Archive for luty, 2010

Indonezja – wyspa Bali

niedziela, luty 28th, 2010

Ubud i okolice naszymi oczami – więc jednak jest fajnie

sobota, luty 27th, 2010

Największą atrakcja Ubud jak dla nas okazał się park z małpami (Monkey Forrest Sanctuary). Park co prawda nie jest tak duży jak się spodziewaliśmy, ale za to małp jest więcej niż myśleliśmy! I oczywiście są dużo bardziej cwane niż można by było przypuszczać. Historia parku nie jest nam znana, dość powiedzieć, że część parku stanowi oryginalny fragment dżungli tropikalnej, znajduje się tam jedna główna świątynia hinduska i jedna mniejsza, a w całym parku, wśród pięknych widoków i niesamowitych roślin królują małpy. Są ich setki i można się im przyglądać całymi godzinami. Są mądre (czasami nawet aż za mądre!), zwinne, zmyślne, każda ma inną osobowość i inny temperament – po prostu wspaniałe!

Malpka1

Malpka2

Chociaż w tej części świata małpy nie są niczym nadzwyczajnym, to tu – przyzwyczajone do występowania w rolach gwiazd oraz do tego, że są ciągle podziwiane i oglądane, wręcz przechodzą siebie! Zakładają, że jak ktoś coś trzyma w rękach, to jest przeznaczone dla nich (włączając w to butelki wody mineralnej, portfele, aparaty fotograficzne itp.), dlatego tak częste są wypadki, że małpa wyrywa coś zdezorientowanemu człowiekowi i ucieka. No i tyle! Przedmiot jest nie do odzyskania, niezależnie od tego jaki był drogocenny i jak bardzo właściciel prosi o oddanie 🙂 Dodatkowo małpy doskonale wiedzą, kiedy się coś przed nimi chowa i wtedy za wszelką cenę usiłują się dowiedzieć co to takiego, a te najbardziej cwane korzystając z chwili nieuwagi dobierają się ludziom do torebek i plecaków, żeby zweryfikować zawartość i wziąć co im się spodoba. Oczywiście dobra zabawa kończy się z chwilą gdy coś naprawdę ważnego znika bezpowrotnie w gęstwinie dżungli. Nam na szczęście nic takiego się nie przydarzyło, ale niewiele brakowało, bo jedna z małp w uporem maniaka próbowała otworzyć sobie nasz plecak skacząc na niego i uwieszając się ze wszystkich możliwych stron.
Po kilku godzinach spędzonych z małpami bolały nas brzuchy ze śmiechu, a do tego zanosiło się na wielki deszcz, więc zdecydowaliśmy się zakończyć tę wizytę.
Ponieważ udało nam się wypożyczyć motor – dwa dni w cenie jednego – to byliśmy w pełni mobilni i niezależni. Zdecydowaliśmy więc, że już kolejnego popołudnia i wieczora tu nie zniesiemy, jedziemy do hotelu po płaszcze przeciwdeszczowe i będziemy poznawać okolicę. Zdecydowaliśmy się pojechać w stronę Jaskini Słonia (Elephant Cave), a następnie „gdzie nas oczy poniosą” – pooglądać okoliczne wioski i hindusko – balijskie świątynie. Do Jaskini Słonia udało się dojechać. Jest to jaskinia, w której na początku XX wieku odkryto posążek Gamesha, pochodzący sprzed kilku stuleci. Wokół tego miejsca powstała cała „świątynna infrastruktura” – park, święty basen itp.

Elephant Cave

Miejsce to jest traktowane jako jeden z najważniejszych punktów kultu religijnego na Bali. Rzeczywiście jest niezwykle urokliwe, ale nasze zwiedzanie przebiegało w tempie ekspresowym, bo burza zbliżała się wielkimi krokami, tuż nad naszymi głowami grzmiało a niebo rozświetlały błyskawice. Nie zniechęciło nas to jednak do dalszego eksplorowania okolicy i po szybkiej wizycie w Jaskini Słonia ubraliśmy się płaszcze przeciwdeszczowe, wsiedliśmy na motor i pojechaliśmy dalej. Lunęło po niecałych pięciu minutach i tak już pozostało do samego wieczora! W pierwszej chwili mieliśmy pomysł, żeby przeczekać deszcz gdzieś pod dachem, jednak co się na chwilę uspokajało, to za moment ulewa wracała ze wzmożoną siłą. Było fajnie! Przynajmniej coś się działo, zamiast kolejnego popołudnia w Ubud. A do tego balijskie wsie są niezastąpione – mają wspaniały klimat luzu, radości i najbardziej zielony na świecie kolor pól ryżowych, który podczas deszcze jeszcze bardziej się wzmaga i niemal razi w oczy. Jechaliśmy więc przez okolicę w ulewnym deszczu. W każdej wsi zgodnie z tradycją znajdują się trzy świątynie (na obu końcach i w środku). Jeśli chodzi o wyznanie Balijczyków, to 90% wyznaje hinduizm ale w wersji balijskiej, czyli z różnymi zmianami względem oryginalnego. Jest to o tyle ciekawe, że generalnie 90% ludności Indonezji to muzułmanie. Ale Bali to inna bajka pod każdym możliwym względem! Nawet tutejsi mieszkańcy jak mówi się o nich „Indonezyjczycy”, to oburzają się prostując natychmiast, że są Balijczykami 🙂 zatrzymaliśmy się przy jednej z takich świątyń, by wejść do środka. Akurat trwały przygotowania do ważnych uroczystości, które miały się odbyć w następnym tygodniu. Mnóstwo ludzi było zaangażowanych w przygotowania – kobiety wyplatały z liści palmowych maleńkie koszyczki na ofiary, gotowały lepki ryż oraz przygotowywały kolorowe ozdoby śpiewając przy tym pieśni religijne, mężczyźni natomiast doglądali strony technicznej przygotowań – kable nagłośnienie, itp. Cała świątynia, mimo ulewnego deszczu, była przepiękna!

Temple in Ubud

Później odwiedziliśmy jeszcze kilka świątyń o typowo balijskiej architekturze i przekonaliśmy się, że wszystkie są piękne, wszystkie nam się bardzo podobają, a co najdziwniejsze, niemal w ogóle nie odwiedzają ich turyści (nawet gdy już przestało padać, byliśmy zawsze jedynymi zwiedzającymi!).

Balijskie swiatynie

Balijskie swiatynie 2

Wróciliśmy do hotelu zmęczeni, przemoczeni, ale szczęśliwi! Widzieliśmy ciekawe miejsca i piękne krajobrazy, typowo balijski klimat, bez tego całego blichtru i nadęcia, od którego powietrze w Ubud jest aż gęste.
Kolejnego dnia po wczesnym śniadaniu znów odpaliliśmy motor i ruszyliśmy w drogę. Tym razem cel był precyzyjny – Park Ptaków oraz Park Gadów i Płazów. Niemal przypadkowo znaleźliśmy te miejsca w przewodniku i w Internecie (o dziwo, nigdzie w Ubud nie natknęliśmy się na żadne informacje na ich temat) i ich opis od razu wywołał nasze zgodne: „jedziemy tam”. I znowu ta sama refleksja – krajobrazy na Bali są najpiękniejsze na świecie! Jechaliśmy wczesnym rankiem przez wyspę i mogliśmy cały jej urok podziwiać w promieniach porannego słońca. Po prostu bezcenne!

Zielen Ubud

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów, zwolniliśmy, zaczęliśmy się bacznie rozglądać, zaglądać w każdy odjazd z drogi głównej w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji, ze zmierzamy we właściwym kierunku i wówczas nastąpiło coś wręcz niespotykanego. Mijający nas Balijczycy na swoich motorach zwalniali również, podjeżdżali koło nas i krzyczeli radośnie spod kasku „where are you going?”. Odpowiadając na to pytanie, uzyskiwaliśmy potwierdzenie, że dobrze jedziemy i jeszcze kawałek drogi przed nami. Wreszcie dotarliśmy na miejsce. W pierwszej chwili cena za bilety nas zmroziła – 25 USD za osobę. Co prawda za wejście do obu parków – do ptaków i do gadów i płazów, ale to i tak ponad 10 dolarów więcej za bilet niż się spodziewaliśmy. Przez chwilę rozważaliśmy zakup jednego biletu i podzielenie się – kto dokąd pójdzie, ale kolorowe papugi urzędujące na drzewach przed wejściem natychmiast rozwiały nasze wątpliwości i zamykając oczy, zapłaciliśmy za dwa bilety.

Papugi

Jak się okazało było to najlepsze co mogliśmy zrobić. Dzień spędzony w tych parkach to naszym zdaniem największa atrakcja Bali. Naszą wizytę zaczęliśmy od parku ptasiego, stanowiącego największą na świecie kolekcję ptaków indonezyjskich (z podziałem na poszczególne, najważniejsze wyspy) oraz liczne okazy Afryki i Ameryki Południowej. Ogród ma ponad hektar powierzchni, na których wydzielono strefy różnych „krajów”, w których stworzono jak najlepsze warunki dla poszczególnych gatunków. W ogrodzie żyje ponad 1000 ptaków reprezentujących 250 gatunków. Ptaki, które oglądaliśmy w parku miały wręcz niesamowite kolory piór! Były przepiękne!

Tukan

Ptaszynki

Pośród wszystkich ptaków zachwycających swoim wyglądem – jak np. rajskie ptaki (była ich tutaj ogromna liczba i to najprzeróżniejszych gatunków!), smukłe flamingi czy tukany, my byliśmy zauroczeni gadającymi papugami, a szczególnie jedną mądralą. Dopóki nikt na nią nie zwracał uwagi, mówiła „sobie pod nosem” na milion różnych tonów i sposobów „hello, how are you”, od czasu do czasu przetykając ten monolog zadziwiającymi jak na papugę odgłosami mruczenia, szczekania, gdakania czy niemal Krecikowego „O-oo!”. Jednak wystarczyło, że ktoś bliżej podszedł i nasłuchiwał, a już nie daj Boże był z aparatem albo kamerą, papuga milkła i tylko z ogromnym zaciekawieniem oglądała swoje stopy! Jednak cierpliwość została nagrodzona i udało nam się w końcu nagrać fragment jej „wypowiedzi”.
Nie mogliśmy wręcz wyjść z tego ogrodu! Ileś razy już kierowaliśmy się do wyjścia, jednak jeszcze na chwilę zawracaliśmy, żeby któremuś się przyjrzeć. Wreszcie udało nam się opuścić ptaki i przejść do ogrodu gadów i płazów. Tu wszystko było dużo bardziej przerażające. Od samego wejścia powitały nas terraria z przyklejonymi symbolami trucizny, co oznaczało, że spotkanie z przedstawicielem danego gatunku w sytuacji innej, niż „przez szybkę”, skończy się dla człowieka tragicznie. Węże i żmije idealnie wtapiające się w tło, czasami małe, że trudno je było znaleźć a czasami tak ogromne, że mimo bezpiecznego terrarium budziły przerażenie uświadomiły nam, jak niebezpieczna jest dżungla – większość spośród prezentowanych w ogrodzie gatunków można było spotkać właśnie w lasach Indonezji. Nie mówiąc już o drobnych, ale również jadowitych jaszczurkach, które mogły z powodzeniem żyć na polach ryżowych czy w przydrożnych rowach.
Jednak przejście do kolejnej części ogrodu wywołało nasze absolutne „wow”! na trawnikach wylegiwały się różnych rozmiarów (od niewielkich do naprawdę dużych) gady, niektóre nawet bardzo ładne i kolorowe, ale zawał serca i tak był blisko. Na szczęście w porę pojawił się pracownik ogrodu, który ze spokojem powiedział, że tu są iguany oraz warany… z Bali! Po usłyszeniu „warany” i zobaczeniu że leżą nam pod nogami, byliśmy gotowi uciekać, ale okazało się, że towarzystwo różnych iguan to wegetarianie, zupełnie nie zainteresowani ludźmi jako pożywieniem a swoje niekiedy imponujące rozmiary osiągają tylko dzięki zdrowej diecie złożonej głównie z papai i bananów. Balijskie warany natomiast mimo uderzającego podobieństwa do waranów z Komodo (są od nich mniejsze) zainteresowane są jedynie małymi gryzoniami, a ludzie mogą czuć się bezpieczni.

Iguana

Waran Balijski

Jak się okazało były to naprawdę przesympatyczne zwierzęta a iguana nawet się od czasu do czasu uśmiechała „pełną gębą”.
W kolejnej części ogrodu jednak czekał na nas prawdziwy smok (tym razem jak najbardziej mięsożerny) i tu był już waran z Komodo. Przerażający od pierwszego wejrzenia!

Waran z Komodo

Istne uosobienie wszystkich wyobrażeń i obrazków smoków z książeczek dla dzieci. Waran z Komodo mieszkał na obszernym wybiegu, całym otoczonym wysoką szybą. Już samo patrzenie na niego powoduje gęsią skórkę! Jest największą żyjącą na świecie jaszczurką. Występuje w zasadzie tylko na indonezyjskiej wyspie Komodo (i po kilkadziesiąt egzemplarzy na wyspach Rinca i Flores), dorosły waran osiąga długość ok. 3 metrów (największy opisany osobnik miał 3,5 metra) oraz wagę do 150 kilogramów. Jest wybitnie mięsożerny (ten w ogrodzie zjada 10 kurczaków na tydzień!), potrafi polować na zwierzęta wiele większe od siebie (bydło, bawoły, kozy itp.) a jego machnięcie ogonem ma siłę 2 ton. No, ogólnie mówiąc, żarty się skończyły i mimo, że waran z komodo leżał jak aniołek i nie wykazywał żadnej aktywności poza wyciąganiem długiego na kilkadziesiąt centymetrów jęzora i łypania podejrzliwie swoimi ślepiami, wierzymy na słowo, że potrafi biegać, pływać a nawet wdrapywać się na drzewa by stamtąd wypatrywać ofiary.
Sąsiadem warana był krokodyl morski (słonowodny). Kolejny gigant o równie przerażającym wyglądzie – miał zęby długości palców od ręki dorosłego człowieka. I pomyśleć, że takiego można by spotkać na plaży! I to bynajmniej nie wegetarianin. Włos się na głowie jeży.

Krokodylek

Kolejne części ogrodu były już przyjemniejsze do oglądania – najróżniejsze rodzaje gekonów, kolorowych, małych jaszczurek i niejadowitych węży – generalnie, człowiek się mógł poczuć trochę bardziej bezpiecznie.
Tym optymistycznym akcentem zakończyła się nasza wspaniała i bardzo pouczająca wycieczka do ogrodów ptaków i gadów i płazów. Oczywiście w drodze powrotnej zgodnie z aktualną porą roku złapała nas burza, ale… do tego to był już czas przywyknąć 🙂 Wyciągnęliśmy więc ze schowka motorka płaszcze i tak odziani dotarliśmy do hotelu.
Więc jednak również w Ubud można wspaniale spędzać czas. Cała okolica jest przepiękna a parki ze zwierzętami tylko to piękno dodatkowo koronują. Można mieć słuszne uwagi co do pretensjonalności turystów kierujących się w to miejsce, ale i tak nie przekreśla to niesamowitości Bali jako wyspy z całą jej niesamowitą kulturą, pięknymi świątyniami i dziką, soczystą przyrodą.
Aby dopełnić tego obrazu Indonezji udajemy się teraz na kolejną wyspę Indonezji: Lombok. Stamtąd następnie udamy się na wysepkę Gili Trawangan. W drogę!

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski. Wiemy, wiemy. Może to wydawać się męczące, że tak o tym wspominamy, ale bez takich inicjatyw trudno o skuteczną pomoc wielu potrzebującym. Tak więc z góry dziękujemy!

Ubud dwadzieścia lat później, czyli „po co Ci wszyscy ludzie tu przyjeżdżają?”

piątek, luty 26th, 2010

Ręka do góry kto czytał „Jedz, módl się i kochaj” Elizabeth Gilbert! Wszyscy Ci, którzy czytali (a tym, którzy nie czytali, polecamy lekturę serdecznie) z pewnością zrozumieją, że opisy Bali przedstawione w tej książce, a w szczególności klimat miasteczka Ubud, spowodowały, że jednym z naszych największych marzeń był przyjazd tutaj. Podejrzewamy, że wszyscy z taką samą zachłannością napawali się rajskim, leniwym klimatem tego zakątka świata emanującym z książki, wyobrażali sobie ulicznych artystów którzy dodawali miastu wyjątkowego uroku i widzieli na każdym kroku uśmiechniętych mieszkańców Bali z ich nieśmiertelnym „where are you going?” (przypis dla tych, którzy nie czytali książki: „where are you going?” miało być podstawowym pytaniem na Bali, a w szczególności w Ubud, na takie pytanie zawsze trzeba było mieć gotową odpowiedź, gdyż świadczyła ona nie tylko o tym, dokąd aktualnie zmierzamy, ale generalnie – o naszej filozofii życia, tym, co jest dla nas ważne, do czego dążymy).
Lovina jako mimo wszystko niewypał turystyczny, powoli chylący się ku upadkowi, przetrzymała nas przez kilka dni głównie dzięki wyjątkowo atrakcyjnym cenom, ale nie mogliśmy doczekać się dnia, kiedy wsiądziemy do autobusu, który przez pół wyspy przewiezie nas w stronę Ubud – tego wymarzonego, wyczekanego, tyle razy już wyobrażanego sobie jako miejsce, do którego przyjeżdża się na chwilę a zostaje na całe życie. Aby dostać się do Ubud musieliśmy najpierw dojechać do Denpasar (zwanego „stolicą Bali”). Podróż odbyliśmy oczywiście lokalnym autobusem (bemo) i oczywiście musieliśmy się wykłócać z bileterem, że cena której od nas żąda za bilet jest dwukrotnie wyższa niż ta obowiązująca na tej trasie (na szczęście wcześniej się dokładnie dowiedzieliśmy ile ta przyjemność ma kosztować). Żeby nie było wątpliwości bemo to wiekowy lokalny mały autobusik, nie rozwijający większej prędkości niż 50 km/h, wszędzie gdzie się tylko da przerdzewiały i niemiłosiernie brudny i wydający przerażające odgłosy przy każdej zmianie biegów i hamowaniu.

Autobusik

Pokonanie niecałych 100 kilometrów zajęło nam prawie 5 godzin. Ale zdecydowanie było warto! Widoki, jakie mieliśmy możliwość podziwiać przez, jak zwykle, otarte na oścież drzwi autobusu budziły zachwyt. Niesamowita głębia zieleni pól ryżowych iskrzących wodą, a za moment egzotyczna roślinność dżungli okołorównikowej zapierały dech w piersiach. Uroku tym krajobrazom dodawały maleńkie, zagubione pośród tych ogromnych, pięknych przestrzeni wioski, w których ludzie żyli, jakby czas się zatrzymał setki lat temu – w małych chatach krytych trzciną albo liśćmi palmowymi, zajęci prostymi obowiązkami w gospodarstwie, spędzający czas na rozmowach z sąsiadami a godziny południowe, kiedy słońce jest nie do zniesienia, na drzemkach w cieniu własnego domu. Sielsko – anielsko! Zero stresów, zero pośpiechu, trosk. Chyba prawdą jest, że im mniej ludzie mają, tym mniej mają zmartwień. Takie wrażenie sprawili na nas Ci balijscy wieśniacy, którym szczery uśmiech nie znikał z twarzy i radośnie machali kiedy kierowca autobusu na nich trąbił. Jechaliśmy więc do Ubud a nasz apetyt na znalezienie w tym miasteczku właśnie takiego klimatu rósł z każdym kilometrem.

Okolice Ubud

Klimat Bali robił się coraz bardziej zbliżony do tego, czego chcieliśmy tu doświadczyć. Po małych perturbacjach z przesiadką w Denpasar, udało nam się wreszcie wyruszyć w ostatni odcinek drogi. Z Denpasar do Ubud jest niecałe 20 kilometrów. Jak się okazało, nie ma nawet widocznej granicy między tymi dwoma miastami, droga, którą jechaliśmy cała była gęsto usiana pracowniami rzeźbiarskimi, niemal w każdym domu i na każdym podwórku stała imponująca wystawa rękodzieła balijskiego – ozdoby do domu i ogrodu, robione na zamówienie. Początkowo nie bardzo rozumieliśmy, o co z tym chodzi. Dlaczego jest tego tyle? W końcu nawet jeśli zaopatrują się właśnie w tej okolicy wszyscy mieszkańcy Bali, to i tak zdecydowanie jest tego dobrodziejstwa za dużo, bo to mała wyspa! Dopiero tabliczki informujące o możliwości współpracy w dziedzinie eksportu balijskich produktów do niemal wszystkich krajów oraz głoszące, ze możesz kupić co tylko zechcesz a producent zajmuje się zorganizowaniem wysyłki twoich zakupów do domu, choćby na drugi koniec świata, zaczęliśmy rozumieć – tu jest zlokalizowana produkcja rękodzieła balijskiego dla całego świata! Oczywiście trzeba przyznać, że jest to sztuka naprawdę wspaniała, robiąca ogromne wrażenie szczegółowością zdobień i kolorów, ale w takiej ilości zaczyna być męcząca i trudno już wyłapać rzeczy naprawdę ładne i oryginalne od tych produkowanych masowo (choć nadal ręcznie).

Rzezby Ubud

Po wstępnym rekonesansie Ubud wiedzieliśmy, że nie znajdziemy tu tego, na co liczyliśmy – ciszy i spokoju, a miasto przeszło ogromną metamorfozę od czasu pisania przez panią Gilbert książki. Wyzwanie numer jedne stanowiło znalezienie hotelu który nie byłby czterokrotnie droższy od tego, który mieliśmy w Lovinie (a właściciel zapewnia radośnie, że to cena „cheap, cheap for you”). Po długich poszukiwaniach udało się! Wczesnowieczorny spacer odbyliśmy przeciskając się wśród tłumów turystów snujących się między drogimi restauracjami, w których królowały wszystkie możliwe kuchnie europejskie, dla porządku tylko wzbogacone kilkoma daniami kuchni balijskiej (dygresja: swoją drogą to bardzo ciekawe zjawisko, że ludzie jadą na drugi koniec świata na wakacje, w bardzo egzotyczne miejsca, mające wspaniałą, kulturę i wielowiekowe tradycje – również kulinarne – a oczekują, ze wszystko będzie wyglądało i smakowało tak jak „w domu” – to przecież całkiem bez sensu).
Ale wracając do tematu – obserwowaliśmy cały ten tłum ze sporym rozbawieniem – wszyscy znudzonym wzrokiem wodzili po menu wystawianych przed restauracjami by wreszcie dokonać wyboru dania na kolację. W swoich eleganckich, wieczornych strojach i ze zblazowanymi minami, sprawiali wrażenie raczej odbywających karę niż dobrze się bawiących. Wszystko w nich było pretensjonalne i na pokaz. Od niechcenia zatrzymywali się przed „galeriami sztuki” (a tak naprawdę zwykłymi sklepami z rzeźbami, obrazami i pamiątkami), krytycznym okiem przyglądali się dziełom, niekiedy głośno, tak by inni przechodnie słyszeli również, dzielili się swoją opinią z otoczeniem.

Sklepy w Ubud

Wszystko razem tworzyło atmosferę groteskowej komedii w której przez przypadek się znaleźliśmy. Próbowaliśmy sobie wielokrotnie wytłumaczyć ten fenomen, szukając odpowiedzi na pytanie „po co Ci wszyscy ludzie tu przyjeżdżają?” Bo tak jest trendy? Bo Ubud to miasto artystów, a każdy z nich myśli o sobie, że jest artystą (albo co najmniej zna się na sztuce! Btw. akurat sztuka balijska jest tak urokliwa, że nie trzeba się na niczym znać, żeby się podobała!)? Bo każdy szanujący się obywatel świata bywa na Bali co najmniej raz w roku i większość czasu spędza tam nudząc się niemiłosiernie pośród wszędzie tych samych rzeźb i pamiątek? Nie udało nam się znaleźć na to pytanie odpowiedzi., tym bardziej, że Ubud leży w środku lądu, bez dostępu do morza, plaży i takich przyziemnych atrakcji turystycznych. Jednak kolejnym punktem przemawiającym za czystym snobizmem gości przybywających do tego miasta była ulotka biura podróży która wpadła nam w ręce. Zachęcała ona do przyłączenia się do organizowanych 3 razy w tygodniu spacerów do parku w którym można spotkać egzotyczne ptaki. Treść owej ulotki zaczynała się od słów: „Jeśli znudziło ci się już leżenie nad hotelowym basenem, wybierz się z nami na spacer itd.”. Dodać trzeba, że biuro zapraszało na spacer do parku w samym Ubud, podczas gdy tak naprawdę fantastyczny park z ptakami egzotycznymi znajduje się kilkanaście kilometrów za Ubud – ale przecież proponować taką drogę bohemie artystycznej świata byłoby nietaktem 😉
Trafiliśmy kiedyś na badania, które mówiły, że na Bali żyją najszczęśliwsi ludzie na świecie. Być może właśnie Ci wszyscy turyści przyjeżdżają do Ubud, by odnaleźć szczęście, wewnętrzny spokój i zgodę z samymi sobą, jednak tylko bezmyślne naśladowanie Balijczyków, ich sposobu ubierania się, gestów, sztuczne uśmiechy itp. wyglądają tylko jak żałosna kalka (co więcej, w Ubud bardzo popularne są lekcje języka Bahasa – Indonesia ze szczególnym naciskiem na dialekt balijski!).
Przez dwa dni próbowaliśmy zarazić się tą atmosferą, znaleźć w niej jakiś urok, przyjemność, jednak nasz cynizm i krytycyzm, jakie doszły do głosu już pierwszego dnia, nie opuszczały nas ani na chwilę. Nie potrafiliśmy przejść 100 metrów ulicą żeby nie komentować (złośliwie, a jakże!) tego, co naokoło widzimy. Trochę było to oczywiście zagłuszanie rozczarowania tym, że Ubud nie jest takie, jakie sobie wymarzyliśmy (niech żyje komercja i globalizacja :-)), ale zachowaliśmy zdrowy dystans, nie traciliśmy humorów bo w końcu rozumiemy, że żyjemy w XXI wieku, wszystko się na potęgę zmienia i cywilizuje i trochę było z naszej strony naiwnością myśleć, że akurat Ubud oparło się upływowi czasu i jest takie, jak z ksiązki (a swoją drogą kto wie ile w tym wszystkim było fikcji literackiej :-))
Oczywiście podkreślamy, że zamieszczony powyżej tekst wyraża osobiste opinie autorów bloga (wierzymy w wolność słowa) i jesteśmy tolerancyjni i szanujemy wszystkich, którym ten klimat odpowiada i czują się w nim dobrze. My po dwóch dniach odpuściliśmy, zdecydowaliśmy się poszukać sobie rozrywek poza Ubud. O tym, co znaleźliśmy przeczytacie w następnym wpisie.

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski. Niestety Polska mimo, że nie jest Azją też ma z tym poważne problemy…

Kilka porad praktycznych:
Transport: Odcinek z Loginy do Denpasar pokonując komunikacją publiczną (autobusem) kosztuje 25 tys. ruppiah od osoby. Potem w Denpasar należy przemieścić się na dworzec autobusowy Batubulan (taksówka na tym odcinku kosztuje 10 tys. ruppiah) z którego należy udać się do Ubud minivanem, które oczekują na pasażerów. Koszt tego odcinka to 20 tys. od osoby. Ta trasa wymaga jak widać dwóch przesiadek i zabiera niemal cały dzień. Dlatego warto zastanowić się nad opcją autobusów „shuttle bus” oferowaną przez biura turystyczne. Koszt takiego autobusu wiozącego bezpośrednio do miejsca docelowego wynosi w najtańszych ofertach 75 tys. ruppiah od osoby.
Noclegi: Niestety obecnie w Ubud dominują hostele i guesthousy oferujące drogie opcje bungalowów z basenami itd. więc ceny takich miejsc nie spadają poniżej 150 tys. ruppiah od osoby. Warto jednak poszukać miejsca, które nie ma basenu i których właścicielom całkiem nie przywróciło się w głowie (są jeszcze takie miejsca!). Koszt w takich miejscach może wynieść nawet 60 tys. ruppiah.

Północna część Bali

wtorek, luty 23rd, 2010

Z portu Ketapang na Javie udaliśmy się promem na kolejną wyspę Indonezji – Bali. Byliśmy strasznie ciekawi tej wyspy bo o Bali słyszał niemal każdy. Pisano o niej książki, turyści mówią o tej wyspie jako o rajskim miejscu itd. Bardzo chcieliśmy przekonać się na ile faktycznie ta wyspa wyróżnia się pośród innych. Naszą podróż po Bali rozpoczęliśmy od mniej uczęszczanej – północnej części.

Ketapang

Postanowiliśmy zatrzymać się na parę dni w Lovinie i stąd zbadać północ wyspy. Lovina mimo, że nie jest największym miastem w tej części Bali (niedaleko Loviny znajduje się Singaraja, która jest drugim co do wielkości miastem na Bali) stanowi ciekawe miejsce do zatrzymania i znane jest z czarnych plaż, które w agencjach turystycznych reklamowane są jako najpiękniejsze czarne plaże Bali. Również z tego miejsca organizowane są rejsy statkiem w miejsca gdzie żyją delfiny. Wpłynęło to na wizerunek miasteczka do tego stopnia, że w wielu miejscach delfiny umieszczane są w logo restauracji czy punktów usługowych a przed plażą zbudowany został wielki pomnik z delfinami.

Dolphin Monument

Sama Lovina jednak okazała się być – mimo przygotowanej pod turystów infrastruktury w postaci restauracji, hoteli, resortów itd. – mało ciekawym miejscem, a plaże mocno przereklamowane. Dość powiedzieć, że czarna plaża sama w sobie jest już mało ciekawa bo bardziej brudzi niż zapewnia relaks, ale również woda w tym miejscu okazała się mocno zanieczyszczona i mętna. I nie chodzi tu nawet o nieczystości organiczne, ale zwyczajne śmieci, które można zobaczyć w wodzie! Fakt, że w tej chwili jest okres pozasezonowy pozwala nieco odetchnąć od wszędobylskich turystów, ale i tak widać, że to miasteczko raczej przeliczyło się z popularnością wśród turystów bo mnóstwo miejsc oznaczonych jest kartką „For Sale” a wiele punktów jest po prostu zamkniętych „na głucho”. Również liczba ogłoszeń o sprzedaży budynków, mieszkań, a nawet całych hoteli wskazuje na to, że interes tutaj „nie kręci się” jak zakładano.
Mimo całej tej otoczki okres w którym tutaj przybyliśmy pozwolił nam odpocząć, zrobić porządne pranie kolejnych partii odzieży, no i przede wszystkim poznać okolice. Zatrzymaliśmy się w hotelu o wdzięcznej nazwie „Hotel Dupa” 🙂 I to było chyba najfajniejsze posunięcie jakie mogliśmy wykonać.

Hotel Dupa

Nazwa nie przestraszyła nas ani trochę, a warunki, które udało nam się wynegocjować były najciekawsze od bardzo długiego czasu naszej podróży (dokładniej od czasu pobytu na wybrzeżu Kambodży). W dodatku w cenie jaką uzgodniliśmy otrzymaliśmy również śniadanie w postaci naleśnika z miodem i kawy lub herbaty. Hotel praktycznie nie miał żadnych gości więc wybraliśmy pokój na piętrze w oknem wprost na pola ryżowe i góry, które na Bali ciągną się wzdłuż północnego wybrzeża. W połączeniu z piękną przyrodą jaką można obserwować na wyspach Indonezji daje to już jakość samą w sobie.

Pole ryżowe z okna Dupa Hotel

W czasie pobytu w Lovinie obserwowaliśmy życie tutejszych mieszkańców, którzy żyją na skraju dżungli, pomiędzy polami ryżowymi lub wprost na wybrzeżu. Tak jak w pozostałych częściach Indonezji na ogół są to bambusowe małe domki (czasem podmurowane), nierzadko pokryte strzechą, a ich mieszkańcy na ogół żyją z połowów morskich, czasem uprawy ryżu i hodowli zwierząt. Zawsze jednak są uśmiechnięci i widać, że takie życie daje im satysfakcję i zadowolenie.

Balijskie chatki

Niestety obraz ten jest na Bali coraz częściej skażony wyrastającymi tuż obok resortami dla europejskich emerytów szukających egzotycznych wycieczek do miejsc z leżakami i basenami, którzy potem całymi dniami leżą w resortach lub spacerują po sklepach by kupować tandetne pamiątki produkowane „pod zachodniego turystę”. Czasem też obraz natury i klimat egzotycznej wsi zakłócany jest wielkimi willami z basenami, które budowane są przez zachodnich „nowych właścicieli”, którzy wykupują tuta ziemię i osiadają by prowadzić tutaj interesy lub by udawać, że znaleźli ciekawsze miejsce do życia. Żałosny to obraz i wskazujący jak bardzo bezmyślna turystyka potrafi zmieniać obraz świata. Całe szczęście władze niektórych krajów wprowadzają restrykcje dla tego typu inwestycji dla zagranicznych „cwaniaków”. Póki co Indonezja temu nie przeciwdziała korzystając ze strumienia pieniędzy, które tutaj płyną, ale tracąc przy tym niestety swoją tożsamość i to co najcenniejsze: wspaniałą, niczym nie zakłóconą przyrodę i lokalną kulturę mieszkańców.

Ciężarówka

Całe szczęście przyroda jest twarda i dzielnie stawia opór takim zmianom. Już pierwszego dnia widzieliśmy praktycznie w środku miasteczka, biegnącą pośród pól ryżowych 1,5-metrową wielką jaszczurkę! Obraz był co najmniej zaskakujący a zobaczenie takiej jaszczurki biegnącej w kierunku obserwatora mogłoby u niejednej osoby wywołać zawał serca 🙂 Przyroda tutaj jest niewątpliwie piękna. Na Bali wśród różnych specyficznych dla tej wyspy gatunków żyje na przykład waran balijski – ogromna jaszczurka, która atakuje mniejsze zwierzęta (cztery wyspy dalej, na Komodo, żyje największa jaszczurka świata, zwana smokiem z Komodo lub waranem z Komodo, ale o tym w innym wpisie naszego blogu). Tak więc najmocniejszą stroną tej części wyspy okazały się nie plaże, czy Morze Balijskie (tutejsza część Pacyfiku), ale zwykła przyroda i piękne pola ryżowe, które u podnóży gór układają się w piękne tarasy.

Tarasy ryżowe

Nasze badanie północnej części wyspy zakończyliśmy mniej więcej w połowie jej wysokości po drodze podziwiając przepiękną balijską architekturę świątyń, gęsto porośnięte roślinnością wzgórza, lasy pełne małp zwanych balijskimi makakami oraz jeziorami znajdującymi się po południowej stronie pasma górskiego. Mniej więcej w okolicy tych jezior przy miejscowości Candikuning odwiedziliśmy również założony w 1959 ogród botaniczny, który na terenie ponad 150 hektarów oferuje kolekcje przepięknych drzew i kwiatów specyficznych dla tego regionu świata. Cały ogród jest bardzo zadbany i stanowi wyśmienite miejsce do zapoznania się z wieloma gatunkami roślin i drzew, tym bardziej, że oferuje również możliwość zapoznania się z różnymi gatunkami ziół stosowanymi w medycynie, a poszczególne gatunki są opisane tabliczkami z nazwami w łacinie i języku angielskim.

Ogród botaniczny

Nasze poznawanie Bali przypadło na porę deszczową więc czasem musieliśmy zmierzyć się z ulewnym deszczem, który znienacka zaskoczył nas gdzieś w drodze. Na ogół jednak deszcz przychodzi po południu lub późnym wieczorem przeplatając się na zmianę z ostrym słońcem. W ciągu dnia mimo ożywczych deszczów temperatury są jednak na tyle wysokie, że trudno jest wytrzymać bez ciągłego picia napojów. Zapewne jednak dzięki takiemu klimatowi wyspy Indonezji mają taką niepowtarzalną i piękną przyrodę.
Z północny Bali udajemy się teraz do stolicy tej wyspy – Denspasar a stamtąd do Ubud – miasta określanego jako centrum artystycznego Bali.

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski, które czekają na Wasze wsparcie.

Kilka porad praktycznych:
Transport: Z Javy na Bali najtaniej jest udać się publicznym promem, który odpływa z portu Ketapang do Gilimanuk – najbardziej wysuniętej na zachód części Bali. Bilet na prom kosztuje 5750 ruppiah. Z Gilimanuk do Sinagaraji (lub Loviny) oraz w kierunku Denpasar autobusy odjeżdżają praktycznie co godzinę. Dworzec autobusowy znajduje się kilkaset metrów od portu gdzie przypływają promy (na prawo od wyjścia), a bilety na przejazd należy kupić bezpośrednio w autobusie. Szerokim łukiem należy omijać wszystkich oferujących „super” ceny na transport, ponieważ próbują oni sprzedać bilety po dużo wyższej cenie żerując na nieświadomych tematu turystach.
Do eksplorowania wyspy najlepiej wykorzystywać motocykl. Wypożyczenie motocykla na cały dzień kosztuje nie więcej niż 30 tys. ruppiah (należy się targować!) a paliwo 4500 ruppiah za litr (na 100 km wystarcza mniej więcej 2 litry paliwa). Wybierając się w drogę koniecznie należy zabrać ze sobą foliowy płaszcz przeciwdeszczowy, bo deszcz może spaść w każdej chwili, a jazda motocyklem w czasie deszczu kończy się totalnym przemoczeniem.
Zakwaterowanie: W Lovinie hotele oferują miejsca w cenie od 100 tys. ruppiah za noc i jest to przede wszystkim efekt powstających wokoło drogich resortów z basenami. Są jednak miejsca gdzie można wynegocjować cenę na poziomie 50 tys. ruppiah, dlatego warto pochodzić i potargować się z obsługą. Tym bardziej, że turystów jest tutaj coraz mniej, a poza sezonem wiele miejsc świeci pustkami.

Bloger 2009 roku – finisz!

poniedziałek, luty 22nd, 2010

Kochani zostało już tylko dwa dni na głosowanie na blog w ramach konkursu „Bloger 2009 roku”. Nie wiemy czy mamy jakiekolwiek szanse, gdyż blogów w kategorii „Życie” jest prawie 180, ale dlaczego nie próbować? Im więcej głosujących tym szanse większe! 🙂 Mamy więc do Was uprzejmą prośbę o klikanie w baner “Bloger 2009 roku” (pan z megafonem na zielonym tle), który znajduje się w menu naszego blogu u góry po prawej stronie i po otworzeniu strony do oddawania głosu wystarczy wpisać swój adres e-mail i kliknąć obok przycisk “Wyślij”. Potem na ten adres e-mail przychodzi wiadomość, w której należy kliknąć na link potwierdzający oddanie głosu (to taka forma weryfikacji, żeby nie oddawać głosów z fałszywych, nieistniejących kont e-mail). Uwaga #1: nie trzeba podawać żadnego kodu o którym mowa powyżej pola przeznaczonego na adres e-mail, ponieważ ten kod dotyczy tylko osoby biorącej udział w konkursie, a nie osoby oddającej głos. Uwaga #2: jeżeli masz kilka adresów e-mail zagłosuj z każdego swojego adresu e-mail. W ten sposób zwiększacie nasze i swoje szanse 🙂
Jeszcze raz dziękujemy za wsparcie i wszystkie miłe słowa, które otrzymujemy od Was pocztą. Będziemy dla Was pisać bez względu na efekty jakichkolwiek konkursów, bo wiemy, że ma to sens i warto dzielić się z Wami swoimi przeżyciami. Przecieramy w ten sposób drogę innym!

Indonezja – Wyspa Java

sobota, luty 20th, 2010

Ijen – wulkan pełen siarki

piątek, luty 19th, 2010

Już po godzinie jazdy byliśmy z powrotem w Probolinggo, skąd rozpoczynaliśmy wyprawę w kierunku drugiego bardzo ważnego wulkanu Javy – Ijen, który jest znany przede wszystkim z tego, że w jego kraterze znajduje się kopalnia siarki oraz szmaragdowe jeziorko. Ta podróż również była pełna przygód i niespodziewanych przesiadek, jednak ani na chwilę nie opuszczały nas dobre humory, więc żartom i śmiechom nie było końca. Okazało się, że Mariusz i Rysiek też są zwolennikami podróżowania w wersji low-costowej więc łapaliśmy kolejne lokalne autobusy, targowaliśmy ceny zaproponowane przez naganiaczy i powoli zmierzaliśmy w pożądanym kierunku. Jeżdżenie autobusami lokalnymi samo w sobie jest przygodą. Autobusy nie mają w zasadzie wyznaczonych przystanków za wyjątkiem dworców autobusowych w dużych miastach, więc zatrzymują się co chwila wysadzając i dobierając kolejnych pasażerów. Trzeba przyznać że jeśli chodzi o pojemność takiego autobusu to nie ma ona ograniczeń. Siadają po 4 osoby na 2 siedzeniach, każdy ma kilka koszy, worków i pudeł bagażu podręcznego a do tego zazwyczaj przypada średnio dwoje dzieci na każdego dorosłego (dzieci oczywiście nie zajmują oddzielnych siedzeń). Do tak napakowanego autobusu na każdym przystanku wsiadają tłumy handlarzy i przeciskając się między pasażerami usiłują sprzedać najróżniejsze towary. „Wisienką na torcie” w takich sytuacjach jest występ wędrownego zespołu muzycznego (gitara + wokal oraz „skarbnik” z jakąś puszką na ofiary) który również dosiada się do autobusu na którymś przystanku i przez jakiś czas umila pasażerom podróż usiłując występem na żywo przekrzyczeć rozkręcone na cały regulator radio. Aż trudno uwierzyć, że cały ten kram mieści się w niedużym autobusie!

W autobusie

Po kilku godzinach i pokonaniu ponad połowy drogi dwoma kolejnymi autobusami dotarliśmy do punktu z którego nie było już dalej publicznego transportu w stronę Ijen, a cały czas mieliśmy przed sobą 60 kilometrów. Musieliśmy znaleźć jakiś sposób na przedostanie się dalej. Rozpoczęliśmy więc negocjacje z właścicielem minibusa, którego spotkaliśmy przed sklepem, pytając go, czy nas zawiezie do samego parku narodowego. Oczywiście w pierwszej chwili padła zaporowa cena, którą małymi kroczkami i różnymi podstępami udało nam się stargować na tyle, że była dla nas do zaakceptowania. Jednak trzeba przyznać całkowitą rację powiedzeniu, że „w kupie siła” i w czwórkę jest znacznie łatwiej osiągnąć sukces w targowaniu się 🙂 Po ustaleniu warunków transportu zaczęliśmy się pakować do busa. A tam… w zasadzie już nie było miejsca! Samochód był wyładowany wielkimi workami z ryżem i innymi dobrami, warzywami, skrzynkami z jajkami a na siedzeniach walały się jakieś kalosze. Wcisnęliśmy się więc na ostatnie siedzenia i trzymając kolana pod brodą (bo na podłodze nie było miejsca na nogi) rozpoczęliśmy ostatni odcinek naszej podróży do Ijen. Po kilku minutach od wyruszenia rozpoczęła się wielka burza. Nie byliśmy już ani trochę zaskoczeni. Od kilku dni pada codziennie (pada to w zasadzie mało powiedziane – codziennie są gigantyczne burze), więc zdążyliśmy przywyknąć. Busik którym jechaliśmy, niemal tuż po opuszczeniu wsi wjechał w gęstą, tropikalną dżunglę i zwalniając prędkość rozpoczął „wspinanie” się z takim obciążeniem pod górkę. Wybujała, okołorównikowa roślinność, jakiej na Javie jeszcze nie widzieliśmy, ogromne paprocie, dziesiątki rodzajów palm a gdzieś pomiędzy nimi zaplątana wąska droga, która z każdą chwilą padającego deszczu zamieniała się w coraz szybciej płynący, rwący, błotnisty potok. Do tego droga stawała się coraz bardziej stroma, więc jechaliśmy coraz wolniej. Wreszcie dotarliśmy do ostatniej przed wulkanem osady, gdzie nasz kierowca wiózł swój ładunek. Tam przesiedliśmy się z busa do samochodu terenowego i już sprawnie pokonaliśmy ostatnie 13 kilometrów pod górkę. Deszcz przestał na moment padać, więc mogliśmy wysiąść na chwilę, by zobaczyć mały wodospad pośród dżungli.

Wodospad w Paltuding

Po dotarciu na górę, do podnóży wulkanu Ijen okazało się, że jest tam tylko jedno miejsce, gdzie można nocować – należące do Parku Narodowego baraki, w których są wygospodarowane dwa pokoje dla turystów. Cena, jaką usłyszeliśmy za jeden pokój (a potrzebowaliśmy przecież obu, bo byliśmy w czwórkę) niemal „zwaliła nas z nóg” – 10 USD za noc. Kolejny szok przeżyliśmy, gdy zobaczyliśmy pokoje – jesteśmy pewni, że w Polsce cele więzienne wyglądają lepiej. Brudno, odrapane, pokryte grzybem ściany, śmierdzące koce na łóżkach, bez elektryczności, „łazienka” na środku placyku, oczywiście tylko z zimną wodą… czyli „full wypas” ;-).

Luksus

Zdecydowaliśmy, że bierzemy jeden pokój na całą naszą czwórkę. W poprzek na łóżku jakoś się zmieścimy i damy radę przekimać kilka godzin, bo przecież pobudka znowu o 3:30, żeby o świcie być już na szczycie wulkanu. Recepcjonista początkowo stawiał opór ale ostatecznie uległ.
Po wrzuceniu bagaży do tej nory (w cenie luksusowego pokoju w niemal każdym innym miejscu Indonezji!) rozejrzeliśmy się po okolicy. Było dosyć zimno ale na szczęście już nie padało.
Odwiedziliśmy skup siarki i przyjrzeliśmy się procesowi jej oczyszczania. W pierwszej chwili aż trudno nam było uwierzyć, że w dzisiejszych czasach, przy tak rozwiniętej technologii, tu – na Ijen, wszystko jest od początku do końca robione ręcznie, bez wykorzystania żadnych maszyn. A wygląda to tak:
Siarka jest przez górników znoszona z kopalni, która znajduje się w kraterze wulkanu, w wiklinowych koszach połączonych bambusowym pałąkiem..

Kosze z siarką

Każdy górnik niesie jednorazowo od 80 do nawet 110 kg. surowca (przyglądając się pracy w skupie nie wiedzieliśmy jeszcze jaką drogę muszą górnicy przebyć i co to faktycznie oznacza), siarka poddawana procesowi oczyszczania jest więc najpierw topiona na zwykłym piecu opalanym drewnem, po roztopieniu jest kilkakrotnie filtrowana przez proste w konstrukcji filtry zrobione z wiaderek po farbie, kawałków materiału i metalowych siatek, a następnie cienkimi strużkami wpuszczana do zimnej wody, gdzie krystalizuje się na małe, siarkowe kuleczki przypominające kolorem i rozmiarem ziarna kukurydzy.

Składowanie siarki

Piece

Krystalizacja siarki

Dopiero na drugi dzień było nam dane poznać jaką drogę pokonują górnicy od kopalni do skupu. Już o 4:00 rano rozpoczęliśmy trzykilometrową wędrówkę do krateru. Była jeszcze czarna noc i było bardzo zimno a już mijaliśmy po drodze górników znoszących z góry niemal stukilogramowe ładunki siarki. Niektórzy z nich mieli latarki a inni tylko własnej roboty pochodnie (z plastykowej butelki, szmaty i kija), którymi oświetlali sobie drogę.

Pracownicy o świcie

Początkowo szeroka w miarę łagodnie unosząca się droga, bardzo szybko stała się stroma i pokonywanie każdego kolejnego metra pod górę stawało się coraz trudniejsze. Wędrówka na sam szczyt korony wulkanu zajęła nam prawie 1,5 godziny i była wyczerpująca. Im byliśmy wyżej tym gęstsze i bardziej drażniące stawały się opary siarki unoszące się w powietrzu. Ze szczytu kolejne pół godziny zabrało nam zejście na dno krateru, w którym mieściła się kopalnia siarki i jeziorko. Zejście było bardzo strome, po piaskowej, osypującej się ścieżce, w duszącym zapachu siarki. Jednak przestaliśmy narzekać na trudy widząc pracę górników. Wątłej postury, ale o twardych jak stal mięśniach mężczyźni od kilkunastoletnich do starców, nosili na ramionach wiadra z siarką. Mimo dojmującego chłodu niektórzy nawet nie mieli na sobie koszul, a na nogach mieli kalosze (często dziurawe) albo po prostu klapki – japonki. Po zejściu na dno krateru zobaczyliśmy przerażający widok ciężkiej, katorżniczej pracy przy wydobyciu siarki. Tu, w kopalni, również nie stosowano żadnych rozwiązań technologicznych a jedynie pracę ludzkich rąk.

W kraterze Ijen

Była 6:00 rano a już praca trwała w najlepsze. Górnicy w zwykłych, starych ubraniach, bez żadnych masek ochronnych uwijali się w kłębach gęstego, żółtego dymu, rozbijali duże bryły siarki na mniejsze kawałki, wrzucali do swoich koszy i rozpoczynali wędrówkę na dół, do skupu. Mieli do pokonania kawał drogi – najpierw wejście niemal pionowo kilkaset metrów pod górę na koronę wulkanu, a następnie trzy kilometry schodzenia ze stromej góry. Mimo nieludzkiego wysiłku, ciężaru i zmęczenia zachowywali pogodę ducha i uśmiech – wesoło między sobą rozmawiali i radośnie witali się z nami. Tylko w okolicach kopalni było ich kilkudziesięciu. Kolejne dziesiątki już były w drodze na dół albo właśnie wspinały się na górę.

Wynoszenie koszy z krateru

Ze względu na wczesną porę szmaragdowe jeziorko niemal całe spowite było mgłą i nawet stojąc na jego brzegu ledwo co widzieliśmy jego taflę. Po kilkunastu minutach stężenie siarki w powietrzu zaczęło być dla nas nie do zniesienia i zaczęliśmy wracać. Prawie 40 minut wchodzenia na koronę wulkanu było dla nas sporym wysiłkiem. Stroma ściana, osypujący się przy każdym kroku piasek i przyprawiający o mdłości, żrący w gardle i płucach zapach siarki wystawiły kiepską ocenę naszej kondycji. Z niedowierzaniem i bezgranicznym podziwem patrzyliśmy na górników pokonujących tę trasę w klapkach i ze stukilogramowym obciążeniem, którzy szybko i sprawnie mijali nas na wąskiej ścieżce. Kilkaset metrów od szczytu wulkanu wszyscy górnicy zatrzymują się w punkcie ważenia ładunku.

Ważenie koszy

Na własne oczy widzieliśmy, że waga wskazała 90 kilogramów. Warto wspomnieć, że górnicy ważą zazwyczaj od 46 do 60 kilogramów a ich dieta składa się głównie z ryżu i warzyw. W tym kontekście wszyscy polscy „strongmeni” wydają się być rozkapryszonymi dziećmi, które robią niewiadomo jakie zamieszanie z tego, że podnoszą na kilka sekund ciężary, a nad ich kondycją i stanem zdrowia czuwa sztab lekarzy i dietetyków dbających o to, by niczego im nie brakowało i by było to bezpieczne dla organizmu. Chętnie byśmy zobaczyli te ich wytrenowane na siłowniach i wspierane najróżniejszą chemią i wysokobiałkową dietą mięśnie, gdyby mieli pokonać ponad 3 kilometry – najpierw pod górkę a później z góry w lichej jakości klapkach z ciężarem niemal dwukrotnie większym niż ich własna waga!
Z powrotem na dół dotarliśmy parę minut po godzinie 8:00 rano. Mieliśmy się spakować i jechać do Ketapang – portu z którego odpływają promy na wyspę Bali. Jednak Mariusz i Rysiek fotografując ciężką pracę na Ijen spotkali jeszcze jednego górnika – Toma, z którym zaczęli rozmowy o tutejszych warunkach. Tom szczegółowo (na tyle na ile mogliśmy się dogadać, bo prawie nie mówił po angielsku) opowiedział nam o pracy w kopalni. Dowiedzieliśmy się wiec, że każdy górnik znosi do skupu średnio 2,5 „transportu” siarki w ciągu dnia pracy (maksymalnie 250 kilogramów). Zaczynają pracę nawet o 2:00 w nocy i pracują do godziny 16:00. Na dole, przy skupie jest kilka „pokoi” w których są miejsca, gdzie mogą spać, wiec nie muszą codziennie przyjeżdżać z niżej położonych wiosek. Za każdy kilogram siarki maja płacone po 600 ruppiah, co oznacza, że przy udanym przetransportowaniu 250 kilogramów ich dzienny zarobek plasuje się na poziomie około 15 USD. To bardzo dużo pieniędzy jak na tutejsze warunki. Jednak praca w kopalni jest niezmiernie ciężka, aż trudno uwierzyć, że taki wysiłek jest w ogóle możliwy (my po jednym kursie na górę i z powrotem, tylko z malutkim plecakiem z półtoralitrową wodą byliśmy porządnie zmęczeni!). Zaskoczyło nas jednak, że siarka jest tak drogim surowcem.
Po dłuższej rozmowie i ustaleniu warunków finansowych Tom zaproponował, że on i jego trzech kolegów mogą nas zawieźć do Ketapang motorami. Mieliśmy więc okazję „oderwać” ich od ciężkiej pracy oferując podobne wynagrodzenie za zupełnie inne zadania. Mariusz w ramach super prezentu oddał Tomowi swoje zakupione przed wyjazdem obuwie trekkingowe czym sprawił mu niesamowitą radość. Tom zaprosił nas też do swojego domu na obiad. Taka oferta wydala nam się bardzo atrakcyjna, więc z ochotą na nią przystaliśmy 😉 Po kilku minutach obładowani plecakami wyruszyliśmy więc motocyklami na dół, w stronę wioski Toma. Droga wiodła przez wspaniałą, dziką dżunglę. Otaczająca nas roślinność i przedziwne odgłosy ptaków i zwierząt dodawały tej podróży magii a wschodnia część Javy nabrała w tym miejscu pięknego kolorytu i niepowtarzalnego uroku.

Droga przez dżunglę

Gdy wyjechaliśmy z dżungli naszym oczom ukazały się nieskończone plantacje kawy. Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby przyjrzeć się z bliska, jak rośnie kawa. Okolice Ijen to tereny największych na Jawie plantacji kawy. Uprawia się tu przede wszystkim arabikę i robustę.

Robusta

Po przejechaniu niemal 40 kilometrów byliśmy w rozległej, zagubionej pośród dżungli wiosce. Oczywiście my byliśmy dla mieszkańców wioski jeszcze większą atrakcją niż oni dla nas 🙂 Wszyscy się na nasz widok z bezgranicznym zainteresowaniem, radośnie uśmiechali, dzieci urządziły występy i śpiewały chyba wszystkie piosenki jakie im przyszły do głowy, a my byliśmy częstowani kawą z własnej uprawy.

Dzieci w wiosce

Po poznaniu niemal wszystkich mieszkańców wioski, zostaliśmy zaproszeni przez naszych gospodarzy na obiad. Nasza czwórka, pan domu i wszyscy jego koledzy, którzy nas wieźli, zasiedliśmy do stołu… a w zasadzie zasiedliśmy na stole… a tak naprawdę w roli stołu wystąpiła płachta rozłożona na podłodze, na środku zostały ustawione potrawy a dookoła, na obrzeżach płachty siedzieliśmy my.

Wspólny posiłek

Po obiedzie na deser każdy dostał do wypicia mleko kokosowe ze świeżo zerwanego z palmy owocu. Było pyszne i idealnie gasiło pragnienie.

Przygotowywanie kokosów

Popołudnie spędziliśmy na grze w karty wzbudzając tym zainteresowanie okolicznych sąsiadów, którzy razem z nami zasiadali na werandzie i żartując z nami towarzyszyli nam w grze. O 20:30, zgodnie z lokalnym zwyczajem i zasadami panującymi w domu trzeba było zacząć się szykować do spania. Następnego dnia rano o 6:15 wjechała na stół kawa i trzeba było się szybko ogarnąć. Następnie po obfitym śniadaniu, jak zwykle złożonym z ryżu, kurczaka, warzyw i jakiejś zupy, pożegnaliśmy naszych gospodarzy i ponownie eskadrą czterech motocykli pojechaliśmy do Katapang, skąd mieliśmy zaplanowaną przesiadkę na prom i dalszą podróż na wschód Indonezji. Tym razem czeka na nas osławiona wyspa Bali.

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski, których ciągle jest bardzo wiele.

Kilka porad praktycznych:
Transport: Z Yogyakarty na wulkan Bromo oraz Ijen wycieczki kosztują bardzo drogo – od 68 USD za osobę. Najlepiej więc udać się w te miejsca transportem publicznym, choć oznacza to dużą liczbę przesiadek i niewygody podróży. Ale mamy okazję poznać lokalny klimat i poznawać tutejszą kulturę. Jadąc na Bromo z Yogyakarty najpierw musimy udać się do Surabai najlepiej nocnym autobusem (odjeżdża praktycznie co godzinę). Potem z Surabai do Probolinggo następnym autobusem (również kursuje praktycznie całą dobę). Następnie z Probolinggo minibusem do wioski Cemero Lawang, która znajduje się już praktycznie nad kalderą wulkaniczną.
Żeby dotrzeć na wulkan Ijen należy udać się z powrotem do Probolinggo. Potem z Probolinggo łapiemy autobus do Bondowoso (można również zatrzymać się w Wonosari i stamtąd dojechać już do Parku Narodowego Paltuding transportem lokalnym zorganizowanym we własnym zakresie). Z Bondowoso minibusem należy udać się do Sempol (uwaga: ostatni minibus odjeżdża o 15:00).
Z Sempol należy już zorganizować jakiś transport lokalny np. poprzez wynajem auta lub motocyklem do siedziby Parku Narodowego znajdującej się już w odległości pieszej wędrówki na wulkan Ijen.
Zakwaterowanie: W Cemero Lawang „wycieczki zorganizowane” oferują noclegi w hostelach: Cafe Lava oraz Cemoro Indah. Jednak ceny są tutaj bardzo wysokie (zaczynają się od 100 tys. ruppiah) a warunki nieciekawe. Warto udać się do tzw. homestay znajdujących się w zasadzie tuż obok gdzie można zanocować już za 60 tys. ruppiah w dużo ciekawszych warunkach.
Pod wulkanem Ijen nie ma w zasadzie wyboru i nocleg w parku narodowym Paltuding kosztuje 120 tys. ruppiah za „pokój”. Chyba, że wybierzemy opcję noclegu w Bondowoso (np. w Arabika Homestay) a pod wulkan (ponad 13 km) organizować dojazd w dniu wymarszu.

Bromo – jeden z najsłynniejszych wulkanów Javy

środa, luty 17th, 2010

Wyspy Indonezji słyną z ogromnej liczby wulkanów. Najbardziej znanym wulkanem Javy jest wysoki na 2329m Bromo, leżący we wschodniej części wyspy. Ponieważ Bromo jest punktem obowiązkowym podczas pobytu na Javie (określany przez przewodniki jako najbardziej niezwykły krajobraz Indonezji) zdecydowaliśmy, że to będzie kolejny punkt naszej wyprawy. Jak zwykle podziękowaliśmy usłużnym agencjom turystycznym, chcącym z nas zedrzeć wszystkie pieniądze w zamian za pełne zorganizowanie wyjazdu z Yogyakarty na wulkan. Wybraliśmy wersję oszczędnościową, znacznie ciekawszą i zapewniającą pełną niezależność – nocną podróż lokalnymi środkami transportu, z kilkoma przesiadkami. Późnym wieczorem udaliśmy się miejskim autobusem na oddalony o kilkanaście kilometrów od centrum, tutejszy „przystanek PKS”. Wiedzieliśmy, że autobusy w interesującym nas kierunku, czyli do Surabaya odjeżdżają przez całą dobę, mniej – więcej co pół godziny. Gdy tylko dotarliśmy na dworzec natychmiast jakiś lokalny naganiacz wskazał nam właściwy „economy bus”. Autobus przypominał zabytek klasy zerowej, z przerdzewiałą karoserią, brudnymi oknami przez które nic nie było widać, z wąskimi fotelami ustawionymi po 5 w jednym rzędzie oraz kierowcą z szerokim bezzębnym uśmiechem i szaleństwem w oczach. Zrzuciliśmy bagaże, zajęliśmy miejsca i po chwili, zaledwie z kilkoma pasażerami na pokładzie autobus ruszył. Zgodnie z tutejszym zwyczajem oprócz kierowcy, każdy autobus ma swojego „opiekuna trasy” (nazwa własna autora wpisu :-)). Opiekun sprzedaje bilety, ogłasza przystanki, namawia spotykanych po drodze ludzi, żeby jechali, pilnuje, żeby pasażerowie wysiadali na właściwych przystankach, chodzi i dogląda porządku oraz reguluje klimatyzację czyli zamyka i otwiera okna 😉 Po kilku kilometrach zrozumieliśmy, że szalony wyraz twarzy kierowcy w pełni oddawał jego podejście do swojej pracy. Rozpadający się autobus pędził przez noc, po wąskich drogach Javy z nieziemską prędkością, ścinał zakręty, wyprzedzał wszystko co spotkał na swojej drodze, hamował tak, że niemal spadaliśmy z naszych foteli, na których próbowaliśmy choć na moment zasnąć. W ten sposób, zastanawiając się, czy Yogyakarta nie była ostatnim miejscem, które było dane nam zobaczyć, spędziliśmy 6 godzin drogi do Surabaya, gdzie mieliśmy pierwszą przesiadkę. Do Surabaya dotarliśmy około 4:00 nad ranem. Zaskoczyło nas, że na dworcu i w jego bliższej i dalszej okolicy, życie toczyło się całkiem normalnie, jakby ci ludzie nigdy nie spali. Tu też po raz kolejny mieliśmy okazję doświadczyć, jak Indonezyjczycy kłamią. Spotkanego, lokalnego człowieka spytaliśmy o najbliższy bankomat. Po chwili zastanowienia wskazał nam kierunek mówiąc, że to niedaleko. Jak tylko ruszyliśmy, pobiegł za nami krzycząc, że się pomylił, że ten bankomat jest czynny dopiero od 6:00 rano (on to wie NA PEWNO!), a następny jest 10 kilometrów dalej, więc on nas z chęcią zawiezie. Wydało nam się absurdem, żeby bankomat był czynny od godziny 6:00, więc podziękowaliśmy panu i poszliśmy dalej. Oczywiście okazało się, że są trzy różne bankomaty, wszystkie czynne zgodnie ze znanymi nam standardami 24 godziny na dobę 🙂 (choć trzeba przyznać, że w Laosie raz widzieliśmy bankomat czynny w godzinach 9:00-17:00).
Po powrocie na dworzec bez problemów znaleźliśmy kolejny „economy bus”, którym pojechaliśmy do Probolinggo, gdzie mieliśmy ostatnią przesiadkę – w lokalny mini bus do Cemero Lawang – małej wioski położonej na wysokości 2500m npm. Na miejscu byliśmy około godziny 10:00. Zmęczeni całonocną podróżą z przesiadkami, ostatkiem sił znaleźliśmy nocleg we w miarę przyzwoitej cenie i… nawet nie zdążyliśmy się rozpakować, gdy nagle zrobiło się na dworze ciemno i w momencie zerwała się burza. Grzmoty, pioruny i ścianę deszczu powitaliśmy jak wybawienie – bez wyrzutów sumienia mogliśmy iść spać, bo w taką pogodę żaden nawet pobieżny spacer nie wchodził w grę. Lało aż do późnego wieczora a do tego ze względu na wysokie położenie wioski zrobiło się bardzo zimno. Musieliśmy powyciągać z plecaków nasze najgrubsze ubrania, przeprosić śpiwory (o których kilka dni wcześniej rozmawialiśmy, że żaden z nich pożytek, a tylko ciężar tak tu wszędzie gorąco) a na wieczór wziąć leki, bo taka różnica temperatur natychmiast poskutkowała pierwszymi objawami przeziębienia. Ponieważ oprócz wchodzenia na wulkan, punktem obowiązkowym na Bromo jest wycieczka na oglądanie wschodu słońca (trzeba wyruszyć o 4:00 rano), zdecydowaliśmy, że kolejnego dnia po całym dniu deszczu na pewno nigdzie nie pójdziemy, bo będzie błoto, więc postanowiliśmy zostać w Cemero Lawang jeden dzień dłużej, mając nadzieję, że pogoda się poprawi.
Kolejnego dnia pogoda od rana dopisywała a widoki, jakie się roztaczały zachęcały do poznania okolicy.

Bromo i Batok

Przez chwilę podziwialiśmy niesamowity krajobraz – staliśmy na skraju kaldery wulkanicznej a przed oczami mieliśmy na pierwszym planie „morze piasku” (sand sea), a z niego wyrastające dwa wulkany – po lewej stronie skalisty, pokryty pyłami i popiołem wulkanicznym, ciągle dymiący Bromo oraz po prawej – kolejny aktywny wulkan – Batok (stosując porównanie naszego znajomego – wyglądający jak idealna babka drożdżowa). W chwilach gdy unosiły się chmury a dym z Bromo nie był zbyt gęsty, między tymi wulkanami można było dostrzec trzeci, najwyższy wulkan – Kursi.
Wybraliśmy się więc na Bromo. Z wioski trzeba było najpierw zejść w dół a następnie, pokonując kilka kilometrów przez morze piasku dojść do skalistego podnóża wulkanu. Tam pojawiła się stroma ścieżka, którą dotarliśmy do 253 schodów wiodących na sam szczyt – do korony krateru. Widok, jaki ujrzeliśmy z góry był urzekający i nie dający się porównać z niczym innym, co dotychczas widzieliśmy – wulkaniczny krajobraz po jednej stronie, a po drugiej możliwość zajrzenia do krateru aktywnego, dymiącego wulkanu!

Widok z Bromo

Krater Bromo

Wrażenie niesamowite! Ubrani w maseczki ochronne, mimo drapiącego w gardła i w oczy zapachu siarki staliśmy jak zaczarowani, podziwiając otaczające nas widoki. Jednak pogoda nie była naszym sprzymierzeńcem w czasie pobytu w Cemero Lawang i stojąc na szczycie wulkanu nagle poczuliśmy dojmujący chłód a niebo zaczęło się zaciągać ciemnymi, burzowymi chmurami. Musieliśmy wracać. Udało nam się dotrzeć do naszego guesthousu tuż przed deszczem. Okazało się, że w tym samym miejscu zatrzymali się Mariusz i Rysiek, których poznaliśmy w Yogyakarcie. Całe popołudnie i wieczór znowu padało, ale tym razem mogliśmy ten czas miło spędzić w polskim towarzystwie 🙂 Ponieważ nasze i chłopaków plany na najbliższe kilka dni były bardzo podobne, zdecydowaliśmy, że przez kilka kolejnych dni będziemy podróżować razem. Ustaliliśmy więc, że następnego dnia o 4:00 rano wyruszamy na taras widokowy Gunung Penanjakan, z którego będziemy oglądać wschód słońca nad wulkanami a zaraz po tym udajemy się w dalszą drogę na wschód Javy do kolejnego wulkanu – Ijen.

Zgodnie z planem, kolejnego dnia, jeszcze ciemną nocą, oświetlając sobie drogę latarkami, wyruszyliśmy w czwórkę z guesthouseu w stronę szczytu Pananjakan. Po godzinie niebo na wschodzie zaczęło się przejaśniać, jednak martwiło nas, że było bardzo dużo chmur. Na szczęście okazało się, że tuż przed wschodem słońca chmury się rozpierzchły i mogliśmy podziwiać niesamowite kolory porannej zorzy i wstającego dnia.

Zorza przy Bromo

Patrząc natomiast w drugą stronę, naszym oczom zaczęły się ukazywać wynurzające się z ciemności i porannych mgieł szczyty wulkanów, które oglądaliśmy dzień wcześniej.

Batok o poranku

Oglądając wschód słońca słuchaliśmy odgłosów lasu i budzących się ptaków i zwierząt. Potęga i piękno przyrody zrobiły na nas ogromne wrażenie. Gdy już było zupełnie widno zaczęliśmy schodzić z powrotem do wioski. Była 6:00 rano, a na drodze już spotykaliśmy okolicznych mieszkańców rozpoczynających swój dzień pracy w polu.

Babcia o poranku

Po zejściu na dół szybko spakowaliśmy bagaże i udaliśmy się do centrum wioski skąd odjeżdżają busy do Probolinggo. W pierwszej chwili jakiś naganiacz wsadził nas do busa i prawie ruszyliśmy, jednak okazało się, że tak być nie może, bo jest 7.30 a pierwszy bus ma odjechać dopiero o 9.30 a na dodatek my siedzimy w busie numer 2 więc jeśli chcemy jechać jako pierwsi to musimy się przesiąść i 2 godziny poczekać. Po chwilowym zamieszaniu, krótkiej wymianie zdań i zastosowaniu wszystkich możliwych metod perswazji oraz nacisku całej naszej czwórki, mimo braku wspólnego języka udało nam się przekonać kierowcę, żeby jednak odpuścił sobie kolejkę i numerki busów i żeby nas zawiózł, bo jeszcze cały dzień podróży i niezliczona ilość przesiadek przed nami.

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski.

Środkowa Java – Yogyakarta, Borobudur, Prambanan

niedziela, luty 14th, 2010

Z brudnej i zatłoczonej Jakarty udaliśmy się do centralnej części wyspy Java. Naszym kolejnym przystankiem stała się Yogyakarta z której można udać się w inne ciekawe miejsca w tej części Javy. Do Yogyakarty najprościej udać się koleją. Dzień przed wyjazdem upewniliśmy się, że są odpowiednie pociągi i że nie będzie problemu z zakupem biletów. To miał być nasz pierwszy przejazd koleją indonezyjską. Naszym zwyczajem wybraliśmy najtańszą z możliwych opcji, czyli przejazd tzw. klasą „economy”. Jeżdżą nią lokalesi i w zasadzie nie ma tu obcokrajowców. Z dworca Pasar Senen pociąg wyruszył o godzinie 21:30 z półgodzinnym opóźnieniem. Z ledwością upchaliśmy nasze plecaki na wąską półkę nad głowami stłoczonych pasażerów i ruszyliśmy w nocną podróż. Nie było lekko. Pociągi tej klasy zatrzymują się na niemal każdej małej stacji a do wagonów wlewają się wtedy kolejne strumienie ludzi wypełniając każdą wolną przestrzeń. W każdym wagonie ustawione są dwa rzędy siedzeń, ale z jednej strony są po trzy miejsca a z drugiej po dwa. Miejsca są numerowane i dostępne dla tych co zdążyli kupić bilety z numerkiem. Jednak to tylko teoria. Ludzie tłoczą się na siedzeniach tyle ile się da. Na potrójnych miejscach siadają po cztery, pięć a nawet sześć osób. My mieliśmy na szczęście swoje miejsca ze strony posiadającej po dwa numery więc nikt nie próbował się „dosiąść”. Ale na podłodze pomiędzy naszym rzędem, a sąsiadującym naprzeciwko siedziało sporo osób, a część z nich nawet próbowało przyjąć pozycję leżącą wykładając na podłogę stare gazety.

pociag

Nocny pociąg nie oznacza jednak sennej atmosfery ani jakiegokolwiek spokoju. Przekonaliśmy się, że w Indonezji w przeciwieństwie do innych państw tej części świata życie toczy się wartko całą dobę. Przez całą noc na stacjach na których się zatrzymywaliśmy widać było handlarzy, mnóstwo osób, a z meczetów dobiegały głośne śpiewy. Nawet jeśli ktoś próbuje spać to szanse są niewielkie jako, że w pociągach oprócz samych pasażerów tłoczą się dziesiątki (a może nawet setki!) handlarzy oferujących niemal wszystko. Od pluszowych miśków, poprzez czapki, ciastka, zakąski, zupy, kawy, napoje itd. Do tego dochodzą czasem grający na gitarach chłopcy zbierający pieniądze za swoje „międzysiedzeniowe koncerty” a czasem jacyś żebrzący staruszkowie. Najdziwniejsze jest to, że jest ich tak wielu, że przepychają się w zasadzie między sobą (chociaż nikt do nikogo nie ma żadnych pretensji robiąc sobie nawzajem konkurencję). Krzyczą przy tym głośno zachwalając swoje produkty sprawiają, że nie ma chwili spokoju. W takim tłoku i ciasnocie przechodzą ze swoimi towarami noszonymi w koszach nad głowami umiejętnie „przepływając” między ciałami leżących i siedzących wszędzie pasażerów. Około 7:00 rano dotarliśmy do Yogyakaty i udaliśmy się w centralne jej miejsce – na ulicę Malioboro wokół której można znaleźć hostele i guesthousy.

Yogyakarta

Po znalezieniu odpowiedniego lokum, które standardem nie odbiegało od tego co widzieliśmy już w Jakarcie (zmurszałe ściany, odrapane tynki, stare drewniane łóżka itd.) wiedzieliśmy już, że mimo warunków lokalowych jest to miasto zdecydowanie o wiele ciekawsze niż Jakarta. Przede wszystkim jest o wiele mniejsze i bardziej rozwinięte a poza tym jest w pewnym sensie centrum kulturalnym i naukowym Javy. Jest tutaj mnóstwo producentów batiku (pięknie tkanej i malowanej tkaniny) oraz wiele uniwersytetów i szkół. Ulica Malioboro pełna jest sklepów i wystaw a wzdłuż chodników ustawiają się handlarze ze stoiskami pełnymi towarów. Oczywiście niemal każdy wita turystów swoim „Hello Mister!” (często bez względu na to czy skierowane jest to do mężczyzny czy kobiety) 😉 i proponuje jakieś usługi – najczęściej transport rowerową rykszą lub konnym powozem.

riksza

W Yogyakarcie znajduje się też duży rynek, muzea i Pałac Sułtana – Kraton. Jeśli chodzi o Pałac Sułtana to nie ma w nim żadnego przepychu i poza eksponatami w postaci kukieł dworskich sług sułtana oglądanymi w pomieszczeniach zza szyby, wystawy dworskich instrumentów muzycznych, historii kolejnych sułtanów i głównej sali zwanej Bengsal Kencana (Złota Sala) z bogato dekorowanym sufitem podtrzymywanym kolumnami, w zasadzie nawet tutaj widać biedę. Dość powiedzieć, że po trzęsieniu ziemi, które miało tu miejsce w 2006 roku (miało 6,3 stopnia w skali Richtera i zginęło wtedy około 6 tysięcy osób) część zrujnowanych budynków pałacowych została już wzniesiona jako drewniana. Pozostałą część kompleksu pałacowego, niedostępną już dla turystów zamieszkuje obecny sułtan. Całość budynków ma ciekawą architekturę typową dla Javy zbudowaną głównie w początkach XVIII wieku.

palac sultana

Oprócz tych miejsc na uwagę zasługuje jeszcze Pasar Ngasem (Ptasi Rynek) na którym handluje się przede wszystkim ptakami, ale również różnego rodzaju zwierzętami, gadami i owadami. Nie są to jednak widoki dla osób o słabszych nerwach bo warunki w jakich się tutaj trzyma te zwierzęta często wołają o pomstę do nieba. Tuż za Pasar Ngasem znajdują się ruiny Taman Sari (Pałacu Wodnego) na które można się wspiąć po schodach i zobaczyć dachy niskiej zabudowy Yogyakarty. Wokół tych ruin można pobłądzić w bardzo ciasnych uliczkach zabudowy mieszkalnej mieszkających tu lokatorów.

obrzeza Yogyakarty

obrzeza Yogyakarty

Wieczorami na ulicach Yogyakarty jest równie gwarno jak w dzień, a na Malioboro w miejscach gdzie w dzień handluje się odzieżą i pamiątkami pojawiają się często stragany z indonezyjskim jedzeniem. Do niskich stoliczków przysiada się bez obuwia wprost na dywanikach a do takich miejsc przychodzą często grający na różnych instrumentach grajkowie. Jest miła atmosfera a „instrumentaliści” nie nalegają nawet by za tę przyjemność im płacić jak to często zdarza się w innych miejscach Azji. Przechadzając się wieczorem po Malioboro spotkaliśmy dwóch Polaków: Mariusza i Ryśka, którzy wybrali się w półtoramiesięczną podróż po Indonezji. Miło było porozmawiać w polskim języku z osobami ciekawymi tej części świata 🙂

koncert

Z Yogyakarty warto udać się 45 km na północ do miejsca zwanego Borobudur gdzie znajduje się ogromna i przepiękna świątynia buddyjska przypominająca rozmachem świątynie Angkor Wat. Jest jednak starsza bo pochodzi z VIII wieku a jej architektura jest bardzo interesująca. Zbudowana z bloków kamiennych o objętości 60 tys. m3 na podstawie powierzchni o rozmiarach 118 x 118 metrów posiada osiem pięter kwadratowych tarasów (po trzech z nich można spacerować dookoła budynku) zakończonych trzema kolejnymi ale o okrągłym kształcie zakończonych wysoką stupą na samym szczycie. Na każdym z tarasów po których można spacerować znajdują się charakterystyczne dla Borobudur stupy przypominające odwrócony dzwon w którym znajdują się posągi Buddy. W sumie jest ich aż 72, a niektóre z nich ze względu na uszkodzenia odsłaniają posągi Buddy. Ściany świątyni zawierają piękne płaskorzeźby przedstawiające różne tradycyjne sceny buddyjskie. W to miejsce przybywają czasem rozmodleni buddyści zasiadający pośród stup i składający modły w kierunku centralnej części świątyni.

Borobudur

Drugim wartym uwagi miejscem w pobliżu Yogyakarty jest Prambanan. Wioska Prambanan znajduje się w odległości 17 km od Yogyakarty a znana jest przede wszystkim z pięknej hinduskiej świątyni pochodzącej podobnie jak Borobudur z VIII wieku. Właściwie nie jest to pojedyncza świątynia ale kompleks świątyń z których najwyższa o nazwie Shiva Mahadeva znajduje się w centralnym miejscu i otoczona jest przez cztery inne świątynie: Candi Brahma, Candi Vishnu, Candi Nanu i Candi Sewu. W każdej z nich znajdują się posągi bóstw odpowiednie nazwie poszczególnych świątyń. Niestety niektóre znich ze względu na zniszczenia i prace rekonstrukcyjne są zamknięte i nie można do nich wejść. Podczas naszej wizyty również główna świątynia tego kompleksu była zamknięta więc jej posągi pozostały dla nas tajemnicą. Również w tym kompleksie ściany są bogato zdobione płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny różnych historii religijnych – tym razem oczywiście hinduskich.

Prambannan

W Yogyakarcie i jej okolicy spędziliśmy trzy dni. Czasem dopadał nas intensywny rzęsisty deszcz, który o tej porze na Jawie jest normalnym elementem pogody, ponieważ panuje tutaj tzw. pora mokra. Jednak na ogół upały i ciężkie wilgotne powietrze mocno dawały się we znaki i do wczesnych godzin popołudniowych potrafiły mocno nas wymęczyć. Potem często przychodziły opady i powietrze nabierało odrobinę „oddechu”. W dalszą podróż zdecydowaliśmy udać się lokalnym autobusem by dotrzeć do wulkanu Bromo a stamtąd dalej na wschód Javy.

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski.

Kilka porad praktycznych:
Zakwaterowanie: Najwięcej guesthousów znajduje się na ulicach Pajeksan, Yojonegran i Sosrowijayan, które znajdują się po zachodniej stronie ulicy Malioboro. Ceny rozpoczynają się od 70 tys. ruppiah w górę.
Jedzenie: Jeżeli chcemy posilić się lokalnym indonezyjskim jedzeniem to najlepiej skorzystać z ulicznych barów umiejscowionych wzdłuż ulicy Malioboro w jej północnej części po wschodniej stronie drogi. Dobre i niedrogie jedzenie można zakupić w restauracjach indonezyjskich znajdujących się w centrum handlowym przy ulicy Malioboro po stronie zachodniej przed ulicą Ahmad Dahlan. Restauracje te znajdują się na najniższym poziomie sklepu.
Transport: Do Borbudur i Prambanan można dojechać lokalnym środkiem autobusem publicznym, ale cena biletu do jednego z tych miejsc wynosi 20 tys. ruppiah. Jeżeli chcemy więc odwiedzić oba te miejsca to musimy wydać co najmniej 80 tys, ruppiah na osobę. Do tego dochodzi dojazd do dworca autobusowego lokalnym autobusem miejskim za około 3 tys. ruppiah w jedną stronę. Lepszym rozwiązaniem jest skorzystanie z przejazdu przez dowolne biuro turystyczne, które za podróż minivanem w oba te miejsca w najtańszej opcji pobiera opłatę 60 tys. ruppiah. Najtańsza opcja oznacza wyjazd o godz. 5:00 rano (powrót około godz. 13:00). Oczywiście bilety wstępów na teren kompleksów świątynnych musimy nabyć we własnym zakresie.
Bilety wstępu: Uwaga: biety wstępu do Borobudur kosztują 15 USD na osobę! Taka sama cena dotyczy wstępu do Prambanan. Jedyną tańszą opcją jest zakup biletu wcześniej przez agencję u której kupujemy przejazdy (ale cena i tak wynosi ponad 12 USD) lub za okazaniem międzynarodowej legitymacji studenckiej (wtedy bilet kosztuje 8 USD o czym w Borobudur nikt nie mówi i nie ma żadnej informacji przy kasie, a warto o tym wiedzieć, żeby nie „przepłacać”).

Jakarta – nadzieja na lepsze jutro Indonezji

środa, luty 10th, 2010

Nasze pierwsze oderwanie się od stałego lądu poprzedzone było nocą spędzoną na singapurskim lotnisku. Nie było najgorzej. Warunków do spania nie było, ale i tak udało się zasnąć na prawie trzy godziny. Zanim jednak dojechaliśmy na lotnisko okazało się, że ostatnie metro na Changi Airport pojechało sobie dokładnie w momencie gdy wysiadaliśmy na stacji przesiadkowej. Chwilę później na wyświetlaczach pojawił się napis „No more MTR service. The last train departed.”. Nie byliśmy jedynymi, którzy zostali w ten sposób zaskoczeni. Była godzina 0:15 i na stacji kłębił się mały tłumek, który liczył jeszcze na cud w postaci jakiegoś dodatkowego zabłąkanego składu jadącego w kierunku lotniska. Przez chwilę nawet zabłysło światełko nadziei bowiem podjechało metro, które zatrzymało się na stacji, ale głosy z głośników wyraźnie oznajmiły „this train is not for boarding” i drzwi wagonów nawet się nie otworzyły. Trzeba było się ratować inną metodą dotarcia na Changi Airport. Jakby spod ziemi znalazł się wśród nas Sinagpurczyk jadący na lotnisko, który zaproponował nam wspólną podróż taksówką. Po dotarciu na „Budget Terminal” przemieściliśmy się jeszcze shuttle busem na Terminal nr 2, a potem po kolejnej przesiadce Sky Trainem na Terminal nr 1, bo właśnie z tego terminala następują odprawy linii Lion Air, którymi lecieliśmy. Tutaj po zlokalizowaniu naszych stanowisk odprawowych udaliśmy się by poszukać jeszcze jakiegoś dogodnego miejsca by uciąć krótki sen przed tym jak stanowiska rozpoczną odprawy. Znaleźliśmy miejsce na piętrze gdzie obok biur różnych linii lotniczych spało już kilku travelersów więc ułożyliśmy bagaże by mieć je pod kontrolą (czyli przygniecione górnymi częściami ciał ;-)) i wprost na podłodze w półsiedzących pozycjach zasnęliśmy do czasu otwarcia Lion Air. Trzy godziny „pół snu” otumaniły nas nieco, ale dzielnie udaliśmy się by odprawić nasze plecaki. Tutaj jednak czekała nas mała niespodzianka. Pani odprawiająca poprosiła nas o bilet potwierdzający termin opuszczenia Indonezji. Na taki wymóg nie byliśmy przygotowani, ponieważ żadne informacje dotyczące wiz indonezyjskich nie zawierały żadnych wzmianek o biletach wyjazdowych! Na nasze zapewnienia, że bilety mamy zarezerwowane, ale nie mamy ich wydrukowanych powiedziano nam, że bez wydruku się nie obędzie. Dziwna sprawa. Przecież byliśmy jeszcze w Singapurze a już zaczęto „się czepiać” procedur, które obowiązują (lub nie!) w Indonezji. Zaczął się więc wyścig z czasem. Najpierw by spreparować fikcyjny bilet (przecież nie wiemy jeszcze dokładnie dokąd i jakim środkiem transportu udamy się w następnej kolejności), a potem by jakoś go wydrukować. Ola dzielnie w tym czasie raz po raz atakowała stanowisko Lion Air z kolejnymi pytaniami i prośbami. Widać było, że obsługa ma już nas serdecznie dosyć i wreszcie po kolejnym ataku upór zwyciężył. Kazano nam wypełnić jakieś oświadczenie i wydano karty pokładowe  Na 10 minut przed zamknięciem odpraw dotarliśmy do właściwego gate’u. Uff…
Lecąc nad różnymi małymi wyspami znajdującymi się na północy Indonezji widać było przede wszystkim uprawy na zalanych polach ryżowych i mnóstwo instalacji do połowów oceanicznych. Po wylądowaniu w Jakarcie odprawa przeszła wyjątkowo gładko i zarówno wiza „on arrival” jak i odprawa paszportowa odbyła się błyskawicznie i bez problemów. W razie pytań o bilet wyjazdowy z Indonezji mieliśmy już przygotowane gotowe rezerwacje do wydruków, ale nikt o takie dokumenty nawet nie poprosił. Kolejny raz okazuje się, że niektóre służby starają się być nadgorliwe i niepotrzebnie psują krew turystom 😉
Jakarta powitała nas mimo wczesnej pory ciężkim, gorącym i wilgotnym powietrzem. Lotnisko było czyste, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że to jedno z nielicznych miejsc w tym mieście, które mogą się tym pochwalić. Dalej już miało być tylko coraz brzydziej i brudniej. Zakupiliśmy bilety na shuttle bus do dworca kolejowego Gambir znajdującego się w centralnej części Jakarty i po kilkunastu minutach czekania ruszyliśmy w drogę. Autobusy w Jakarcie nie jadą od razu do celu tylko zatrzymują się wszędzie tam gdzie mogą znaleźć się jacyś pasażerowie a „naganiacz” okrzykami i wędrówkami wokół autobusu szuka kolejnych chętnych. Tak dzieje się niemal bez przerwy, aż autobus „pęka w szwach”. Tak więc zanim autobus ruszył na dobre to mogliśmy jeszcze oglądać kolejne dziwne miejsca do których „zwijał” autobus. Nawiasem mówiąc autobusy miejskie w Jakarcie wyglądają jak cuda techniki wyklepywane ręcznie w garażu. Trudno powiedzieć jakie czasy pamiętają. Karoseria jest nierówna, lampy wyglądają jakby były wpasowywane „na siłę”, lakier wygląda jak ręcznie kładziona pędzlem farba olejna, nie posiadają drzwi (ponieważ ludzie wsiadają w biegu). Wewnątrz pojazdu układ kierowniczy ciasno wciśnięty między kolanami kierowcy jest niczym nie osłonięty a z mechanizmów spoziera rdza. Do tego często zdarzają się przypadki „odpalania na pych”, których byliśmy świadkami (dzieci pchające autobus, po czym wskakujące do niego w biegu).

Autobus Jakarta

Na dworcu Gambir zaatakowały nas tłumy taksówkarzy i tuk-tukarzy oferujących swoje usługi. Mimo zmęczenia, niewyspania, gorąca, potu itd. odparliśmy wszystkie te ataki i z ciężkimi plecakami udaliśmy się w kierunku ulicy gdzie znajdują się guesthousy.
Chodzenie ulicami Jakarty jest niebezpieczne i trzeba być ostrożnym gdzie stawia się stopy, bowiem chodniki są dziurawe jak ser szwajcarski, a pod płytami płyną rynsztoki pełne ścieków i śmieci więc łatwo o „wypadek”. Po dotarciu do pierwszych guesthousów okazało się, że ceny za noclegi są niemal dwukrotnie wyższe niż te, które opisywane były w przewodnikach jeszcze trzy lata temu. Ale do takiego stanu zdążyliśmy się już przyzwyczaić w innych miastach Azji więc zaskoczenia nie było. Zaskoczeniem był jedynie standard guesthousów. O ile spodziewaliśmy się, że same pokoje będą brudne i ciemne to same guesthouse okazały się być tak zaniedbane i zapuszczone, że aż trudno uwierzyć, że obsługa nie przykleja się do ścian lub mebli, które pamiętają chyba wszystkie możliwe wysypiska. Najdziwniejsze było jednak to, że obsługa pokazująca warunki zakwaterowania za każdym razem była w pewnym sensie nawet dumna z tego co prezentowała 🙂 Pourywane klamki, odrapane ściany, poklejone od brudu podłogi, zwisające na gołych drutach żarówki, drewniane lub metalowe obdrapane prycze niczym w więziennych celach w półmroku jaki panował i kręcący się (całe szczęście!) wentylator. Po obejrzeniu kilku takich miejsc i negocjacjach cenowych zdecydowaliśmy się w końcu na najsensowniej wyglądający w pułapie cenowym, na który mogliśmy sobie pozwolić. Na dachu tuż obok pokoju widać było myjącego się w spływających strugach z kanalizacji szczura. Ale i tak były to warunki lepsze niż to co widzieliśmy wcześniej.

Szczurek

10-milionowa Jakarta jest dla mieszkańców Indonezji tym czym dla Polaków był Zachód w okresie sowieckim. Przybywają tu tłumnie w poszukiwaniu swojego szczęścia widząc w stolicy swoją szansę na poprawę bytu. Jakarta jest więc zatłoczona, brudna, głośna a do tego bardzo zanieczyszczona spalinami pojazdów, które zalewają każdą ulicę miasta. Do tego dochodzi głośny ryk wydobywający się z tłumików motocykli i śmiesznych trójkołowych tuk tuków. Podejrzewamy, że kierowcy albo przepalają te rury jakimś niskiej jakości paliwem i jeżdżą z podziurawionymi układami wydechowymi, albo celowo je rozszczelniają by podnieść poziom hałasu jaki wydają na jezdni by zwracać na siebie uwagę.

Ulica w Jakarcie

Wychodzi z tego jeden wielki ryk i smog, który w gorącu jakie tu panuje jeszcze bardziej męczy i zniesmacza. W wielu miejscach miasta płyną kanały pełne śmieci i ścieków, a zapach który się z nich unosi jest łatwy do przewidzenia. Na ulicach pełno jest straganów i przewoźnych budek z indonezyjskim jedzeniem, na które nawet nie byliśmy w stanie się dłużej patrzeć. Suszone ryby, jajka, jakieś kawałki mięs leżące nie wiadomo jak długi czas za szklanymi brudnymi szybkami w czterdziestostopniowym upale wywołują w najlepszym wypadku niechęć. Do tego dochodzi ogromny uliczny bałagan, mnóstwo garnków, szmat i kartonów wprost na słońcu lub pod zawieszonymi foliami.

Ulica w Jakarcie 2

Głównymi atrakcjami turystycznymi Jakarty, które możemy polecić są meczet Mesjad Istiqlal, katedra katolicka, Pomnik Narodowy oraz dzielnica Kota.
Meczet Mesjad Istiqlal jest największym meczetem w całej Południowo-Wschodniej Azji. Jego ogrom rzeczywiście robi wrażenie, chociaż sama architektura ma w sobie coś kompromisowego pomiędzy tradycyjnymi meczetami, a nowoczesnymi blokowiskami. Oczywiście ażurowe, przewiewne ściany są tutaj podstawą i nadają typowego muzułmańskiego klimatu. W ogromnym wnętrzu znajdują się nawet monitory LCD dla tych, którzy znajdują się w tyle pomieszczenia. W okresach szczytowych na modlitwy przychodzi tutaj ponad 25 tys. muzułmanów.

Masjid Jakarta

Tuż po przeciwnej stronie drogi od głównego wejścia do meczetu znajduje się ogromna katedra katolicka wybudowana w 1901 roku w miejsce poprzedniej katedry, która nie wytrzymała próby czasu. Katedra jest bardzo interesująca architektonicznie i posiada bardzo ładne wnętrza, których mogłyby pozazdrościć niektóre europejskie kościoły.

Katedra Jakarta

Pomnik narodowy – Monas znajdujący się w centrum Jakarty jest doskonałym miejscem widokowym na to miasto. Wysoki na 132 metry, zbudowany w formie ogromnego znicza, zakończony jest rzeźbieniami w kształcie płomieni, które pokryte są 35 kilogramami złota. Budowę tego pomnika zakończono w 1975 roku.

Monument Jakarta

Poza centrum w zasadzie na uwagę zasługuje jeszcze dzielnica Kota, której centralne miejsce zajmuje rynek Taman Fatahillah. Widać tutaj pozostałości kolonialnego XVII i XVIII-wiecznego budownictwa holenderskiego. Ale prawdę mówiąc poza muzeami znajdującymi się wokół rynku nie ma tutaj za wiele do zobaczenia. Można udać się na północ w kierunku portu Sunda Kelapa, w którym mimo dawno już upadłej prosperity ciągle widać ruch przeładunkowy. W porcie stoją stare jak świat drewniane odrapane z farby statki przy których ciągle ciężko pracują ludzie. Widok jest tutaj raczej przygnębiający jako, że widać tutaj jak na dłoni biedę i brud panujący wszędzie dookoła. Nad betonowymi brzegami portu mnóstwo jest slumsów a śmieci wysypywane są wprost do wody.

Sunda Kelapa

Idąc pomiędzy Kotą a Sunda Kelapą przechodziliśmy pod wiaduktem pod którym mieszkają setki, a może tysiące ludzi w zaaranżowanych przez siebie mieszkaniach z dykty, kartonu, w niektórych miejscach wprost na ziemi stoją stare rozklekotane meble stanowiące granice mieszkań różnych rodzin. Do tego dochodzą oczywiście zapachy ścieków i śmieci, które długo nie pozwalają zapomnieć o panujących tutaj warunkach.
Ciekawostką, która nas zaskoczyła w Indonezji są rozwiązania związane z koleją. Tory prowadzone są wprost poprzez ulice i w niektórych miejscach przebiegają po nieistniejących w zasadzie wiaduktach, tzn. tory wiszą bez podkładów tuż nad ciasną drogą. Dworce kolejowe (np. Pasar Senen) znajdują się przy drodze tuż za płotem a tory kolejowe przecinające drogę zamykane są po prostu dużymi metalowymi bramkami. W dodatku na torach rozkładają się handlarze ze swoimi kramikami; gdy pociąg rusza z dworca rozlega się dzwonek, otwierane są bramy, żeby pociąg mógł przejechać, a handlarze zwijają swoje manele by zaraz po tym jak pociąg przejedzie rozkładać się znowu 🙂

Tory na ulicy - Jakarta

Spędzenie w Jakarcie więcej niż 2-3 dni nie ma raczej większego sensu. Mało przyjazne miasto, w którym tłok i bród mocno daje znać o sobie, szybko staje się męczące. Z Jakarty będziemy teraz przemieszczać się na wschód Javy. Wyspa Java ma około 1000 km długości a Jakarta znajduje się na samym zachodzie więc zanim przedostaniemy się na kolejną wyspę Indonezji – Bali – mamy spory dystans do pokonania. Tym bardziej, że chcemy zobaczyć wiele ciekawych miejsc w centralnej i wschodniej części Javy. Są tu bowiem ogromne, wciąż aktywne wulkany a także świątynie starsze niże te, które znajdują się w Angkor Wat. Ale o tym będziemy donosić w następnych wpisach naszego blogu.

Tymczasem prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski.

Kilka porad praktycznych:
Zakwaterowanie: Najwięcej guesthousów znajduje się na ulicach Jalan Jaksa i Kebon Sirih Barat. Ceny rozpoczynają się od 80 tys. ruppiah w górę.
Jedzenie: Nie polecamy lokalnego jedzenia więc jedyną radą jakiej możemy udzielić jest przyrządzanie posiłków samodzielnie z zakupionych w sklepie produktów (koniecznie w sklepie z klimatyzacją). Można też skorzystać z jednej z sieciowych restauracji, które znajdują się na dworcach kolejowych i w ścisłym centrum Jakarty. Poziom czystości pozwala na spożywanie bez większych rozterek, a ceny są na przyzwoitym poziomie.
Transport: Po mieście najlepiej poruszać się pieszo. W ścisłym centrum odległości są do pokonywania „na nogach”. Jeżeli chcemy udać się w inną część miasta to najlepiej skorzystać z tuk tuka, ale cenę ustalić z tuk-tukarzem zanim wsiądziemy. Dobrym i sprawdzonym rozwiązaniem jest też przemieszczenia się w inną część Jakarty zwykłym pociągiem by stamtąd dalej przejść pieszo. Cena za bilet na pociąg w ramach dworców Jakarty wynosi nie więcej niż 2 tys. ruppiah.