Archive for grudzień, 2009

Błękitna laguna – wyspy Koh Khteah i Koh Russei

wtorek, grudzień 29th, 2009

Przebywając w Kambodży postanowiliśmy udać się na wyspy znajdujące się na Zatoce Tajlandzkiej, do których można udać się łodzią z Sihanoukville.
W zasadzie na plaży Serendipity oraz Victory jest sporo łodzi, które wypływają właśnie do tych wysp, a potem wieczorem wracają na wybrzeże. Takie łodzie mają ekwipunek do snorkelingu czyli nurkowania tuż pod powierzchnią wody w masce i rurce i na ogół „powożone” są przez małoletnich chłopaków 🙂
Nie wiedzieliśmy za bardzo czego się po tych wyspach spodziewać, bo przeczytaliśmy o tych wyspach, że są to tzw. bamboo islands z lasami tropikalnymi, rajskimi plażami, błękitną wodą otaczającą wyspy i pięknymi rafami koralowymi. Zazwyczaj rzeczywistość okazuje się jednak bardziej szara niż opisują to przewodniki. Tym razem to co zobaczyliśmy i doświadczyliśmy przeszło wszelkie nasze oczekiwania! Jeżeli ktoś szuka kawałka raju na ziemi to śmiało może udać się na którąś z wysp otaczających Sihanoukville. To jak piękna jest tutaj przyroda i jakie wspaniałości kryje krystalicznie czysta woda zaskoczyło nas kompletnie. Szczerze mówiąc myśleliśmy, że takie wspaniałe plaże, białe i żółte piaski na których leżą kokosy i woda o kolorach jakich się nam nie śniło to tylko wymysł reżyserów takich filmów jak „Błękitna laguna” czy tym podobnych. Tymczasem właśnie tak wyglądają wybrzeża tych wysp. Koh Russei nawet ma bambusowe bungalowy w których można się zatrzymać na wymarzone noclegi przy rajskiej plaży z dala od cywilizacji (nie ma tam elektryczności więc pełna egzotyka).
Do wysp wypłynęliśmy rano i szczerze mówiąc byliśmy pełni obaw jako, że ocean tego dnia był wyjątkowo wzburzony, a drewniane łódki miotały się na jego falach jak papierowe stateczki. Po przebrnięciu w wodzie paru metrów do łódki siedliśmy na mokrych od fal drewnianych ławkach w składzie siedmioosobowym ruszyliśmy w kierunku Koh Khteah. Łódź podskakując na falach raz po raz zapewniała sporo wrażeń, a woda ochlapywała regularnie pasażerów. Dobrze, że od razu ubrani byliśmy w stroje kąpielowe więc wystarczyło pozbyć się ubrań i poddać się tym prysznicom 😉 Raz po raz przecieraliśmy tylko okulary słoneczne, żeby widzieć otoczenie.

Lodka na wyspy

Gdy dobrnęliśmy do Koh Khteah powiedziano nam, że tutaj będziemy oglądać rafy. Byliśmy nieco zaskoczeni, ponieważ pod piękną błękitno-turkusową wodą widzieliśmy jakieś piaskowe kolory skał. Jak się okazało nie były to żadne skały tylko najprawdziwsze piękne rafy koralowe kryjące niesamowite morskie stworzenia, cudowne koralowce, ukwiały, jeżowce, falujące rośliny, oddychające kamienie itd. A wśród tych kolorowych cudowności piękne ryby najrozmaitszych gatunków. Te rafy rozpoczynały się zapewne na głębokości kilku czy kilkunastu metrów, ale nadbudowywały się różnymi wspaniałościami do tego stopnia, że niektóre z nich znajdowały się niemal tuż pod powierzchnią wody. Pływając w masce z rurką można było poddać się „wielkiemu błękitowi” i poczuć się jak część tego niewiarygodnego podwodnego świata. Woda niemal sama unosiła nasze ciała a pod nami roztaczały się niesamowite widoki przepięknej przyrody. Ryby podpływały przyglądać się nam z równie wielką ciekawością jak my im. Staliśmy się częścią tego pięknego świata. Do tej pory wydawało nam się, że podwodne filmy oglądane gdzieś na „Discovery Chanel” czy „National Geographic” to jakieś nieosiągalne światy dostępne tylko dla wyposażonych w specjalny ekwipunek nurków na dodatek filmowane miejsca muszą być gdzieś w jakiejś kompletnej dziczy niedostępnej dla przeciętnego człowieka. Tymczasem zaledwie kilka kilometrów do wybrzeża Kambodży na głębokości pozwalającej pływać bez żadnego sprzętu jedynie z rurką roztaczały się światy jakie do tej pory widzieliśmy tylko na filmach przyrodniczych. Na dodatek czystość wody pozwalała oglądać te rafy w zasadzie aż do samego dna!

Snorkeling

Po tych niesamowitych wrażeniach popłynęliśmy na Koh Russei, która zauroczyła nas równie bardzo jak rafy koralowe przy Koh Khteah. Wyspa przywitała nas żółtym piaseczkiem pod smukłymi palmami i cudownie błękitnym wybrzeżem. Do tego kilkadziesiąt metrów od brzegu rozpoczynała się dżungla, którą można było przebrnąć na drugi brzeg wyspy. A tam kolejna wspaniała plaża i krystalicznie czysta woda.

Plaża na Koh Russei

Jeśli można gdzieś na świecie mówić o pięknych tropikalnych, pełnych uroku wyspach z dala od cywilizacji to z pewnością można tak opisywać te cudowne wyspy wybrzeża Kambodży. Byliśmy tak pozytywnie zaskoczeni, że zapisaliśmy sobie te miejsca jako te do których chcielibyśmy jeszcze powrócić. Na wyspie Koh Russei oprócz leżenia na piaskach i kąpieli w cudownej wodzie spożyliśmy też posiłek z pieczonej barakudy (swoją drogą grillowania barakuda jest absolutnym hitem kulinarnym wizyty w Kambodży – ryba jest przepyszna, na dodatek praktycznie nie zawiera ości – palce lizać!) a potem jedliśmy ananasy i banany. Lepszego zakończenia wizyty na wyspie nie można sobie było wyobrazić 🙂

Plaża na Koh Russei z drugiej strony wyspy

W drodze powrotnej zawitaliśmy na jeszcze jednej małej wyspie, która jak się okazało była otoczona przecudną rafą koralową, która wywołała w nas jeszcze większe wrażenie niż rafa przy Koh Khteah. Niezliczoność kształtów i ryb, które można tam było obserwować zapewniła nam przeżycia o których będziemy jeszcze długo pamiętać.

Rafy koralowe

Żeby nie było tylko tak „cukierkowo” to śpieszymy też dodać, że uprawiając snorkeling w takich miejscach jak te cudowne rafy należy też zachować ostrożność. Niektóre z nich znajdują się tak blisko powierzchni wody, że można się po prostu o nie zaczepić, albo uderzyć nogą lub ręką. Tak też się stało podczas naszego pływania, kiedy to Misiek uderzył nogą o ostre koralowce. Ale drobne rany cięte w niczym nie obniżyły wrażeń jakie doświadcza się po tak cudownym przeżyciu jakim jest oglądanie z bliska rafy koralowej i toczącego się przy niej życia. Innym problemem na który można się natknąć są najeżone długimi kolcami jeżowce. Należy uważać, żeby się na któryś nie „nadziać” bo wyciąganie takich kolców jest bardzo trudne i bolesne. Nam udało się tego uniknąć choć w pewnym momencie było blisko. Po szybkim „siadzie” na rafie spowodowanej jej naglą bliskością przy powierzchni wody okazało się, że miejsce siadu znajdowało się kilkanaście centymetrów od niczym nie przejmującego się jeżowca 🙂

Rajskie plaże kambodżańskich wysp

Wizyta na wsypach otworzyła w naszej świadomości nowy rozdział. Cudowna przyroda znajdująca się w wodach oceanów wcale nie musi być niedostępna i nieuchwytna a do jej przeżywania wcale nie jest niezbędny jakiś skomplikowany sprzęt i umiejętności. Oczywiście na różnych głębokościach i w różnych miejscach przyroda ta różni się swoją istotą, ale to co zobaczyliśmy tym bardziej zachęciło nas do eksplorowania wód tam gdzie tylko będzie to możliwe a warunki będą sprzyjające.

Życzenia świąteczne

czwartek, grudzień 24th, 2009

Z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku, życzymy naszym Czytelnikom, Przyjaciołom i Sympatykom przede wszystkim odwagi i uporu w dążeniu do realizacji własnych marzeń! Jesteśmy najlepszym przykładem tego, że chcieć to móc, a frajda, jaką sprawia kolejny raz powiedzenie: „robię to, o czym zawsze marzyłem” jest nieporównywalna z niczym innym! I przekonaliśmy się, że to prawda, że jeśli się czegoś bardzo mocno pragnie, to cały wszechświat sprzyja osiągnięciu tego celu. Dlatego Kochani – życzmy Wam, aby tegoroczne listy robione na pierwszych stronach nowych kalendarzy, pt. „w 2010 roku zrobię/będę/pojadę…” żyły dłużej niż do 2 stycznia i aby były wyznacznikiem tego, co chcecie osiągnąć i do czego dążycie przez cały rok, abyście w następnego Sylwestra… np. byli w Kambodży, jeśli taki właśnie miałby być Wasz plan 🙂 (bo nasz mniej – więcej taki był 🙂 i proszę – udany). A zatem – niech życzenia się spełniają, a my im w tym pomagajmy, bo naprawdę warto!

Poza tym oczywiście życzymy Wam zdrowych, spokojnych Świąt, szalonych zabaw sylwestrowych (dla tych, którzy jadą w góry – dużo śniegu) oraz wszystkiego co najlepsze na cały Nowy Rok 2010.

Swiateczne zyczenia

Sihanoukville – najpopularniejsze miejsce wybrzeża Kambodży

poniedziałek, grudzień 21st, 2009

Kambodża. Wybrzeże, czyli zachodnia część kraju. Sihanoukville. Słońce pali niemiłosiernie. Patelnia taka, że asfalt robi się miękki i trudno uchronić się przed wszechogarniającym skwarem. Z nas leją się litry potu i gdyby nie butelki zimnej wody odwodnienie organizmu murowane. Niektórzy lokalni mieszkańcy w długich spodniach, czasem w długim rękawie i katanach. Niewiarygodne. Jak można to wytrzymać? Może ich zwyczaj wchodzenia do wody w ubraniach „tak jak stoją” ma jakiś sens? Nieeeee. Przecież po wyjściu z wody refreshing może trwać raptem minutę, dwie, a potem rozpoczyna się proces gotowania wody bezpośrednio na ciele. Nie wiemy jak to możliwe. Może to odporność wynikająca z zamieszkiwania tutaj od dzieciństwa? Może jakaś podświadomość działająca na zasadzie: „przecież jest zima, potem będzie jeszcze goręcej”? Na domiar złego woda w Zatoce Tajlandzkiej ma temperaturę porannej herbatki.
Sihanoukville od jakiegoś czasu – szczególnie w okresie europejskiej zimy – tętni życiem bo zjeżdżają się tutaj turyści uciekający przed zimą i szukający egzotycznych wakacji w relatywnie tanim miejscu.

Golden Lions

Kambodżańskie wybrzeże jest do tego idealne. Upał, pełna egzotyka, tropikalne owoce i błękitno-zielony, czysty jak kryształ ocean plus wszechogarniająca klienta taniość to miejsce marzeń dla backpackersów. Nic dziwnego, że Europejczycy otwierają tutaj swoje biznesy. Największa imprezownia w Sihanoukville – Utopia w godzinach szczytu wygląda jak europejskie kluby, gdzie alkohol leje się litrami, a trawka to szara codzienność. Oczywiście prowadzą ją Europejczycy. Najlepsze guesthousy, bary i restauracje też. Ceny więc powoli pną się w górę, ale i tak jest to ułamek tego co wydaje się w Europie i na dodatek w warunkach, których nie da się uzyskać w najgorętsze lato. Happy shake, happy pizza i inne wynalazki są powszechnie dostępne w dodatku ceny równie śmieszne jak ich rozweselające działanie. Klienci bombardowani są ulotkami o super ofertach tego wieczora. Happy hours – jedz do woli, pij za półdarmo itd.

Plaza Serendipity

Jest tutaj kilka plaż. Niektóre z nich spokojne niczym oazy na małych wyspach, niektóre zatłoczone, pełne barów i oferujących wszelkiej maści usługi lokalesów krążących wśród plażowiczów. Można zjeść świeże owoce tropikalne, skorzystać z masażu, albo poddać się oferowanemu wprost na miejscu pedicure czy nawet depilacji. Co tylko chcesz. Tanie książki, okulary itd. Można przy tym spędzić niezliczone godziny bo lokalesi często dosiadają się na brzegu leżaka, dyskutują, uśmiechają się i próbują nawiązać nić kontaktu. Po paru dniach wielu z nich już zna plażowiczów i z daleka mówi „Hello”. Oczywiście celem jest sprzedaż więc jeśli zwrócisz uwagę na cokolwiek to długa rozmowa i negocjacje cenowe gwarantowane 😉 Przy kupnie okularów słonecznych spędziliśmy ponad 45 minut na wybieraniu i targowaniu się kopii okularów znanych marek. W końcu doszło do zakupu okularów polaryzacyjnych za 5 USD. Po pół godzinie inny sprzedawca nie mógł uwierzyć, że takie okulary udało się nam zakupić za 5 USD więc na dowód tego sprzedaliśmy mu je za te 5 USD a on z ochotą je od nas odkupił. Po następnej godzinie znowu spędzaliśmy czas na targowaniu się z innym sprzedawcą by zdobyć kolejne okulary, żeby mieć jednak to na wypracowaniu czego spędziliśmy już tyle czasu. Tak więc czas na plaży mija szybko 😉
Dla backpackersów najbardziej sprzyjające są plaże Serendipity i Ochheuteal ze względu na rozwiniętą infrastrukturę i mnogość miejsc do spania. Bardziej spokojna i czystsza jest Otres, ale trzeba tam dojechać bo leży parę kilometrów poza centrum.

Plaza Otres

W takich patelnianych warunkach najsensowniej do późnego popołudnia chować się w cieniu a potem po największym skwarze wychodzić na plażę i to najlepiej też pod parasol. Nawet lokalesi rozwieszają hamaki pod drzewami wzdłuż brzegu, a na plaży gdzie nie ma leżaków i parasoli jest niemal pusto.

Plaza Ochheuteal

Wieczorami można już w bardziej cywilizowanych warunkach pogodowych przemieszczać się po mieście. Oprócz uchwycenia plażowego klimatu udało nam się tutaj przyglądać miejscowemu weselu. Oczywiście na świeżym powietrzu i ze sceną na której występowały jakieś formacje w stylu lokalnych gwiazdek pop. Poza tym atmosfera w porównaniu do chińskiego wesela w którym uczestniczyliśmy bardziej wyluzowana i pewnie zabawa trwa do rana.

Wesele w Sihanoukville

Alkoholu też się za kołnierz nie wylewa. Lokalny hit o nazwie Mekong święci tryumfy w każdym barze. Głównie ze względu na cenę. Wiaderko Mekongu z lodem i Colą można kupić już za 2 USD. Smak można uplasować pomiędzy whiskey a samogonem. Jak dla nas godne polecenia 🙂

Zachód słońca nad Serendipity

Z Sihanoukville udamy się wzdłuż wybrzeża już bezpośrednio do Tajlandii. Nie wiemy jeszcze czy udamy się tam przed Nowym Rokiem czy zakotwiczymy tutaj w jakimś sprzyjającym miejscu by tu „przezimować”…

Siem Reap i magia Angkor

czwartek, grudzień 17th, 2009

Aby odwiedzić najbardziej magiczne i najsławniejsze miejsce w Kambodży, czyli Angkor udaliśmy się do Siem Reap, które jest drugim po Phnom Phen najważniejszym miastem w tym kraju. Z tego miasta bowiem można wybrać się do kompleksu Angkor, który znajduje się w odległości około 15 km licząc od centrum.
O Angkor słyszał chyba niemal każdy. To ogromny kompleks zabytków składający się z kamiennych budynków, świątyń i pozostałości miast. Powierzchnia ścisłego centrum tego kompleksu zajmuje aż 400 km2 ale są i takie, które leżą poza tym terenem w odległości kilkudziesięciu kilometrów. Zwiedzanie więc tych wszystkich cudów to czasochłonny proces i można na to przeznaczyć od kilkunastu godzin do kilku dni w zależności od wytrwałości i od środków transportu którym dysponujemy. Cały ten kompleks to miejsce gdzie historycznie na przestrzeni wieków VIII i XV n.e. kształtowało się państwo khmerskie i w tym obrębie ustanawiane były jego stolice. Zaobfitowało to w niesamowite budowle i świątynie, które można dzisiaj zwiedzać na terenie Angkor. Najwięcej podziwianych dzisiaj spektakularnych miejsc kompleksu Angkor powstało za panowania Dżajawarmana VII, czyli w okresie końca XII i początku XIII wieku. Ten władca wprowadził kult Króla-Buddy, czyli takiego władcy, który jest inkarnacją Buddy. Zaowocowało to wieloma architektonicznymi symbolami tego kultu, mianowicie pomnikami o czterech obliczach wyobrażającymi twarz Dżajawarmana. Do ciągłości dynastii z okresu angorskiego należą podobno również późniejsi władcy Kambodży włącznie z panującym obecnie Norodomem Sihamonim.
Nie da się opowiedzieć w krótkim wpisie jak wiele różnych nurtów religijnych oprócz samego Buddyzmu w różnych jego formach przewinęło się w okresie angkorkskim pozostawiając wpływ na architekturę podziwianych obecnie budynków. Dość powiedzieć, że przewija się tu również braminizm, kult Siwy i hinduizm.
Na nas miejsce to podziałało pełnią swojej magii i można śmiało powiedzieć, że w połączeniu z niesamowitą egzotyczną przyrodą i nieznośnym wręcz upałem, który nam towarzyszył od świtu do zmroku sprawiło, że jest to przeżycie warte każdego wyrzeczenia i nie dające się powtórzyć nigdzie indziej na świecie. Nawet kurz, pył, porozjeżdżane na drogach dzikie węże, latające nad głowami krzykliwe papugi i odgłosy dżungli, których nie potrafimy określić, czy ogromne pajęczyny, z którymi czasem trzeba powalczyć, żeby dotrzeć do niektórych miejsc sprawiają, że o tym miejscu nie da się zapomnieć! Po prostu m-a-g-i-a!
Najważniejszym obiektem kompleksu Angkor jest będąca jego wizytówką świątynia Angkor Wat. Powstała w XII wieku i obejmuje teren ponad 2 km2 otoczonych szeroką fosą. Na terenie świątyni znajdują się wysokie wieże z których najwyższa mierzy aż 65 m.

Angkor Wat

Niesamowite wrażenie robią ciągnące się na ścianach wewnętrznych kamienne płaskorzeźby przedstawiające ponad 20 tysięcy postaci, zwierząt i przedmiotów przedstawiających różne sytuacje z życia dworu. Podobno całkowita długość tych murów zdobionych płaskorzeźbami wynosi aż 900 m!

Sciany Angkor Wat

Drugim najważniejszym obiektem kompleksu Angkor jest Bayon pochodzący z lat panowania Dżajawarmana VII o którym pisaliśmy powyżej. To między innymi tutaj można podziwiać architektoniczne posągi i płaskorzeźby twarzy Dżajawarmana. Podobno są tutaj aż 54 wieże ozdobione 216 twarzami tego Króla-Buddy (czyli Awalokiteśwary). Sam Bayon jest kompleksem samym w sobie bo zamknięty od czterech stron świata murami i bramami obejmuje wiele świątyń, posągów Buddy, a także kamiennych tarasów.

Twarze Bayonu

Bayon

Bayon 2

Z pozostałych świątyń i miejsc na pewno warto podkreślić Preah Khan, Neak Pean, Ta Prohm, Banteay Kdei, Sra Srang East Mebon oraz Ta Keo.

Swiatynie Angkoru

East Mebon

Plaskorzezby Swiatyn Angkoru

Banteay Kdei

Ta Keo

Największe wrażenie robią chyba mury Ta Prohm, które zostały opanowane przez roślinność otaczającej ten kompleks dżungli. Tropikalne drzewa potrafiły wrosnąć w świątynie doskonale się z nią komponując. Długie na kilka a nawet kilkanaście metrów korzenie wpasowały się w mury szukając miejsca dotarcia do ziemi i stanowią teraz nieodłączną całość tych zabytków. Szczęka opada…

Ta Prohm

Drzewa Ta Prohm

W całym kompleksie Angkor trwają czynne prace odbudowywania świątyń gdyż wiele z nich to w większości ruiny. Dodatkowo do takiego stanu rzeczy przyczyniły się rządy Czerwonych Khmerów, którzy by przerwać naukowe prace rozłożyli budowle na części, wyrzucili cudzoziemskich konserwatorów (bo co się stało z miejscowymi to wiadomo :-() a dokumentację zniszczyli. Można sobie wyobrazić jak ogromnie trudnym (czasami wręcz niemożliwym) zadaniem jest teraz odbudowa różnych fragmentów tych budowli. Wiele z tych miejsc jest zamkniętych dla zwiedzających ze względu na niebezpieczeństwo zasypania fragmentami budowli. Dość powiedzieć, że wystarczył by tylko jeden kamienny blok z którego zbudowane są te zabytki by zwiedzający znalazł się wśród tych, których prochy tu spoczywają. W wielu miejscach patrzenie w górę to czynność tylko dla dysponujących silnymi nerwami, bowiem bloki kamieni wyglądają bardziej na luźno usypane stosy niż na związane ze sobą fragmenty budowli 🙂

Luźne sklepienia

Podsumowując naszą wizytę w Angkor chcemy podkreślić, że magiczność tego miejsca wykroczyła daleko poza wszelkie oczekiwania. A trzeba podkreślić, że nasze oczekiwania były wysoko postawione już zanim tutaj dotarliśmy. Jest to absolutny „must” dla odwiedzających Kambodżę. I nie da się tego przecenić nawet biorąc pod uwagę tysięczne tłumy turystów przyjeżdżających w to miejsce. Dla tych, którzy tak jak my najchętniej omijaliby szerokim łukiem miejsca gdzie pojawia się tak wielka liczba turystów należy podkreślić, że innego wyjścia nie ma. Za to, to co można w tym miejscu zobaczyć i jaką magię się tutaj odczuwa rekompensuje wszystkie niedogodności. Mamy zresztą kilka porad, które pozwolą na zwiedzanie Angkor w dużym stopniu omijając turystyczną sforę 😉 Ale o tym w garści porad na końcu tego wpisu.
Samo Siem Reap jest niewielkim miastem żyjącym przede wszystkim z turystycznego tłumu przyjeżdżającego zwiedzać Angkor. W południowej jego części jest bardzo dużo restauracji, guesthousów i barów oferujących rozrywkę mniej zamożnym trawelersom i mimo, że nastawione jest na turystyczny interes naprawdę daje się polubić.

Uliczne bary Siem Reap

Nawet night market, który zazwyczaj w takich miejscach jest miejscem wyłudzania pieniędzy od podatnych turystów jest tutaj bardzo miłym ryneczkiem gdzie można tanio zakupić jakieś towary. Jako miejsce gdzie i tak ze względu na bliskość Angkoru trzeba się zatrzymać, serdecznie je polecamy.

Kilka porad praktycznych:
Bilety: Każdy kto przybędzie do Angkor stanie przed istotnym dylematem: czy zakupić bilet jedno- czy trzydniowy (siedmiodniowe bilety mają jedynie sens dla tych, którzy interesują się historią i przyjeżdżają spędzić tutaj wakacje :-)). Bilet jednodniowy kosztuje 20 USD a trzydniowy 40 USD. Z doświadczeń trawelersów wynika jednak jednoznacznie, że bilet trzydniowy to spora przesada (służąca bardziej wyciągnięciu pieniędzy od bogatszych turystów przyjeżdżających tutaj do luksusowych hoteli, by zwiedzać „spokojnie” po kilka godzin dziennie omijając największe fale upałów). Za to bilet jednodniowy w zupełności wystarczy pod warunkiem dobrej organizacji trasy zwiedzania i przeznaczeniu na to całego dnia od świtu do wieczoru (o czym w dalszych poradach poniżej).
Transport: Oczywiście w celu napędzania machiny biznesowej każdy przyjeżdżający zachęcany jest do zwiedzania Angkoru przy pomocy tuk tuka lub taksówki. Cena takiego sposobu podróżowania po terenie Angkoru wynosi 10-15 USD za dzień. Dodatkowym argumentem ma być to, że panują tutaj nieznośne upały więc przewiewny tuk tuk czy klimatyzowana taksówka ma ulżyć w znoszeniu tego gorąca. My uważamy, że to kolejna spora przesada. Wystarczy pożyczyć rower (cena wynosi 1 USD za dzień) i przy jego wykorzystaniu można spokojnie dotrzeć z Siem Reap do Angkoru a potem przemieszczać się po Angkorze. Możemy też śmiało powiedzieć, że poruszanie się rowerem w upalnej atmosferze stanowi dzięki otaczającym większość miejsc drzewom i wiaterkowi w twarz, jeszcze większą ulgę niż jakikolwiek inny środek transportu.
Organizacja zwiedzania: Jeżeli chcemy zwiedzić wszystko co najważniejsze a przy tym uniknąć największego tłoku turystycznego należy:
1. Zakupić bilet jednodniowy po godz. 16:45 – umożliwia on bowiem wstęp tego samego dnia już tuż po zakupie (mimo, że wystawiona ważność biletu dotyczy dnia następnego).
2. Wyruszyć na zwiedzanie z samego rana (najpóźniej o godz. 6:00). Większość dysponujących biletami trzydniowymi jeszcze smacznie śpi jako, że mają oni przecież jeszcze czas 😉
3. Zwiedzać bez przerwy do wieczora; niektórzy robią sobie przerwę w godz. 10:30 – 15:30 by uniknąć największej fali upałów, ale właśnie w tym czasie dzięki temu w zwiedzanych zabytkach będzie luźniej 🙂 Jeżeli jednak będzie ciężko wytrzymać w południowym upale to można udać się do jakiegoś drewnianego baru, których pełno nieopodal ważniejszych zabytków i tam zamówić coś zimnego do picia a nawet uciąć drzemkę w hamaku (przywiązując do siebie ewentualny bagaż)
4. Zwiedzać poruszając się dobrze ustaloną wcześniej trasą. Naszym zdaniem optymalnie jest pierwszego dnia po zakupie biletu wieczorem zwiedzić Angkor Wat i tu (dla „fanów zachodów”) obejrzeć zachód słońca, a drugiego dnia zwiedzić po kolei: Angor Thom, Bayon, Preah Khan, Neak Pean, East Mebon, Sras Srang, Benteay Kdei, Ta Prom, Ta Keo (pozostałe zabytki można opuścić) a na koniec (dzięki temu, że jest to duża pętla drogami Angkor) wracamy przez Bayon w kierunku Angkor Watu, a po drodze możemy zatrzymać się w Phnom Bakheng i tam obejrzeć zachód słońca. To ostatnie jednak radzimy tylko dla odpornych na turystyczny tłok bowiem przed zachodem słońca udają się tam dzikie tłumy – naszym zdaniem (chociaż my widzieliśmy to miejsce) można je spokojnie odpuścić i nic na tym nie stracimy, bo sama świątynia nie robi wielkiego wrażenia, zachód słońca jest mocno przereklamowany 😉 a jedyną zaletą tego zabytku jest jego położenie na szczycie wzgórza.
5. Nie dawać się omamić żadnym lokalnym przewodnikom, którzy chcą opowiadać historie o zabytkach Angkor. W zasadzie wszystko co mówią (podsłuchiwaliśmy u innych) można przeczytać w każdym przewodniku o Angkor (również tych dostępnych za darmo!).
Jedzenie: Na terenie Angkoru każdy turysta atakowany jest zachętami do skorzystania z licznych tutaj drewnianych barów, ale ceny często są tutaj mocno wygórowane. Jeżeli do wieczora możemy obejść się bez jedzenia to najlepiej tego unikać. Jeżeli jednak musimy skorzystać z oferty takiego baru to z powodzeniem można wytargować cenę o wiele niższą niż w menu. My w jednym z takich miejsc kupiliśmy schłodzoną 2-litrową wodę, która w menu miała cenę 2 USD, po negocjacjach oferowano nam ją za 1 USD, a w rezultacie dalszej „walki” zakupiliśmy ją za cenę 50 centów 🙂 W Siem Reap najlepiej jeść przy skrzyżowaniu ulicy nr 11 i ulicy nr 8 (tzw. Pub Street). Znajduje się tutaj całe mnóstwo straganów gdzie lokalesi oferują przyzwoite jedzenie w cenie od 1 – 1,25 USD za porcję. Na dodatek jest ono przyrządzane na bieżąco pod zamówienie i smakuje bardzo pysznie.

Europejczyk w Kambodży

wtorek, grudzień 15th, 2009

No i jednak w tej Kambodży dopadła nas taka pogoda, że żyć się nie daje. Upały przekraczają wszelkie możliwe wyobrażenie. Weźmy na przykład teraz – jest godzina 21:10 a temperatura powietrza wynosi 32 stopnie Celsjusza. My – w tym kontekście – ludzie z lodowatej północy, mimo, że do tej pory uznawaliśmy, że nie ma dla nas „za wysokich” temperatur, zgodnie przyznajemy że jednak są 🙂 No i proszę jak podróże kształcą, ile się można ciekawych rzeczy nawet o sobie samym dowiedzieć. Ostatnio nawet zdarzają nam się dni, które spędzamy do popołudnia leżąc na tarasie guesthouse’u w hamaku albo na fotelu, byle pod dachem, sącząc lodowate piwo.

Hamaki

I nie ma w tym ani słowa przesady – wstajemy nawet dosyć wcześnie rano, bo w takim upale człowiek nawet za długo pospać nie może, bo mu za ciepło i sił wystarcza nam tylko na dowleczenie się na trochę mniej rozpalony taras i zamówienie piwa. Nawet ostatnio mamy szczęście, bo tu, gdzie teraz mieszkamy piwo jest po 0,5 USD więc można sobie pozwolić. Dodam jeszcze, że jedno z nas (tajemnica, które) do tej pory nie uznawało picia wody w ogóle wychodząc z założenia, że „wodę piją zwierzęta” a ostatnio samo, bez namawiania sięgnęło po butelkę wody – świat staje na głowie. Takiego lenistwa już dawno sobie nie fundowaliśmy, ale tu akurat to nawet nie nasza zła wola, a konieczność, można powiedzieć siła wyższa, bo zupełnie nie potrafimy w takich upałach funkcjonować. Najlepiej by było co godzinę brać zimny prysznic i się przebierać, no ale kto by tyle kasy na pranie ciuchów wydawał. Więc staramy się ograniczyć ruszanie się do minimum, żeby jak najmniej się pocić (wiemy, słaba ta koncepcja, ale czegoś się trzeba trzymać 🙂 A właśnie a’props prysznica – odkąd jesteśmy w Kambodży zawsze mamy tylko zimną wodę w łazience i jeszcze ani razu żadne z nas się nie zająknęło nawet, że to jakaś wada. Ciepła woda tutaj byłaby tylko za karę.

Taras

Ale późnym wieczorem, tak koło 22:00 robi się ok. i można wyjść. Wczoraj na przykład poszliśmy obejrzeć sobie to Siem Reap wieczorową porą i było całkiem miło (dziś już tego wyczynu nie powtórzymy, bo chyba jest cieplejszy wieczór i nam się nie chce, ale za to chce nam się piwa, więc wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, ze musimy zostać w guesthousie :-). Może nie doszliśmy za daleko, bo przeszliśmy raptem po jakimś najbliższym turystycznym kwadracie ulic, ale za to zahaczyliśmy o Night Market. To kolejne miejsce które zostało dopisane do naszego planu na przyszłość – wycieczki do Azji tylko na zakupy. Więc na shopping na night marketach chcemy wrócić do Laosu, Wietnamu i Kambodży. Bo oni tu na tych marketach mają tak piękne rzeczy i do tego takie tanie, że to po prostu grzech nie kupować. No więc żeby nie zgrzeszyć i połączyć przyjemne z pożytecznym kupiliśmy sobie po dwie koszulki – żeby nie było, oczywiście „firmówki”, wszystkie mają metkę GAP i są w cenie: 5 USD w totalu 🙂 Dodatkową atrakcją night marketu był na każdym kroku masaż rybny! Tu masaże w ogóle są bardzo popularną sprawą, ale żeby robiły je ryby to pierwszy raz się spotkaliśmy. A wygląda to tak, że jest taka duża, murowana wanienka (albo mały basenik), w środku jest woda a w wodzie tysiące małych rybek. No i siada się na brzegu tej wanienki wkłada nogi do wody i rybki robią masaż poprzez podgryzanie, skubanie itd., ale jakoś żadne z nas nie miało ochoty (a mniej dyplomatycznie – odwagi) dać się jeść jakimś małym rybom i jeszcze za to płacić. Ale ogólnie cały ten wczorajszy wieczorny spacer był bardzo miły.
A no i oczywiście już po raz kolejny podczas pobytu w Kambodży na jakimś rogu podszedł do nas podejrzany typ i charczącym szeptem zapytał: „So, you wanna good marihuana, sir?”. Na każdym kroku piszą „Drugs are strictly prohibited” i ciągle ktoś cię pyta, czy chcesz zapalić albo kupić… można się pogubić. Nawet w poprzednim hostelu, gdzie mieszkaliśmy były co chwila wielkie kartki z wydrukowanym „Taking drugs may cost you life” i w tym samym hostelu obsługa w każdej chwili mogła dostarczyć trawę, a nawet aktywnie poszukiwała wśród gości klientów.
No i myśleliśmy, że to tylko nam się tak strasznie nic nie chce, więc dziś przed południem zdecydowaliśmy się, że trudno, może się nie ugotujemy i idziemy na śniadanie gdzieś „na miasto”, żeby przy okazji zobaczyć co się dzieje. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że miasto o 10.30 rano wygląda jak wymarłe. Sklepy i stragany w większości pozamykane na głucho, otwarte jakieś pojedyncze knajpy ze snującą się po kątach obsługą która, już na pierwszy rzut oka widać, najchętniej by zasnęła na najbliższym krześle i nieprzytomne od upału pańskie albo bezpańskie psy. Zero klimatu wczorajszego, tętniącego nocnym życiem miasteczka… trochę się poczuliśmy rozczarowani, ale też całkowicie usprawiedliwieni w tym naszym „nic-mi-się-nie-chce”. Znaleźliśmy więc jakieś miejsce żeby coś zjeść – oczywiście tanio i dobrze – i ze spokojnym sumieniem wróciliśmy do naszego nowego, dobrego zwyczaju przeczekania upału na przewiewnym tarasie guesthouseu.

Taras 2

Po południu pojechaliśmy kupić bilety na następny dzień do Angkor Wat i wejść jeszcze za free na te bilety na ostatnią godzinę przed zamknięciem (wszystko o Angkor Wat w oddzielnym wpisie naszego blogu).
No, ale już jutro nie będzie tak łatwo. Wyjeżdżamy z hostelu o 6:00 rano (na rowerach) i na cały dzień jedziemy do Angkor Wat…

Royal Palace i Silver Pagoda w Phnom Phen

poniedziałek, grudzień 14th, 2009

Kolejnym wartym odwiedzenia obiektem a raczej całym kompleksem w Phnom Phen jest Royal Palace, czyli po prostu Pałac Królewski. Miejsce to w pełni zasługuje na to miano. Jest pięknie zadbane i utrzymane z należnym mu szacunkiem. Jest to zespół budynków wykorzystywany przez panującego obecnie Króla Kambodży – Norodoma Sihamoniego i urzędników państwowych. Panują tutaj wyjątkowo obostrzone restrykcje dla zwiedzających. Spodnie muszą być o długości co najmniej za kolano a koszule lub t-shirty mieć rękawy przykrywające łokcie. W Pałacu Królewskim nie można mieć nakrycia głowy, a stopy muszą być bose (ale to jest standard w Kambodży dotyczący większości miejsc publicznych).

Royal Pla

W otoczeniu Pałacu znajduje się mnóstwo innych budynków i wszystkie mają podobną khmerską architekturę której charakterystycznym elementem jest długie i „fikuśne” wykończenie szczytów spadzistych dachów oraz bogate złote zdobienia, co nadaje temu miejscu niesamowitego klimatu. Ogrody, drzewa, kwiaty itd., które znajdują się pomiędzy budynkami są pieczołowicie zadbane i swoją kolorystyką i egzotyką podkreślają wagę tego miejsca.

Royal Palace 2

Niestety w Pałacu Królewskim, ani w Silver Pagodzie, która jest największą atrakcję tego kompleksu nie można wykonywać zdjęć. A byłoby co fotografować jako, że Silver Pagoda zwana również Pagodą Szmaragdowego Buddy (Emerald Buddha) jest zbiorem bogactwa jakie trudno zobaczyć gdziekolwiek indziej! Dość powiedzieć, że podłoga tej świątyni wyłożona jest aż 5000 srebrnych kafli a każdy z nich waży po 1kg. Mamy więc tutaj 5 ton srebra na podłodze (stąd nazwa pagody) a to nie wszystko! Szmaragdowy Budda wykonany jest z zielonego kryształu baccaratu (nie wiemy jaki jest polski odpowiednik nazwy tego szlachetnego kamienia), a przed jego postacią stoi Budda wykonany w całości ze złota udekorowany ponad 9 tysiącami diamentów z których największy ma ponad 25 karatów! Złoty Budda waży ponad 90 kg. Jest więc czego tu pilnować 😉
Sama pagoda została wybudowana w 1892 roku za czasów panowania poprzedniego króla Norodoma Sihanouka (ojca obecnie panującego władcy) a w roku 1962 została przebudowana. Potem za czasów reżimu Czerwonych Khmerów demonstracyjnie otoczona została opieką by pokazać jak Czerwoni Khmerzy opiekują się dziedzictwem kulturowym Kambodży. Mimo tego za rządów Pol Pota i tak ponad połowa cennych wnętrz tej pagody została zniszczona. Ech… szkoda słów.

Royal Palace 3

Dla nas najważniejsze z Kambodży i tak pozostanie bohaterstwo ludzi, którzy przeżyli najgorsze lata tego reżimu i potrafili „wrócić do życia”. Hołd tym ludziom oraz tym, którzy polegli na skutek tych okrucieństw.

Hold

Kilka porad praktycznych:
Bilety: Bilety do kompleksu pałacowego są niestety dość drogie i nie ma żadnych zniżek (np. studenckich). Cena biletu wynosi 25 tys. rielów (około 6,25 USD). Przy planowaniu zwiedzania należy wziąć pod uwagę, że między godz. 12:00 a 14:00 jest przerwa i w tym czasie nie można wchodzić na teren pałacu. Warto też zorientować się czy nie ma akurat oficjalnych wizyt państwowych ponieważ wyklucza to możliwość zwiedzania wnętrza pałacu i tronu królewskiego.
Przygotowanie: Należy pamiętać o odpowiednim stroju: spodnie o długości za kolano i koszula z rękawami zasłaniającymi łokcie.

Gorzka lekcja historii

niedziela, grudzień 13th, 2009

Kolejny dzień naszego pobytu w stolicy Kambodży poświęciliśmy na poznanie najważniejszych historycznie miejsc tego miasta.
Ponieważ jednak to, co w historii Kambodży jest najtragiczniejsze wiąże się z całkiem niedawnymi czasami i obejmuje okres od 1975 roku, większość z nas nie miała szansy uczyć się o tym w szkole i pewnie za wyjątkiem haseł „Pol Pot” i „Czerwoni Khmerzy” nie ma pojęcia, co tak naprawdę się działo w tym kraju. Dlatego też najpierw, zanim napiszemy o miejscach pamięci, które odwiedziliśmy, chcemy Wam przedstawić najistotniejsze fakty z najnowszej historii Kambodży.
Aż do roku 1970 Kambodża była monarchią dziedziczną. Jednak w 1970 roku książę Sihanouk został obalony w wyniku puczu, a miejsce przywódcy państwa zajął wspierany przez CIA, wojska amerykańskie i południowo wietnamskie, generał Lon Nol. Rządy proamerykańskiego Lon Nola nie podobały się Czerwonym Khmerom (ekstremistyczne ugrupowanie kambodżańskich komunistów), a działania mające na celu wypędzenie z Kambodży mniejszości wietnamskiej i wojsk Północnego Wietnamu oraz związane z tym straty (zakończone bombardowaniem przez lotnictwo amerykańskie) w dużej mierze przyczyniły się do późniejszego przejęcia władzy przez Czerwonych Khmerów. Wzywali oni naród do walki z najeźdźcami i reżimem Lon Nola. Ideologia Czerwonych Khmerów stanowiła połączenie ekstremalnych form maoizmu i europejskich, lewicowych idei antykolonialnych. Oddziały komunistyczne rosły w siłę i w roku 1975 ich liczebność wynosiła 60 tysięcy. W tym też roku Armia Czerwonych Khmerów przejęła władzę w stolicy kraju (Phnom Penh) i obaliła reżim Lon Nola. Na czele Stałego Komitetu Centralnego stanął Pol Pot, a nazwę kraju zmieniono na Demokratyczna Kampucza (o ironio, „demokratyczna”). No i to był początek jednego z największych w dziejach ludzkości ludobójstwa.
Partia Czerwonych Khmerów po przejęciu władzy natychmiast przystąpiła do realizacji swoich szczytnych celów. W pierwszej kolejności zamknięto szkoły, szpitale, fabryki, następnie zlikwidowano banki i pieniądze, zdelegalizowano własność prywatną i religię a także wysiedlano wszystkich mieszkańców miast na wieś do tzw. komun rolniczych, które tak naprawdę były obozami pracy przymusowej (dla tych, którzy chcą to zobaczyć w „lżejszej” formie polecamy film „Pola Śmierci” o amerykańskim dziennikarzu, który przebywa w tym okresie w Kambodży a jego przyjacielem jest lokalny dziennikarz, który zostaje poddany temu reżimowi i ukrywając się walczy o przeżycie). W wyniku tych działań Kampucza stała się jednym wielkim, niewolniczym gospodarstwem rolnym. Mieszkańców kraju pozbawiono wszelkich praw, łącznie z prawem wyboru małżonka. Ludzie pochodzący z miast i wykształceni byli uznawani za szczególnie zepsutych i trudnych do zarażenia nową ideologią, w związku z czym najskuteczniejszą metodą poradzenia sobie z nimi (jako elementem wysoce niepożądanym) było prowadzenie okrutnych praktyk ludobójczych. Natychmiastowy wyrok śmierci był za noszenie okularów, znajomość języków obcych lub zbyt delikatne dłonie świadczące o inteligenckim pochodzeniu. Stosownymi dekretami na śmierć skazano również wszystkich duchownych oraz przedstawicieli mniejszości narodowych, mieszkających na terenie Kampuczy. Zgodnie z zamierzeniami partii Kampucza miała stać się pierwszym na świecie narodem całkowicie przekształconym w społeczeństwo komunistyczne, bez tracenia czasu na szczeble pośrednie.
Nadal nie jest znana dokładna liczba ofiar reżimu Pol Pota, ale najbardziej realne szacunki mówią o śmierci (w wyniku morderstwa, z głodu lub z choroby) 25% całej populacji ówczesnej Kambodży.

Mord na Polach Smierci
Zdjęcie pochodzi z muzeum znajdującego się w Choeung Ek

W 1978 do Kampuczy wkroczyły wojska wietnamskie, które wsparły rozpoczęte już powstanie antypolpotowskie, by w styczniu 1979 obalić reżim. Czerwoni Khmerzy ukryli się w dżungli na zachodzie kraju i przez wiele lat jeszcze prowadzili partyzancką walkę z rządem oraz utrzymywali obozy niewolnicze przy granicy z Tajlandią. W 1991 udało się podpisać porozumienie między wszystkimi siłami politycznymi Kambodży, wzywające do rozbrojenia i wolnych wyborów, jednak tuż po wyborach w roku 1992, Czerwoni Khmerzy znów zaatakowali zbrojnie, odrzucając wyniki wyborów. Walki trwały aż do roku 1996. W 1998 w areszcie domowym zmarł Pol Pot. W tym i kolejnym roku poddawali się kolejno przywódcy i członkowie partii aż wreszcie przestała istnieć.
Procesy przywódców Czerwonych Khmerów rozpoczęły się kilka lat temu. Mało prawdopodobne jest jednak żeby mogły się skończyć ukaraniem winnych zbrodni, ponieważ wielu ludzi będących aktualnie u władzy to dawni aktywiści ekstremistyczni lub ich dzieci. Dopiero w tym roku (2009) pod naciskiem ONZ ruszyły procesy karne kilku członków rządu Pol Pota, na których ciążą najcięższe zarzuty.

My tę straszną historię poznawaliśmy w miejscach, w których dokonywane były zbrodnie, więc zrobiła na nas tym większe wrażenie. W pierwszej kolejności pojechaliśmy do oddalonej o 15 km od Phnom Penh wioski Choeung Ek, czyli na tzw. Pola Śmierci. Czerwoni Khmerzy w wiosce tej stworzyli obóz zagłady, do którego przywożono więźniów (głównie z Phnom Penh). W ciągu 3,5 roku w Choeung Ek zostało zamordowanych 17 tys. osób, w tym mnóstwo kobiet i dzieci. Z uwagi na konieczność oszczędzania amunicji były zwykle przeprowadzane przy użyciu młotów, siekier, łopat lub zaostrzonych kijów bambusa. W szeregach Czerwonych Khmerów egzekucje przeprowadzały już kilkunastoletnie dzieci, bardzo wcześnie odebrane rodzicom i wychowywane w obozach partii, gdzie pozbawiano ich wszelkich uczuć i uczono najokrutniejszych technik zabijania. Jednak dzieci, którym zabito rodziców też były natychmiast zabijane, żeby nigdy w przyszłości nie szukały na swoich oprawcach zemsty.
W Choeung Ek w roku 1988 zbudowano Pomnik Pamięci (Memorial Stupa) – wieżę, w której zgromadzono ponad 8 tysięcy ludzkich czaszek, wykopanych ze zbiorowych grobów na polach śmierci.

Memorial Stupa

Czaszki

Spacer w tym miejscu jest doświadczeniem wstrząsającym a koszmar potęgują żebrzący przed bramą ludzie kalecy – ofiary reżimu, którym udało się przeżyć.

Ubrania zamordownych

Po tej trudnej ale bardzo pouczającej lekcji historii udaliśmy się do Tuol Sleng Genocide Museum, czyli miejsca tortur. Tuol Svay do 1975 roku było liceum, dodajmy, że ogromnym liceum – w jego skład wchodzą trzy trzypiętrowe budynki. Reżim Pol Pota po zamknięciu szkół w tym miejscu zrobił jedno z największych i najokrutniejszych więzień w Kambodży, nazywając je Security Prison (S-21). Niemal wszyscy ludzie więzieni i torturowani w S-21 byli później wywożeni na egzekucję do Choeung Ek, a ci, którzy nie przeżyli tortur byli grzebani w zbiorowych mogiłach na podwórzu więzienia (szkoły!). Statystyki mówią, że w pierwszej połowie 1977 roku w Tuol Svay średnia ofiar na dzień wynosiła ok. 100 osób.

Wiezienie w klasie

Cały teren szkoły jest teraz udostępniony do zwiedzania. Widzimy więc sale lekcyjne przerobione na cele – te bardziej „luksusowe” – indywidualne, dla przywódców ruchu antypolpotowskiego, a także te dla „zwykłych” przeciwników reżimu – każda sala podzielona na kilkanaście pojedynczych cel o wymiarach nie większych niż 1,5m x 0.8m. Ponieważ Czerwoni Khmerzy prowadzili wyjątkowo skrupulatną dokumentację swoich działań w S-21 dziś możemy w muzeum oglądać wstrząsające zdjęcia więźniów, egzekucji, narzędzi tortur.

Cele w klasach

Pojedyncza cela

Pół dnia, które spędziliśmy na Polach Śmierci i w Tuol Svay było jedną z najszybszych i najbardziej zapadających w pamięć lekcją historii w naszym życiu. Było to bardzo trudne doświadczenie, ale uważamy, że to obowiązkowy punkt wizyty w Kambodży. Jest jeszcze jedna związana z tym, dla nas szokująca sprawa – mianowicie podejście mieszkańców Kambodży do własnej historii. Wprost nie mogliśmy uwierzyć, jak tuk tukarze albo ludzie z obsługi naszego guesthouse’u namawiali nas na wycieczkę gdzieś za miasto, gdzie będziemy sobie mogli postrzelać z takiej broni, jaką posługiwali się Czerwoni Khmerzy. Do tego dochodzą powszechnie noszone przez mieszkańców tego kraju i sprzedawane jako gadżet turystyczny czerwone kraciaste chusty – atrybut Czerwonych Khmerów. Dla nas nie do pojęcia, ale może dla nich to sposób na odcięcie się od koszmarnych wspomnień, zbagatelizowanie wszystkiego co najgorsze, „prześmianie” tego by odciąć się od tych wspomnień jak od czegoś nierealnego i zrobienie z tego sposobu na zarabianie pieniędzy, które są konieczne do przeżycia każdego kolejnego dnia… pewnie to temat do większej polemiki, jednak my nie czujemy się uprawnieni do oceniania takiego postępowania, a przytaczamy je jedynie z kronikarskiego obowiązku…
Kolejnym miejscem, które w Phnom Phen warto zwiedzić jest pałac urzędującego króla Kambodży, czyli Royal Palace oraz znajdująca się na terenie pałacowych posiadłości Silver Pagoda, ale o tym w kolejnym wpisie do blogu.

Phnom Penh – pierwsze wrażenia z Kambodży

sobota, grudzień 12th, 2009

Droga do Phnom Phen z Sajonu okazała się dość łatwa. Sam autobus okazał się być regularną linią turystyczną operowaną przez firmę z Kambodży. W autobusie była nawet przystrojona choinka więc dla turystów zapewnia się tutaj nie tylko wodę sodową ale i świąteczną atmosferę 😉
Już po przekroczeniu granicy z Kambodżą widać było jak bardzo różni się ten kraj od Wietnamu.

Granica z Kambodza

Domy choć z desek a nie babusa bardzo przypominały tutaj laotańskie chaty na palach. Gospodarstwa najczęściej składają się z takich khmerskich chat położonych wśród gęstej roślinności bananowców i wysokich palm.

Kambodzanskie wioski

Na drogach kurz i pył, upał i wychudzone zwierzęta. Niektóre z nich chroniąc się przed upałem całym ciałem zanurzały się w błotnistej wodzie pozostawiając ponad powierzchnią tylko głowy. Po wjechaniu do jakiejś miejscowości przed przeprawą promową przez Mekong widać było zakurzone drogi i wzmożony handel tutejszych mieszkańców.

Ulice w Kambodzy

Przed samą przeprawą do autobusu „dokleiły” się tłumy różnych ludzi próbujących sprzedać różne produkty. Szczególnie litościwie wyglądały dzieci, które próbowały sprzedać jakieś jajka i owoce.

Dzieci

Do Phnom Penh, stolicy Kambodży, dotarliśmy wczesnym popołudniem. Miasto już zza szyb autokaru zrobiło na nas bardzo pozytywne wrażenie, choć trzeba przyznać, że powitało nas nieziemskim upałem, w którym trudno było nawet oddychać a każdy ruch i krok stanowił potężne wyzwanie! Po chwilowym zastanowieniu daliśmy się przekonać przesympatycznemu panu tuk – tuk driverowi do zawiezienia nas do dobrego i taniego guesthouse’u a jak nam się nie będzie podobało, to pojedziemy do kolejnego, aż znajdziemy odpowiednie miejsce dla siebie i to wszystko oczywiście w wyjątkowo korzystnej cenie – 1 USD za całą podróż, niezależnie od tego ile będzie trwała. Pojechaliśmy więc do pierwszego guesthouse’u, ale ani cena ani warunki nam nie odpowiadały, więc zgodnie z umową pan tuk-tukarz przywiózł nas w kolejne miejsce. Guesthouse okazał się fajnym miejscem z ogromnym tarasem nad jeziorem, a na tym tarasie – bar, bilard, hamaki, sofy i fotele i część telewizyjna, gdzie można coś pooglądać – ekstra! Z takim zapleczem „rozrywkowym” zdecydowaliśmy się tu zostać, mimo, że pokoje są bardzo „basic” (jak to ładnie piszą w LP). Popołudnie spędziliśmy poznając uroki i charakter tego miasta. Pierwszym punktem obowiązkowym, który zaliczyliśmy była buddyjska świątynia Wat Phnom, znajdująca się na najwyższym wzniesieniu w mieście – co prawda tylko 27-metrowym, ale najwyższym 🙂

Wat Phnom

Jest jednym z najważniejszych miejsc w stolicy Kambodży. Jak głosi legenda, pierwsza pagoda powstała w tym miejscu w roku 1373, jako miejsce dla czterech posągów Buddy. Następnie miejsce to zostało odkryte przez kobietę o imieniu Penh (dosłowne tłumaczenie nazwy miasta Phnom Penh to „Wzgórze Penh”). Świątynia sama w sobie nie robi ogromnego wrażenia, nawet wygląda na trochę zaniedbaną, ale jest dla mieszkańców Kambodży bardzo ważnym miejscem i to właśnie tu przychodzą ze swoimi największymi troskami i prośbami.
Po wizycie w świątyni spacerowaliśmy po ulicach miasta poznając stolicę kolejnego azjatyckiego kraju na naszej trasie. Niby wszystkie są do siebie podobne, a jednak każda inna (aż się ciśnie na usta królujące tutaj hasło: „same same but different”). Phnom Penh to bardzo biedne miasto, cały czas jeszcze podnoszące się ze zniszczeń niedawnej wojny. Widać nowe inwestycje, widać że dużo się dzieje, że zmienia się na lepsze ale też widać na każdym kroku przerażającą biedę, ludzi starających się handlować na ulicznych straganach czym się da, byle tylko zarobić jakiś grosz, widać żebrzących ludzi kalekich – ofiary wojny, ale też ma się poczucie, że mieszkańcy Kambodży to bardzo mili, otwarci ludzie, którzy chętnie pomagają i w większości, przynajmniej w podstawowym zakresie, są w stanie dogadać się po angielsku

Sprzedaż uliczna

Do Kambodży przyjeżdża coraz więcej turystów i szczerze mówiąc mają tu wszystko, czego im potrzeba – hotele i guesthouse’y w najróżniejszych cenach, masę małych agencji turystycznych oferujących wycieczki do najatrakcyjniejszych miejsc kraju a także restauracje oferujące kuchnie niemal całego świata. Ta aktywność i umiejętność dostosowania się do nowych warunków, budzi ogromny szacunek dla mieszkańców tego kraju.

Sajgon (Ho Chi Minh City)

czwartek, grudzień 10th, 2009

Spośród osób nie interesujących się historią Azji Południowo-Wschodniej mało kto wie, że znany z amerykańskich filmów o wojnie wietnamskiej Sajgon od roku 1975 nosi nazwę Ho Chi Minh City i mało kto stosuje teraz nazwę Sajgon. To oczywiście nazwa, którą oficjalnie nadano po tym jak Republika Wietnamu (czyli Południowy anty-komunistyczny Wietnam) została zajęta przez wojska północne i przywrócono jedno państwo Wietnam. Rząd Hanoi zmienił wtedy nazwę miasta na cześć komunistycznego przywódcy Ho Chi Minh.
Do miasta dotarliśmy o godzinie 6:00 rano i wydawało by się, że niewiele jeszcze powinno się tutaj dziać, tymczasem ulice Sajgonu (dla ułatwienia będziemy się trzymać jednak tej nazwy, chociaż my posługiwaliśmy się swojsko brzmiącą nazwą Chocimin – swoją drogą mieszkańcy położonego między Koszalinem a Miastkiem Chocimina nawet nie zdają sobie sprawy jaką słynną nazwę ma ich miejscowość :-)) były już mocno zatłoczone a lokalne uliczne bary z noodlesami i wietnamską kawą działały pełną parą i pełne były klientów. W poszukiwaniu miejsca do noclegu podążaliśmy ulicami najbardziej scentralizowanej turystycznie części Sajgonu i przypadkiem natknęliśmy się na buddyjski pogrzeb, który maszerował ciasnymi ulicami pomiędzy motocyklami przepychającymi się między uczestnikami konduktu. Trzeba przyznać, że kolorowo przystrojona skrzynia, tłum uczestników i głośna grająca orkiestra o godzinie 6:30 rano to widok dla nas niezwykły.

Pogrzeb w Sajgonie

Po prawie godzinnych poszukiwaniach udało nam się znaleźć guesthouse, który oferował właściwe na naszą kieszeń ceny i natychmiast udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Oczywiście obowiązkową pozycją Sajgonu są muzea, które dokumentują zagmatwaną historię miasta i konfliktów wojennych, które toczyły się przez większą część XX wieku w Wietnamie. Najpopularniejszym muzeum jest War Remnants Museum, które pokazuje historię tych wojen. Zanim tam jednak dotarliśmy odwiedziliśmy również rekomendowany przez Lonely Planet największy lokalny market oferujący w zasadzie wszystko czym może być zainteresowany klient: od kosmetycznych drobiazgów po ubrania, biżuterię i urządzenia dla domu. Mieści się on w wielkim murowanym budynku pod którym znajdują się setki ciasno ułożonych stoisk. Oczywiście o wszystko należy się targować, żeby osiągnąć właściwą cenę, startując od poziomu ustawianego dla turysty 🙂 W upalny dzień, a właśnie takie przede wszystkim tu bywają jednak długo wytrzymać w tym miejscu nie sposób. Po obowiązkowych oględzinach tego miejsca i targowaniu się „dla sportu” z bądź co bądź jednak bardzo miłymi Wietnamczykami udaliśmy się do muzeum.

Market w Sajgonie

W drodze do muzeum można odwiedzić jeszcze Pałac Zjednoczenia (Reunification Palace) zwany również Pałacem Niepodległości lub po prostu Pałacem Prezydenckim. To słynne miejsce było w kwietniu 1975 roku przedmiotem obrony setek tysięcy Wietnamczyków i ponad 58 tysięcy Amerykanów. Potem wojska Wietkongu zajęły pałac a zdjęcia tego zdarzenia (w szczególności umieszczania na budynku flagi Wietkongu) pokazywane były na całym świecie. W parku obok pałacu znajdują się amerykańskie militaria na pamiątkę tych walk.

Reunification Palace

Samolot US Army

Największe wrażenie robi jednak dokumentacja i broń zgromadzona w War Remnants Museum. Najczęściej obraz wojny wietnamskiej w którym brały udział wojska amerykańskie postrzegany jest przez pryzmat filmów o amerykańskich żołnierzach wysyłanych do Wietnamu na arcytrudne warunki bojowe, a rzadko kiedy można zobaczyć jak wyglądał te konflikt „od drugiej strony” czyli tych, którzy tutaj mieszkają. To przerażająca lekcja historii z której ludzkość powinna wyciągnąć wnioski. Wojna jest najbardziej obrzydliwym i bezdusznym „wynalazkiem” człowieka. Każdy ma prawo do pokoju a ingerencje zbrojne dokonywane pod szyldem niesienia pokoju przynoszą na ogół odwrotne skutki.
Wojska amerykańskie biorące udział w wojnie w latach 1964-1972 często działały zupełnie na oślep nie wiedząc kto był wrogiem, a kto cywilem, kto komunistą a kto antykomunistą. Dochodziło do okropnych pomyłek, a sami żołnierze nie rozumieli sensu tych walk często staczając się pod wpływem narkotyków i działając w nieludzki sposób, dokonywali mordów i gwałtów, które stały się jeszcze bardziej okrutną wizytówką tej wojny. Mało kto wie też, że w Wietnamie w szczytowym roku 1969 znajdowało się aż (sic!) prawie 550 tysięcy żołnierzy amerykańskich! Dla pokazania skali zaangażowania USA warto tutaj zastosować porównanie do II Wojny Światowej w której Amerykanie działając na frontach użyli 5 mln ton bomb i ładunków wybuchowych podczas gdy w Wietnamie użyli ich aż 14,3 mln ton!!! Cała II Wojna Światowa kosztowała USA 341 mld USD a wojna w Wietnamie 676 mld USD! Tych statystyk można by mnożyć, ale ważniejsze jest jednak to jakie okrucieństwa przyniosła ta wojna. W muzeum zgromadzona jest broń stosowana przez amerykańskie siły zbrojne, ale też bogata dokumentacja wszystkich zdarzeń związanych z historią wojenną Wietnamu.

Helikopter US Army

Mnóstwo zdjęć z okresu wojny wietnamskiej pochodzi z archiwów amerykańskich sił zbrojnych. Są też te, które pokazują takie masakry jak My Lai gdzie amerykańscy żołnierze pozbawili życia ponad pół tysiąca cywilów, w tym 182 kobiety (17 w ciąży), 173 dzieci. Chyba największe wrażenia robią zdjęcia uciekających przed wojną Wietnamczyków, nierzadko kobiet z wieloma dziećmi wśród krwawych walk i nieludzkich akcji żołnierzy.

Kobieta z dziecmiZdjęcie pochodzi z archiwów War Remnants Museum

Okropne są również zdjęcia i eksponaty dokumentujące skutki stosowania przez wojska amerykańskie broni chemicznej. Zdjęcia zdeformowanych ciał dzieci, również tych rodzących się jeszcze długo po konflikcie wojennym długo nie można zapomnieć.
Wizyta w tym muzeum pozwala jeszcze lepiej zrozumieć jak straszną historię ma to państwo. Naprawdę ogromny szacunek dla mieszkańców tego miłego i gościnnego kraju, że potrafią się teraz od tego okrutnego czasu zdystansować choć pewnie w większości rodzin te wydarzenia są jeszcze żywe w pamięci. Szacunek i hołd tym ludziom.

Sam Sajgon jest bardzo popularną destynacją dla turystów właśnie ze względu na historię związaną z wojną w której brały udział Stany Zjednoczone. Ze względu na bliskość położenia można stąd również udać się na wycieczki w deltę Mekongu gdzie toczyło się wiele akcji zbrojnych mających na celu odcięcie dopływu broni i posiłków. W samym mieście panuje tłok podobny do tego z ulic Hanoi, gdzie niezliczone liczby motocykli toczą się na drogach walcząc o swoje miejsce. Popularne w Polsce powiedzenie „Ale Sajgon!” ma tutaj faktyczne odzwierciedlenie w ulicznych faktach 😉

Ulice Sajgonu

Mimo tego miasto jest również atrakcyjne turystycznie pod kątem wypoczynku. Stale rozwijająca się turystyka pozwoliła na otwarcie mnóstwa restauracji i klubów gdzie turyści chętnie zostawiają pieniądze.

Ulice Sajgonu

My zdecydowaliśmy się oszczędzić tyle ile można i zdecydowaliśmy się stąd udać już bezpośrednio do innego kraju na naszej trasie: Kambodży, której historia zapisała się strasznymi, czarnymi literami historii największego ludobójstwa wewnętrznego jakiego dokonano w cywilizowanym świecie.

Kilka porad praktycznych:
Zwiedzanie: Muzeum War Remnants ma przerwę w godzinach pracy od godz. 12:00 do 13:00 warto mieć to na uwadze udając się na zwiedzanie, bowiem o godz. 12:00 muzeum się zamyka a wszyscy goście muszą opuścić muzeum
Transport: Do Kambodży można udać się stąd na kilka sposobów. Najbardziej popularnym sposobem jest dotarcie do Chau Doc a stamtąd płynięcie statkiem po Mekongu aż do Phnom Phen. Można przy okazji również odwiedzić najpierw deltę Mekongu. Jednak najtańszym sposobem dotarcia do Phnom Phen jest bezpośredni autobus na który można zakupić bilety w różnych agencjach turystycznych. Ceny miejsc w takim autobusie wynoszą od 8-12 USD.

Wietnam

czwartek, grudzień 10th, 2009