jest naprawdę duże i choć zabrzmi to banalnie – całe naprawdę piękne. Odległości pomiędzy godnymi zobaczenia miejscami są bardzo niewielkie. To wszystko powoduje, że najlepszym środkiem komunikacji do zwiedzenia Paryża wydawał nam się… rower. Tak pomyśleli również i inni, bo samoobsługowe wypożyczalnie rowerów nęciły nas na każdym niemal kroku.

Świat za grosze

piątek, luty 18th, 2011

Spokojne poukładanie sobie ekwipunku wcale nie jest takie łatwe. Znów okazuje się, że wszystkie zabiegi o to, by przynajmniej na 3 dni przed rozpoczęciem wyprawy mieć nieco wolnego czasu, spełzły na niczym. Piszemy do Was w biegu, odkreślając z kartki kolejne załatwione sprawy. No cóż żyjemy w strasznie „zabieganym” kraju.
ŚWIAT ZA GROSZE to hasło naszej tegorocznej wyprawy (i chyba następnych również). Właściwie to od zawsze byliśmy zwolennikami lowcostingu, choć dopiero teraz (a może właśnie z tego powodu 😉 sprawiliśmy sobie koszulki z odpowiednim nadrukiem. Projekt nie jest może nadzwyczajny, ale mieliśmy na niego 0,5h. Od pierwszej wyprawy staraliśmy się odreagowywać nasze europejskie ceny i minimalizować ewentualne wydatki na miejscu. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z odmawianiem sobie czegokolwiek. Chodzi tu przede wszystkim o skuteczność w unikaniu „lokalnych podatków” od naiwności turystów z wypchanymi portfelami oraz w zbijaniu cen towarów i usług, które drożeją w momencie przechodzenia przez próg sklepu. Nasz ostatni wyjazd był pierwszym dowodem na to, że dochodzimy w tym trudnym zajęciu do poziomu przynajmniej zaawansowanego. Grunt to nie przeliczać waluty, w której się płaci na złotówki. Efekt? W Indonezji 2 godziny stargowywaliśmy cenę 2 biletów na autobus o… 0,75 zł na głowę. Bez komentarza 😉 Bliscy byliśmy już prawie momentu wręczenia „łapówki” w postaci zeszytu z Kubusiem Puchatkiem i flamastra w żółtym kolorze (tylko to nam pozostało z drobnych gadżetów, które zawsze mamy ze sobą). W efekcie mieliśmy bilety w cenie niższej, niż lokalsi podróżujący z nami autobusem na tej samej trasie!!!
Gdy czasu na pakowanie pozostaje tak mało, świetnie sprawdza się posiadanie powstałego na bazie wieloletniej praktyki spisu rzeczy do zabrania. Ponieważ chcielibyśmy, aby wszystkie nasze wpisy na blogu były twórcze, poniżej zamieszczamy plik z naszym ekwipunkiem.

Ekwipunek

Co jeszcze wydaje Wam się niezbędne? A co zbędne? Piszcie. Będzie nam miło podyskutować na te tematy. Efekt tych dyskusji z pewnością posłuży niejednej osobie jako wskazówkę do optymalnego zapakowania swojego plecaka.
Efektem naszych nie zawsze dobrych doświadczeń ze zdrowiem jest również wyposażenie naszych apteczek. Plik z ich zawartością również poniżej. Zachęcamy do profilaktyki przeciwmalarycznej i szczepieniom. Wszystko pozostałe można wziąć ze sobą. Leki też potrafią obciążyć plecak w związku z tym w naszych apteczkach – jak nam się wydaje – jest absolutne minimum.

Apteczka

Pojutrze pierwszy lot. Głowa boli od samej myśli, że na wszystko co jeszcze do załatwienia, pozostało tak mało czasu. Tak więc… następny wpis już z trasy!