Archive for Luty, 2012

Bangladesz – pierwsze starcie

czwartek, Luty 9th, 2012

Bangladesz w zasadzie przywitał nas już na lotnisku w Kuala Lumpur. Dotarliśmy tam koło północy mając zaplanowany odlot do Dhaki o godz.2:10 więc w zasadzie pojawiliśmy się „na ostatni dzwonek” check-out’u. Każdy kto był na lotnisku w Kuala-Lumpur wie, że to bardzo zaawansowane technologicznie lotnisko z niesamowicie przemyślaną infrastrukturą i rozwiązaniami. Nawet przemieszczanie się po lotnisku zorganizowane jest w oparciu o widny i bezzałogowe pociągi jeżdżące pomiędzy różnymi częściami terminala. Tym większym dla nas szokiem był widok jaki zobaczyliśmy po dotarciu do stanowisk odpraw przygotowanych dla linii Biman (linie należące do Bangladeszu). Okazało się, że pomimo iż do odprawy otwartych było aż 8 stanowisk (plus jedno dla klasy biznes przy którym nie było oczywiście nikogo) przed nimi kłębiły się tłumy ludzi z wózkami bagażowymi na których każdy miał ogromne pudła lub torby poowijane w koce i sznury. W kilku kolumnach stały kolejki sięgające kilkaset metrów a do stanowisk dopuszczała ochrona lotniskowa przepuszczając kolejne osoby do wybranych stanowisk, gdy któreś z nich się zwolniło. Przy zaobserwowanej prędkości odprawy wynikającej przede wszystkim z nadbagażu, który dotyczył niemal wszystkich oczekujących i liczbie oczekującej wiadomo było, że nie ma szans na odprawę na czas. Ogłoszono opóźnienie lotu o 2 godziny tak więc nagle czas do odlotu wydłużył się do ponad czterech godzin. W kolejkach znajdowali się sami mężczyźni i w zasadzie sami obywatele Bangladeszu z których każdy jak zgadywaliśmy wiózł jakiś dobytek. Wyglądało to bardziej na kolejkę na jakiś pociąg niż odprawę lotniskową.

lotnisko

Fakt, że Ola była jedyną kobietą – w dodatku białą sprawił, że wszystkie oczy zwracały się w naszym kierunku. Postanowiliśmy wykorzystać swoją „odmienność” i pójść na całość zamiast ślęczeć w kolejce przez najbliższych kilka godzin. Spakowaliśmy nasze plecaki w ochrony przeciwdeszczowe i siatki pack-save, zamknęliśmy je na klucze i po oględzinach ruchu odprawowego postanowiliśmy zaatakować ostatnie stanowisko odpraw podchodząc zupełnie z drugiej strony. I… udało się! Po kilkunastu minutach mogliśmy opuścić dzikie tłumy i udać się w jakieś ustronne miejsce by odpocząć przed odlotem.
Lot odbył się zgodnie z planem więc po zaboardowaniu się na pokład mogliśmy spróbować uciąć drzemkę. Nie było to łatwe bo w samolocie czuliśmy się jak w ulu. Wszyscy głośno rozmawiali, wykrzykiwali, walczyli ze swoimi bagażami i… brzydko pachniało. Zmęczenie jednak zwyciężyło i organizm sam się wyłączył. O godz. 6:00 czasu lokalnego wylądowaliśmy w Dhace.
Mimo dużych tłumów okienko do imigracyjne otworzyło się przed nami otworem bo Panowie dokonujący kontroli imigracyjnej sami przywołali nas do siebie poza kolejką. Prawdę mówiąc większego bałaganu na lotnisku jeszcze nie widzieliśmy. Nawet urzędnicy migracyjni siedzieli na jakichś połamanych krzesłach a jeden z nich przy próbie zrobienia zdjęcia do systemu stwierdził, że zawiesił mu się komputer (który nawiasem mówiąc wyglądał jak stare ATARI z lat 80-tych ubiegłego wieku) i przekazał temat urzędnikowi obok. Po przejściu kontroli pierwsze co dało się zauważyć to niezliczone chmary komarów, które kręciły się koło ludzi i próbowały zażyć tego co dla nich najlepsze. Od razu pomyśleliśmy, że bez odpowiednich zabezpieczeń tutaj malaria murowana. Ewentualnie dopaść nas może Denga Fiver, która według przeprowadzonego przez nas wywiadu zbiera tutaj żniwa, szczególnie w obszarach wiejskich. Po jakiejś pół godzinie udało nam się odzyskać nasze plecaki, zakupić lokalną kartę SIM, zadzwonić do naszego nowego znajomego Alama u którego mieliśmy się zatrzymać na czas pobytu w Dhace i udać się do wyjścia z lotniska. Tam po dłuższych konsultacjach telefonicznych udało nam się znaleźć z Alamem i udać się do jego mieszkania.
Po drodze mogliśmy doświadczyć ruchu ulicznego stolicy Bangladeszu, który – co tu dużo pisać – mocno odbiegał od naszych najśmielszych wyobrażeń. Ruch odbywał się we wszystkich możliwych kierunkach, dotyczył ciężarówek, riksz rowerowych, pieszych, autobusów i samochodów osobowych oraz wszystkiego co na drogę weszło.

ulica

Najciekawsze okazały się skrzyżowania. Tam przejazd w jakimś kierunku to czyste science fiction. Każdy kierunek i zachowanie jest możliwe. Nie wyobrażaliśmy sobie czy jakikolwiek turysta mógłby sobie poradzić prowadząc tu jakikolwiek pojazd. Trzeba być po prostu lokalsem, albo ubezpieczyć dobrze transport zwłok do ojczyzny. Przejeżdżając przez miasto oglądaliśmy przerażającą biedę i brud. Przy obwodnicy miasta widać było rzeki i rozlewiska, których jest tutaj całe mnóstwo a na nich poruszające się łódki i statki, które ze względu na płyciznę rzeki wyglądały jak wstawione bowiem te akweny wyglądały jak rozlewiska na polach.
Podobno to wynik osuszania miasta i budowy różnych zabezpieczeń przeciwpowodziowych, które mocno zmieniły bieg normalnych rzek. Korki mimo wczesnej porannej godziny były nieziemskie więc po ponad godzinie jazdy dotarliśmy do mieszkania Alama. Nasz nowy znajomy okazał się bardzo zamożnym jak na warunki Bangladeszu człowiekiem i miał trzypoziomowe mieszkanie w którym na różnych piętrach rozlokowana była cała rodzina: mama ze służbą, jego brat i wreszcie on ze swoją żoną dwójką dzieci i służącą. Ugoszczono nas śniadaniem w stylu bengalskim (ryż z curry, gotowane jajko, jakiś ryż na słodko z dodatkami i szklanka wody). Po pierwszych oporach (i upewnieniu się, że woda nie pochodzi z kranu czy jakiegoś naturalnego zbiornika) przełamaliśmy się i skorzystaliśmy ze szczerej gościny.

sniadanie

Było zaskakująco smacznie i poczuliśmy się swojsko. Po krótkich dyskusjach o naszych planach na najbliższe dni (poznanie Dhaki i tego co w niej ciekawe a także udanie się na południe Bangladeszu by zobaczyć największe skarb tego regionu: lasy namorzynowe) udaliśmy się mocno zmęczeniu na zasłużony odpoczynek by wieczorem udać się na pierwsze oględziny miasta.

W tym miejscu prosimy o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. Z góry za to bardzo dziękujemy.

Porady praktyczne:
Turystyka w Bangladeszu jest zjawiskiem bardzo niszowym, dlatego każdy turysta wzbudza ogromne zainteresowanie. Warto dobrze pochować swoje cenne rzeczy (gotówkę, karty i paszport) by nie kusić losu niepowetowaną stratą.
W Bangladeszu zaledwie kilka procent dorosłych mówi w jęz. angielskim więc dobrze jest mieć ze sobą zestaw podstawowych słów i zwrotów.

Kuala Lumpur – Thaipusam i wizyta u malezyjskich przyjaciół

środa, Luty 8th, 2012

Po nocy spędzonej na lotnisku w Colombo i kilku godzinach lotu, dotarliśmy do Kuala Lumpur. Było wczesne popołudnie a temperatura po wyjściu z samolotu dala nam wyraźnie do zrozumienia, ze jesteśmy bardzo blisko równika. Nieziemski upal (zgodnie z tym, co mówiły nasze prognozy w telefonach, temperatura odczuwalna wynosiła 47 st.C!) i lepkie od wilgoci powietrze. Wydawało się, że po prostu się ugotujemy. Nie zdążyliśmy nawet dotrzeć do miejsca, z którego odjeżdżają autobusy do centrum miasta, gdy błękitne niebo w momencie zasnuło się ciemnymi chmurami i lunął rzęsisty, ulewny deszcz, charakterystyczny dla klimatu okołorównikowego. Lało bez przerwy przez cala drogę do miasta (prawie godzina), ale w chwili kiedy dojeżdżaliśmy do celu, niebo znów się przejaśniło i przez kolejne kilkanaście minut mogliśmy obserwować błyskawicznie schnące w upale kałuże i chodniki.
W Kuala Lumpur nasza wycieczka na chwile się rozdzielała, ponieważ my byliśmy umówieni, że zatrzymamy się u naszej koleżanki – Penny, poznanej przed dwoma laty w Nowej Zelandii, natomiast reszta ekipy udała się do hotelu zarezerwowanego przez Mariusza.
Pierwszy wieczór w Kuala Lumpur spędziliśmy w towarzystwie Penny i jej siostry. Dziewczyny są pochodzenia chińskiego, więc na kolacje były typowo chińskie dania, przygotowywane przez Jessicę. To było dla nas spore zaskoczenie, bo po 3 miesiącach spędzonych w Chinach, wydawało nam się, ze Chińczycy w ogóle w domach nie gotują, tylko zawsze wychodzą gdzieś zjeść na ulicy, bo jest tanio i smacznie. Ale domowe, chińskie jedzenie okazało się prawdziwym hitem. Było pysznie. Wieczór mieliśmy spędzić na spotkaniu związanym z zakończeniem obchodów chińskiego nowego roku. Trzeba tu zaznaczyć, ze Nowy Rok obchodzi się zgodnie z chińskim kalendarzem 15 dni. Dzień ostatni jest zawsze świętowany w szczególny sposób, ponieważ jednocześnie ma on dla Chińczyków takie znaczenie, jak dla nas Walentynki, wiec przy okazji jest to święto zakochanych 🙂 Na zakończenie obchodów chińskiego nowego roku, Penny zabrała nas do parku z jeziorkiem, w którym była specjalnie z tej okazji zorganizowana impreza. Były koncerty, występy, puszczanie lampionów, a także specjalna, walentynkowa zabawa wywodząca się z dawnej tradycji chińskiej (kiedy to dziewczyny nie wychodziły z domów aż do takiego właśnie momentu). Polegała ona na tym, ze dziewczyny na pomarańczach pisały swoje imiona i numery telefonów, następnie na znak prowadzącego wrzucały owoce do jeziorka. W kolejnym etapie zabawy, chłopcy uzbrojeni w foliowe torby wchodzili do wody i wyławiali z niej pomarańcze. Oczywiście im więcej, tym lepiej.

Rzucanie pomaranczy

W ostatnim etapie, który już odbywa się poza widokiem publicznym, chłopcy dzwonią do dziewczyn, których numery wyłowili i umawiają się na randki. Niestety nie mamy pojęcia na ile ta metoda swatania jest skuteczna i jak często kończy się bajkowym „i żyli długo i szczęśliwie”. Szczerze mówiąc trochę to nudne, z naszego punktu widzenia dziwne ale emocje, jakie cala zabawa wzbudzała w Chińczykach, ogromne zaangażowanie, radość, wiarę w znalezienie swojej miłości właśnie w ten sposób, po raz kolejny uświadomiły nam, jak bardzo różnią się poszczególne kraje miedzy sobą. Jednak zmęczenie nieprzespaną nocą dało o sobie znać i nie wytrwaliśmy do końca imprezy.
Następnego dnia wstaliśmy gdy było jeszcze ciemno. Penny obiecała nas zawieźć do Batu Caves na obchody Tahipusam ale doradziła, żebyśmy przed godz. 7:00 wyszli z domu, by uniknąć największych korków po drodze i dotrzeć na miejsce jak jeszcze nie będzie tam koszmarnych tłumów. Tak tez zrobiliśmy. I oczywiście okazało się, że było to idealne rozwiązanie. O naszych doświadczeniach z Thaipusam (jak również o samym święcie, jego historii i tradycjach) możecie przeczytać tutaj: „Thaipusam – przerażające święto ku czci Murugana”. W tym roku jednak, Thaipusam miał trwać nie 3 dni, jak dwa lata temu, a zaledwie 1 dzień. To właśnie spowodowało, ze niewyobrażalne tłumy nadciągały do jaskiń ze wszystkich stron i jeszcze przed godzina 9:00 wszystkie drogi dojazdowe do Batu Caves były zalane powoli przemieszczającą się masą ludzką, pragnącą dołączyć do barwnych pochodów, otrzymać błogosławieństwo, dać się ponieść świątecznemu szaleństwu.
Podobnie jak poprzednim razem, byliśmy zachwyceni – różnorodnością kolorów, zapachów, muzyki, przy której tak łatwo było zapomnieć o realnym, otaczającym nas świecie.

Brama wejsciowa

Strzyzenie

p1000645

p1000725

p1000651

pic_1989

Będąc tu po raz drugi, czuliśmy się jak stali bywalcy – mało nas dziwiło to co się działo wokoło, mogliśmy dzięki temu w zdecydowanie większym stopniu oddać się współuczestniczeniu w obrzędach, nie myśląc tylko o zrobieniu jak największej liczby zdjęć. Większość z zaobserwowanych przez nas obrzędów była jedynie potwierdzeniem tego, ze wszystkie magiczne rytuały, które opisywaliśmy dwa lata temu, dzieją się naprawdę. Z tego miejsca możemy potwierdzić, ze wszystko jest absolutna prawdą. Dodatkowo, widzieliśmy dwie całkowicie nowe sytuacje, które wprawiły nas w jeszcze większe osłupienie! Pierwszą z nich był zaprzęg ciągnięty przez dwie krowy – ale, co niewyobrażalne – krowy tez były w transie! Miały oszalały wzrok i toczyły pianę z pysków, szarpiąc się i wyrywając woźnicy. Przed nimi szli panowie z gwizdkami by „odgarniać” tłumy i zrobić miejsce temu dziwnemu zaprzęgowi – krowy ciągnęły ogromy ołtarz przyozdobiony oczywiście pawimi piórami, a przed ołtarzem siedział powożący krowy uczestnik Thaipusam, które kijem uruchamiał ten zaprzęg w kierunku schodów prowadzących do jaskini. Niestety zaprzęg poruszał się tak szybko, że nie zdążyliśmy nawet zrobić mu sensownego zdjęcia ani nawet zobaczyć w jaki sposób ten orszak miał dostać się po schodach na samą górę przed ołtarz Murugana. Natomiast pod koniec dnia zobaczyliśmy jednak coś, co kilkakrotnie przerosło nasze dotychczasowe doświadczenia z tym świętem – na potężnej, wysokiej na 2 metry konstrukcji z metalowych prętów, wniesiono pątnika, który miał haki powbijane w cale ciało w taki sposób, że wyglądał, jakby leciał nad ziemia rozpięty pomiędzy tymi prętami. I tu znowu z wrażenia i prędkości poruszania się tej niesionej przez innych uczestników święta konstrukcji nie udało się na czas wyciągnąć aparatu, żeby zrobić zdjęcie, ale to co w ostatniej chwili udało się złapać z daleka teraz mocno powiększone, pokazujemy poniżej, dla pełnego zrozumienia Czytelników, dlaczego było to coś wyjątkowego.

p1000759

Po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, jak niesamowite dokonania leżą w zasięgu możliwości człowieka w obszarach niezbadanych jeszcze przez naukę.

Następny po święcie Thaipusam dzień w Kuala Lumpur spędziliśmy na spacerowaniu po mieście i drobnych zakupach, a wieczorem udaliśmy się na lotnisko, skąd mieliśmy lot do Dhaki, stolicy Bangladeszu.

Prosimy teraz o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. W imieniu dzieci bardzo za to dziękujemy.

Porady praktyczne:
Do Batu Caves z Kuala Lumpur najlepiej udać się miejskim autobusem lub pociągiem KTM – cena 2 MYR (około 2 zł) w jedną stronę.

Negombo i Colombo

niedziela, Luty 5th, 2012

Rano byliśmy zaproszeni na pierwszą od czasu podróży kawę. Fakt, że zostaliśmy zaproszeni na poranną kawę do apartamentu Królowej Elżbiety II sprawił, że z całą powagą potraktowaliśmy to ważne wydarzenie i pozbieraliśmy się sprawnie, żeby się nie spóźnić 🙂

salon
Po porannej kawie, która w tym szacownym miejscu straszącym brudem wpadliśmy w głupie żarty o tym, że należymy do świty Królowej Jadwigi III, która to kontynuuje to rozpoczęte 54 lata temu wizytowanie Negombo w związku z czym usłużnie wachlowaliśmy Królowej a służba uwijała się przy stole jak w ukropie :-))) Swoją drogą nie mogliśmy wyjść z podziwu jak można doprowadzić do ruiny przepiękny budynek, który wcześniej na pewno olśniewał swoją świetnością. Bezmyślni lokalsi nie tylko nie zadbali o utrzymanie, ale też oszpecili budynek i wnętrza rozwiązaniami typu transformator na środku ogrodu naprzeciw drzwi wyjściowych z Sali, która kiedyś zapewne była balową, w oknach postawiano dawno już nieczynne klimatyzatory, przestrzenie balkonowe zabudowano drewnianymi ramami z drucianą siatką itd. itd. Tragedia po prostu. Gdyby ktoś zainwestował w ten budynek porządne pieniądze to zamiast obecnych paru dolarów od osoby można by inkasować co najmniej dziesiątki a może i setki dolarów. Nawet położenie budynku tuż przy Oceanie Indyjskim przy wlocie kanału byłoby bardzo atrakcyjne dla bogatego klienta. No, ale widocznie SriLanczykom nie przychodzą takie interesy do głowy 😉
Nasz ostatni dzień na Sri Lance postanowiliśmy spędzić na poznaniu typowego miasta srilankańskiego pod kątem tego jak wygląda tu życie, sklepy, a także na ewentualnym plażowaniu 🙂
Dzień udał się doskonale bowiem słońce prażyło niemiłosiernie, miasto tętniło życiem, a nieopodal guesthousu znajdował się targ rybny na którym od rana rybacy zaczynają swoją działalność tuż po powrocie z połowów. Na przestrzeni wieluset metrów rozkładane były ryby na sznurkowych podkładach, które suszyły się w naturalnym słońcu, a potem je ważono i pakowano do wielkich kartonów. Robotnicy pracujący przy takich zadaniach zarabiają podobno nawet 25 tys. LKR miesięcznie (około 250 USD co jak na warunki srilankańskie jest kwotą bardzo wysoką!).

rybacy1

rybacy2

Największym jednak miejscem okazało się lokalne targowisko owocowo-warzywne na którym spędziliśmy ponad godzinę. Tętniące życiem, pulsujące kolorami cudownych warzyw i tropikalnych owoców oraz cudownie pachnących przypraw miejsca miało w sobie lokalny koloryt i stanowiło okazję zakupienia super owoców i przypraw za śmienie niskie ceny. Jeżeli ktoś będzie w Negombo to polecamy ten rynek z pełną odpowiedzialnością. Tak kolorowego i dobrze wyposażonego w warzywa i przyprawy ryku nie widzieliśmy jeszcze w żadnym miejscu Azji.

targ1

targ2

targ3

Drugą część dnia przed wyjazdem na lotnisko postanowiliśmy spędzić na plaży i udało się! Pogoda oczywiście była bezbłędna bo panujące 34 st. C i słońce dało nam już ostro w kość podczas zwiedzania miasta. Teraz można było zanurzyć się w końcu w oceanie i schłodzić się nieco (choć temperatura oceanu i tak przekraczała 25 st. C) 🙂

plaza

O godz. 16:30 kiedy to zbieraliśmy się z plaży zerwał się silny wiatr, który wykręcał palmy i wiedzieliśmy już, że zanosi się na deszcz. Parę minut później lunął rzęsisty deszcz, który skutecznie przepędził nas z tego miejsca. Nieco przemoczeni zabraliśmy się w drogę do Kolombo skąd mamy nad ranem odlot w dalszą część trasy.
Sri Lankę pożegnaliśmy więc w dobrym nastroju bo udało się zrealizować plan odwiedzenia najważniejszych punktów niemal w 100% (jak na jedynie 3,5-dniowy pobyt). Teraz czeka nas kolejne noc na lotnisku, a potem meldujemy się w Kuala Lumpur. Niech żyje magia Thaipusam, którą mamy nadzieję doświadczyć już po raz drugi w Batu Caves 🙂

Prosimy teraz o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. W imieniu dzieci bardzo za to dziękujemy.

Porady praktyczne:
Rynek warzywno-owocowy w Negombo znajduje się niedaleko fish marketu czyli ujścia kanału pomiędzy laguną a pozostałą częścią nabrzeża. Plaża natomiast znajduje się 2 km od tego miejsca w kierunku północnym (z daleka widać rejon nabrzeża z palmami).
Noclegownia New Rest Mouse to miejsce dla ludzi, którzy są gotowi na spanie w mało ciekawych i brudnych warunkach. Za to nocleg kosztuje jedynie 1000 do 1500 LKR (10 do 15 USD za pokój).

Pinawella, pola herbaciane i Nuwara Eliya

sobota, Luty 4th, 2012

Wstaliśmy bardzo ociężali zgodnie z planem o 6:50 by o 7:30 wyruszyć do Pinawelli gdzie w tzw. „sierocińcu dla słoni” zobaczyć jak wygląda utrzymywanie stad słoni oraz dbanie o te egzemplarze, które są chore lub po prostu o młode odnalezione gdzieś sztuki, które nie mają rodziców.
Miejsce to jest niestety dość komercyjne i stada słoni są wystawiane na pokaz, ponieważ słoń na Sri Lance przyciąga tłumy turystów i w oczach wielu stanowi symbol tej pięknej wyspy.
Mieliśmy więc możliwość podziwiać te piękne zwierzęta jedzące po kilkaset kilogramów różnych zielonych gałęzi i pijących wodę a nawet mleko (podawane z ogromnych butelek). Uczestniczyliśmy też w karmieniu słoni świeżymi owocami – niesamowita frajda 🙂

slonie

Będąc na Sri Lance można się natknąć na słonie w różnych miejscach (sami widzieliśmy np. słonia przewożonego na ciężarówce w środku miasteczka :-)), ale jeśli nie mamy za dużo czasu na zwiedzanie wyspy a lubimy te zwierzęta to warto udać się do Pinawelli.
Naszym następnym planem było udanie się do centralnej części wyspy w górzyste rejony, które słyną przede wszystkim z plantacji herbaty i przepięknych widoków. Udaliśmy się więc w kierunku Nuwara Eliya jadąc przepięknymi drogami i podziwiając niesamowite, zapierające dech widoki.

widoki1

Najwspanialszymi widokami są jednak chyba porośnięte herbatą zbocza wzgórz. Przepiękne zielone kolory krzaczków słynnych na całym świecie herbat robią wrażenie. Dla samych tych widoków warto udać się na Sri Lankę. Nie mają w sobie równych a swoim urokiem niemal dorównują tarasom ryżowym, które widzieliśmy w Chinach, Wietnamie czy na Bali.

widoki2

Obowiązkowym punktem pobytu na Sri Lance jest też wizyta w fabryce herbaty gdzie można prześledzić cały skomplikowany proces produkcji herbaty, która trafia do naszych szklanek (teoretycznie bo herbata, którą kupujemy w sklepach jest barwiona, aromatyzowana itd. więc daleko jej od naturalnych sfermentowanych liści). W przyfabrycznym sklepie można zakupić produkowaną w tym miejscu herbatę. Prawdziwa herbatka z krzaczków, które widać w okolicznych rejonach. Polecamy!

herbaty1

herbaty2

herbaty3

herbaty4

Cały rejon Nuwara Eliya jest w sumie ogromnym parkiem narodowym ze względu na unikalną przepiękną przyrodę, ale również miasteczko o tej nazwie jest warte odwiedzenia. Znajduje się na wysokości 2000 m npm a na obrzeżach znajduje się najpiękniejszy na Sri Lance ogród botaniczny.
Po dobrze spędzonym dniu udaliśmy się w kierunku Negombo – miasta położonego na zachodnim wybrzeżu wyspy.
W drodze do Negombo urządziliśmy postój na posiłek w jakimś przydrożnym barze dla lokalsów. Wrażenie – bezcenne! Podawane w mocno zniszczonych miseczkach na mocno zniszczonym stole i jedzone wątpliwej czystości sztućcami potrawy smakowały jednak wyśmienicie 🙂 W końcu każdy travelers żywi się w normalnych nieturystycznych miejscach a tak właśnie jedzą tutaj mieszkańcy Sri Lanki. Oczywiście podstawowym jedzeniem są tutaj ryże z curry i warzywami lub ewentualnie kurczakiem lub rybą. W większości jest to jedzenie na ostro (chilli jest tutaj podstawą większości potraw). Za niewielkie pieniądze mogliśmy posmakować lokalne potrawy, które może nie są tak pyszne jak tajskie czy kambodżańskie, ale stawiamy je wysoko wśród innych azjatyckich kuchni.

kuchnia

Jadąc po wijących się górzystych drogach w pewnym momencie dopadł nas biegnący z bukietem kwiatów chłopiec. Usiłował nas dogonić by sprzedać nam kwiaty, ale co było dla nas największym szokiem mimo względnie szybkiej jak na górskie warunki jazdy będąc w zniszczonych gumowych klapkach zbiegał po stromych zboczach wzgórz wyprzedzając nas na kolejnych zakrętach i pojawiając się znowu jeszcze przed nami! Po kilku takich zakrętach byliśmy pełni podziwu i mocno zszokowani wyczynów jakich dokonywał ten chłopak! Zbieganie po zarośniętych wzgórzach w zwykłych plastykowych klapkach przy tych odległościach i różnicach poziomów było dla nas rzeczą niewiarygodną. Poprosiliśmy kierowcę o zatrzymanie samochodu i nagrodziliśmy mistrza górskich biegów przełajowych kilkoma drobnymi banknotami 🙂 Zasłużył z nawiązką! Myśl o tym ile wysiłku będzie go kosztował powrót do miejsca z którego rozpoczął bieg nie dawała nam spokoju.

chlopak_kwiaty

Dalszy etap podróży dał nam doświadczyć kolejne mistrzostwo, ale zupełnie innego rodzaju. W poprzednim wpisie komentowaliśmy temat poruszania się po drogach Sri Lanki. Na skutek faktów, które przywołaliśmy średnia prędkość poruszania się po drogach wynosi około 40 km/h. Teraz jadąc do Negombo mieliśmy przed sobą jakieś 4h drogi. Jednak kierowca zrobił wszystko co mógł, żeby nasze głowy posiwiały a potem wyszły z nich wszystkie włosy 😉 W zupełnej ciemności po krętych i wyboistych drogach pędząc naprzeciw busów, wyprzedzając „na trzeciego” i wykonując slalomy pomiędzy pojazdami dotarliśmy do Negombo po 2,5 godz.! Na koniec poprosiliśmy Nishantha o numer telefonu, żeby przekazać go Chołkowi – na pewno wiele mógłby się od niego jeszcze nauczyć! 😉
W drodze udało nam się jeszcze zarezerwować miejsce w hotelu do którego teraz dotarliśmy. Naszym oczom ukazała się ogromna kolonialna budowla w starym dobrym stylu. Przez chwilę zastanawialiśmy się czy to nie żart, bo noclegownia, która miała być tanią wyglądała po ciemku z zewnątrz na wysokiej klasy hotel. Jednak już po wejściu do środka okazało się, że wrażenie było co najmniej błędne 🙂

new_rest

W pokojach biegały ogromne karaluchy, na ścianach wisiały pajęczyny, z sufitu zwisały zerwane kawałki drewnianych desek, z kranu płynęła zimna woda a brud i kurz był taki jakby tam nigdy nie było żadnych gości. Na osłodę tego miejsca przyszła nam jednak informacja, którą wyczytaliśmy w Lonely Planet, że w tym budynku nocowała w 1958 roku Królowa Elżbieta II. Ba! Mało tego! Trzyosobowy pokój nr 7 w którym nocowała Małgosia, Ania, Marta i Jadzia okazał się właśnie tym apartamentem Królowej! No cóż taka przygoda zdarza się chyba raz na całe życie! 🙂

W tym miejscu prosimy o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. W imieniu dzieci bardzo za to dziękujemy.

Porady praktyczne:
Bilet do sierocińca słoni kosztuje dla turystów 2000 LKR (około 20 USD). Jeżeli chcemy zobaczyć karmienie z butelki to należy być tam przed godz. 9:00. Jedzenie w lokalnych barach kosztuje około 100 do 200 LKR (czyli od 1 do 2 USD) – czyli tanio i smacznie! 🙂

Sigiriya, Polonnaruwa, Dambulla, Kandy

piątek, Luty 3rd, 2012

Pierwszy pełny dzień na Sri Lance przywitał nas odgłosami pełnej egzotyki. Od świtu za oknami słychać było niesamowity śpiew ptaków i odgłosy przyrody, które około godziny 8:00 zostały zakłócone przez przejeżdżający samochód z którego ktoś przez megafony odprawiał modlitwy 🙂 To był dobry moment by rozpocząć dzień i wyruszyć do jednej z dawnych stolic Sri Lanki: Polonnaruwy.
Dotarliśmy tam całkiem sprawnie chociaż droga okazała się w 1/3 długości rozkopana, dziurawa i trudna w przeprawie. W ogóle jazda po Sri Lance to spora dawka emocji. Drogi są wąskie, kręte a sposób jazdy przypomina nieco jazdę po Indiach z tym, że tutaj zamiast ciągłych klaksonów ciągle miga się długimi światami do pojazdów z na przeciwka dając im znaki by się „odsuwali” na bok jeśli ma nie dojść do czołowego zderzenia 🙂 Klakson z kolei przyciska się dla zasygnalizowania temu, kto jest wyprzedzany by się „przesunął” w lewo by akcja wyprzedzania „na trzeciego” nie zakończyła się karambolem. Do tego dochodzą wszędobylskie tuk-tuki i motorowery, które potrafią w tym całym zamieszaniu przecinać drogę na skos i piesi, którzy idą poboczem lub właśnie decydują się na przejście przez drogę. Inni uczestnicy ruchu jadą często na długich światłach lub mają ciągle włączony kierunkowskaz. Krótko mówiąc spore wyzwanie dla nie-tubylców 🙂
Polonnaruwa jest całkiem przyjemnym miejscem gdzie można zobaczyć stare świątynie i budynki z XII wieku, które zostały wybudowane za czasów ówczesnego władcy Nissankamalli.

pollanaruwa1

pollanaruwa3

Jeśli ktoś był w Angkor Wat to te budowle nie „zrzucą” z nóg, ale są bardzo ciekawym do zwiedzenia miejscem. Tym bardziej, że są rozmieszczone w ciekawym otoczeniu w pobliżu dużego jeziora i odwiedzane przez liczne tutaj egzotyczne zwierzęta. Małpy, mongo i ogromne jaszczurki wielkości małego warana można tutaj spotkać w wielu miejscach.

pollanaruwa2

Ciekawe, że rozrzucone w różnych miejscach miasta budowle nie są czytelnie oznaczone więc docieranie do tych miejsc odbywa się na zasadzie „czuja”, Np. od części położonej nad jeziorem do części z największą świątynią należało przejść normalną ruchliwą drogą by potem przejść do następnej kontroli biletów. Tam organizacja sprawdzania biletów potwierdza, że procedury podobnie jak w Indiach są celowo skomplikowane by duża liczba obywateli miała jakąś pracę. Za każdym razem okazuje się, że inna osoba odrywa bilet, inna sprawdza numer a jeszcze inna pieczołowicie zapisuje ten numer do zeszytu 🙂
Małgosia poznała tutaj potencjalnego przyszłego męża, który nie odstępował jej na krok przez cały czas zwiedzania pokazując różne ciekawostki i oprowadzając ją po zabytkach. Lokalny chłopak rozmawiał płynnie w ośmiu językach, pracował kiedyś w Niemczech i w ogóle lśnił ją swoją otwartością a przy tym rezolutnością niezłego biznesmana 🙂
W Polannaruwa krąży też sporo handlarzy, którzy próbują wycisnąć z turystów co się da sprzedając różne rękodzieła. Należy się mocno targować, a wstępną cenę podzielić przez dziesięć i do tego dążyć 🙂 W ten sposób udało nam się kupić kilka pięknych pamiątek za śmiesznie niskie pieniądze.

Następnym koniecznym do zobaczenia miejscem jest symbol Sri Lanki – ogromna, kolorowa skała zwana Lion Rock (lwia skała). Położona jest w zasadzie w płaskim otoczeniu i wygląda jak przeogromny kamień szlachetny zrzucony gdzieś z nieba pośród drzew i palm.

lion_rock1

Atrakcyjność tego miejsca polega na tym, że na szczyt skały można wejść (specjalnie wybudowanymi bramami, schodami i drabinkami) oraz na interesującym otoczeniu (wejścia w kształcie lwich łap lub… tyłka) 🙂
Wejście na szczyt skały jest dość męczące, ale nie stanowi wyzwania nie do przebrnięcia. Za to na szczycie można doznać przyjemnego chodu ze względu na porywisty wiatr i sporą wysokość. Schodząc ze szczytu dziewczyny (Ola i Małgosia) dostały grad braw i okrzyków z wiwatami za wytrwałość 🙂 Mniej więcej w połowie drogi na szczyt znajdują się malowidła ścienne znajdujące się na wyżłobieniach skalnych.

lion_rock2

Zaskoczeniem dla nas była nowoczesna technologia jaką zastosowano przy kontroli biletów. Otóż Pan w okienku przy wejściu użył czytnika kodów kreskowych na podczerwień po czym po sygnale dźwiękowym potwierdzenia odczytu kodu, odrywał kupon z biletu i zwinnym ruchem wrzucał go do przeciętej na pół plastykowej butelki a Pani obok długopisem wpisywała numer biletu do zeszytu. Pełen szacun :-)))

Potem korzystaliśmy z uroków miejskich Dambulli gdzie nabyliśmy owoce by jakoś przetrwać dzień bez tradycyjnych posiłków (śniadania ani obiadu nie jedliśmy a o kawie zdążyliśmy zapomnieć :-))

dambulla1

Po drodze do Kandy gdzie zamierzaliśmy się zatrzymać na noc w jakimś tanim guesthouse zatrzymaliśmy się jeszcze w Matale gdzie podziwialiśmy przepiękną świątynię hinduistyczną.
Na koniec dnia dotarliśmy do zarezerwowanego wcześniej miejsca do spania. Okazało się całkiem przyjemnym miejscem w dodatku położonym w odległości 10-minutowego spaceru od centrum gdzie można było tanio zakupić napoje, które w ciągu dnia ze względu na panujące tu upały znikały bez przerwy w naszych gardłach by zaspokoić gospodarkę płynów w organizmie. Potem zasłużony odpoczynek by wstać o godz. 6:50 dnia następnego. Wszystko po to by móc udać się na poranne karmienie słoni w Pinawelli 🙂

W tym miejscu prosimy o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. Z góry za to dziękujemy.

Porady praktyczne:
Bilet do Polannaruwy kosztuje dla turysty 25 USD i daje uprawnienia do obejrzenia dawnej stolicy, leżącego Buddy oraz muzeum położonego nieopodal jeziora. Bilet na Lion Rock kosztuje dla turysty 30 USD. Nie polecamy próby wejścia bez biletów ponieważ w dawnej stolicy wszędzie przy wejściach bilety są kontrolowane a w przypadku Lion Rock kontrola biletów poza samym wejściem na ścieżkę do skały odbywa się również na sporej wysokości więc spacer z powrotem i kolejne wejście byłoby wydatkiem energetycznym wydatnie obciążającym organizm 😉
Przykładowe ceny na Sri Lance: woda 1l – 50 LKR (około 0,5 USD), kilogram bananów – 100 LKR (około 1 USD).

Kierunek: Sri Lanka

czwartek, Luty 2nd, 2012

No i stało się. Jedno z podstawowych praw Murphyego, które mówi, że jeśli coś może się wydarzyć to wydarzy się na pewno – zadziałało bezbłędnie. Ryzykownie krótki czas na przesiadkę w Chennai okazał się mimo naszych wysiłków by przesiadka się udała zbyt krótki i nie pozwolono nam się odprawić na lot do Kolombo. Robiliśmy co się dało by zabezpieczyć ten transfer z wyprzedzeniem, ale znowu okazało się, że do hinduskich informacji trzeba podchodzić z duuuuużą rezerwą, Już oczekując w Delhi na samolot IngiGo udaliśmy się do biura SpiceJet by powiedzieć o tym, że będziemy przesiadać się do ich samolotu, że czasu będzie niewiele, ale dotrzemy itd. Pani z biura SpiceJet z uwagą słuchała po czym poprosiła o bilety oraz imiona i nazwiska by zgłosić to w systemie komputerowym. Pilnie coś tam klepała w klawiaturę po czym powiedziała, żeby się nie martwić. Nic więcej i tak byśmy nie wskórali więc musieliśmy liczyć na to, że na miejscu da się to poskładać i będzie OK. Lot tanimi liniami IndiGo okazał się całkiem kulturalny – samolot był czysty choć na pokładzie głośno rozmawiano co nie pozwalało skutecznie „zmrużyć oczy” po nocy spędzonej na lotniskowym krzesełku. Ciekawostką w IndiGo były trampy do wejścia na pokład, które przypominały bardziej hinduskie budy niż profesjonalną rampę do jakiej przywykliśmy w „normalnych” liniach lotniczych.

pic-indigo

Po przybyciu na lotnisko w Chennai wszystko szło bardzo gładko, ale pierwsze „jaskółki Murphy’ego” pojawiły się przy odbiorze bagażu. Cierpliwie czekając na nasz bagaż wśród setek innych wyłowiliśmy pierwszy z nich, a na drugi oczekiwaliśmy przestępując z nogi na nogę w blokach startowych by po przechwyceniu go pobiec we właściwe miejsce odpraw międzynarodowych. Niestety po kilkunastu obrotach karuzeli na taśmie zaczęło się robić pusto, zaczęły spadać już tylko kartony i paczki, a bagażu nadal nie było. Po kilku następnych nerwowych minutach, które przecież dzieliły nas od zamknięcia odprawy na kolejny samolot okazało się, że bagaż owszem jest, ale tej jeden jedyny (sic!) utknął akurat na taśmie wyrzucającej bagaże na karuzelę, a ponieważ było to powyżej głów to nie było tego widać. Służby bagażowe nie kwapiły się z szybką pomocą i ze stoickim spokojem najpierw po obejrzeniu „przypadku” a potem po konsultacji między sobą któryś z pracowników udał się by wypchnąć zablokowany bagaż. Bloki startowe puściły a my w biegu rzuciliśmy się do rywalizacji w biegu na trasie 200m z płotkami 😉 Niestety nawet po szybkim przebrnięciu kolejnych uzbrojonych służb mundurowych i ich wnikliwej analizie biletów, paszportów itd. i dostaniu się już do hali odpraw okazało się, że lista pasażerów jest już zamknięta i nie ma mowy o jakimkolwiek dołączeniu nas do ekipy odprawionych, którzy czekali już na wyjście do samolotu. Nie pomogły prośby, groźby, tłumaczenia itd. Nikt ze służb SpiceJet nie wiedział o nas i o naszym potencjalnym spóźnieniu, niczego nie było w systemie i w ogóle Pan Kierownik okazał się nieprzejednany, bo zapierał się, że nie ma żadnych szans na odprawę, że on nic nie może w tej sprawie zrobić itd. Po kolejnych rozmowach w biurze SpiceJet też nas utwierdzono, że nic nie można już zrobić, no chyba, że odlecieć takim samym lotem, ale dnia następnego. Przy tak intensywnym planie, który zakładał pobyt na Sri Lance jedynie 3,5 dnia oznaczałoby to skrócenie tego czasu o 30% co znacznie ograniczyłoby nasze możliwości zobaczenia tego co na Sri Lance najważniejsze i najciekawsze. Oznaczało to, że opcja jest tylko jedna: za wszelką cenę próbować dotrzeć na tę wyspę jeszcze tego samego dnia korzystając z usług innego przewoźnika. Udaliśmy się więc na szybkie sprawdzenie do punktów informacyjnych i po prawie godzinnych twardych negocjacjach cenowych udało nam się kupić lot liniami Fisher King w cenie podobnej do tego co mieliśmy ustalone z SpiceJet. Na dodatek lot miał się odbyć tylko 3 godziny później niż ten na który się nam nie udało załapać więc strata czasowa okazała się niewielka 🙂
Po kolejnych odprawach poziom stresu opadł i pozostało już tylko czekanie na Króla Rybaków 😉
King spóźnił się od planowanego odlotu o 15 minut (swoją drogą kolejna ciekawostka: nasz poprzedni odleciał 15 minut wcześniej więc hinduskie systemy jakoś to chyba wyrównują, żeby w przyrodzie nic nie ginęło ;-))

pic-king

Po wylądowaniu w Kolombo ucieszyła nas przede wszystkim wiadomość, że temperatura na wyspie to 33 st.C więc dokładnie odwrotnie niż w tym samym czasie notowano w Polsce 😉 Potem pozostało już załatwienie samochodu i udanie się jak najdalej w głąb wyspy by dnia następnego mieć dobry punkt startowy do eksplorowania wyspy. Razem z Mariuszem i resztą ekipy (wybraliśmy się tu bowiem w dużej grupie znajomych, tzn. Ryśkiem, którego poznaliśmy razem z Mariuszem na wyspie Java, Anią, Martą oraz nowymi znajomymi: Jadzią i Małgosią – będziemy z nimi podróżować razem do Kuala Lumpur a potem nasze drogi się rozchodzą i do Bangladeszu jedziemy już sami) przystąpiliśmy do prób załatwienia tematu samochodu. Po prawie dwugodzinnych negocjacjach walcząc z niesłownością srilankańskich kierowców, którzy podobnie jak Hindusi zmieniali zdania, udzielali różnych niespójnych informacji itd. udało się w końcu znaleźć odpowiedni samochód i odpowiednią cenę pozwalającą na tanie podróżowanie po wyspie.
O godz. 17:40 czasu lokalnego mogliśmy w końcu ruszyć. Plan zakładał dotarcie do miejscowości Singiriya gzie mieliśmy nadzieję znaleźć miejsce do noclegu. I plan się powiódł! Mimo uciążliwości srilankańskich dróg, ogromnego ruchu i ciemności (o 18:10 zrobiło się ciemno) po 4 godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce gdzie po wizytach w kilku guesthousach i hotelach zacumowaliśmy w końcu w Ancient Village gdzie po czynnościach łazienkowych wreszcie po 2 pełnych dniach spędzonych w różnych środkach transportu można było zapaść w głęboki sen z nadzieją na to, że kolejny dzień rozpocznie się już z nowymi siłami i przede wszystkim w pięknym otoczeniu… 🙂

W tym miejscu prosimy o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. Z góry za to dziękujemy.

Porady praktyczne:
W sumie to truizm, ale dla przypomnienia: jadąc do krajów azjatyckich zawsze warto mieć poza kartami bankomatowymi również dolary amerykańskie, które w razie potrzeby można wymienić na lokalną walutę. Na lotnisku w Colombo gdzie były potrzebne srilankańskie rupie nie udało się niestety wypłacić pieniędzy z bankomatu więc z pomocą przyszedł jeden z wielu kantorów wymiany walut w którym bez trudu można wymienić dolary.

Tranzyt, tranzyt, tranzyt

środa, Luty 1st, 2012

No to jesteśmy – że tak powiemy – on the road 😉 Zanim jednak dotrzemy w pierwsze miejsce w którym zaczniemy eksplorować otoczenie czeka nas przeprawa tranzytowa. Takie są konsekwencje gdy się chce oszczędzać wszelkie wydatki na travelerskie wypady. Żeby dolecieć na miejsce docelowe za śmiesznie małe pieniądze (jak na dystanse jakie przebywamy) trzeba było mocno zakombinować 🙂
Prawą ręką przez lewe ramię łapiąc za prawe ucho udało się wykombinować bilety, które na dystansie z Polski do Indii kosztowały nas (uwaga!) niecałe 600 zł. A to dzięki temu, że korzystając kilka miesięcy temu z błędów systemu amerykańskiej Expedii można było złożyć bilet z Pragi do Berlina przez Brukselę i New Delhi (swoją drogą bardzo ciekawa trasa jak na odcinek Praga- Berlin) 😉
Tak więc po tanim transporcie do Pragi (kosztował całe 15 zł! :-)) i przelotach do Brukseli dotarliśmy do Delhi i teraz koczujemy na lotnisku do rana w oczekiwaniu na tanie linie hinduskie IndiGo by stąd polecieć do Chennai a potem następnymi tanimi liniami hinduskimi SpiceJet polecieć do Colombo (Sri Lanka) i stamtąd ruszyć w głąb herbacianej wyspy.
Oczywiście klimat Indii dało się wyczuć już po opuszczeniu Terminala nr 3 na który przybyliśmy. A to dlatego, że po pierwsze można było zrzucić ciepłe ubrania, którymi chroniliśmy się przed europejskimi mrozami, a po drugie dlatego, że już na lotnisku zaczęto nas wprowadzać w błąd różnymi sprzecznymi informacjami 🙂 No, ale na to byliśmy doskonale przygotowani, bo niby dlaczego mielibyśmy ufać Hindusom, dla których czas i przestrzeń jest pojęciem absolutnie względnym a najczęstszym powodem udzielania informacji jest chęć zarobienia paru rupii na nieświadomych lub zagubionych turystach. Najpierw w informacji kierowano nas na ten sam terminal piętro wyżej bo stamtąd niby miały odlatywać linie IndiGo. Potem uzbrojony po zęby Pan przy wejściu do hali odlotów stwierdził, że IndiGo zmieniły miejsce odlotów krajowych na terminal 1D, a potem na pytanie jak można się przedostać na ten terminal uprzejmie powiedział, że jedynym środkiem transportu jest taksówka. Hahaha, Polak w ciemię nie bity i wie, że to zwykła ściema. Wyszliśmy z terminala i szybko zorientowaliśmy się, że między terminalami kursuje darmowy shuttle bus. Wystarczy okazać się biletem przylotowym a potem wylotowym z innego terminala i służby terminalowe wydrukują darmowy bilet na autobus.
Oczywiście każdy udzielał zupełnie innych, sprzecznych ze sobą informacji. Łącznie z kierowcą autobusu, który wskazał inny autobus stojący kilkadziesiąt metrów dalej, a przy tamtym z kolei autobusie wskazano nam autobus poprzedni w którym już pytaliśmy. Nie bacząc na te niespójne informacje weszliśmy do autobusu, który – a jakże – zawiózł nas na terminal 1D 🙂
Tam poszło już prawie gładko. Po kilku odsyłaniach nas w kolejne miejsca (do każdych drzwi terminala wejścia chroni kilku uzbrojonych żołnierzy, a przy jednym nawet stał umundurowany funkcjonariusz za przeciwpancerną blachą z CKM’em w rękach) dotarliśmy do drzwi w których stwierdzono, że to tutaj i po sprawdzeniu biletów bramy się otworzyły 🙂
Teraz przebywamy więc na terminalu na którym nie ma wi-fi, w brudnych toaletach jest tylko zimna woda, a za miejsca do spania służą nam posadzki lub twarde plastikowe siedzenia. Ale co tam! Najważniejsze, że pierwszy, długi odcinek zaliczony! Teraz kolejne odcinki w których najsłabszym punktem będzie przesiadka w Chennai na kolejny samolot, którego odlot ma nastąpić godzinę po naszym planowanym przylocie, podczas gdy hinduskie wymogi mówią o koniecznej odprawie na międzynarodowych lotach na co najmniej 3 godziny przed odlotem 🙂 Zobaczymy co z tego wyjdzie. Znając umowność pojęcia czasu w tej części świata i tak sprawa jest mocno względna więc nie ma co sobie wyrywać włosów z głowy na zapas 😉 Tak więc ciąg dalszy relacji nastąpi… 🙂

Na koniec naszym zwyczajem chcemy prosić o udzielenie pomocy dla niedożywionych dzieci z Polski przez kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl. Wszystkim w imieniu dzieci bardzo za to dziękujemy.

Porady praktyczne:
Krótko i na temat: wszelkie loty, przeloty itd. należy mimo wcześniejszych rezerwacji w systemach przewoźników mieć wydrukowane. Papier tutaj rządzi i na każdym kroku należy się nim okazywać jeśli nie chcemy mieć do czynienia z bronią 😉 Jak pokazała praktyka należy też mieć poprzednie bilety i numery lotów bo mogą się one przydawać nawet już po przylocie (np. w okienku chek-inowym sprawdzano numery poprzednich lotów a także dla uzyskania biletu na shuttle bus też należało się okazać poprzednim boarding passem)