Ubud dwadzieścia lat później, czyli „po co Ci wszyscy ludzie tu przyjeżdżają?”

Ręka do góry kto czytał „Jedz, módl się i kochaj” Elizabeth Gilbert! Wszyscy Ci, którzy czytali (a tym, którzy nie czytali, polecamy lekturę serdecznie) z pewnością zrozumieją, że opisy Bali przedstawione w tej książce, a w szczególności klimat miasteczka Ubud, spowodowały, że jednym z naszych największych marzeń był przyjazd tutaj. Podejrzewamy, że wszyscy z taką samą zachłannością napawali się rajskim, leniwym klimatem tego zakątka świata emanującym z książki, wyobrażali sobie ulicznych artystów którzy dodawali miastu wyjątkowego uroku i widzieli na każdym kroku uśmiechniętych mieszkańców Bali z ich nieśmiertelnym „where are you going?” (przypis dla tych, którzy nie czytali książki: „where are you going?” miało być podstawowym pytaniem na Bali, a w szczególności w Ubud, na takie pytanie zawsze trzeba było mieć gotową odpowiedź, gdyż świadczyła ona nie tylko o tym, dokąd aktualnie zmierzamy, ale generalnie – o naszej filozofii życia, tym, co jest dla nas ważne, do czego dążymy).
Lovina jako mimo wszystko niewypał turystyczny, powoli chylący się ku upadkowi, przetrzymała nas przez kilka dni głównie dzięki wyjątkowo atrakcyjnym cenom, ale nie mogliśmy doczekać się dnia, kiedy wsiądziemy do autobusu, który przez pół wyspy przewiezie nas w stronę Ubud – tego wymarzonego, wyczekanego, tyle razy już wyobrażanego sobie jako miejsce, do którego przyjeżdża się na chwilę a zostaje na całe życie. Aby dostać się do Ubud musieliśmy najpierw dojechać do Denpasar (zwanego „stolicą Bali”). Podróż odbyliśmy oczywiście lokalnym autobusem (bemo) i oczywiście musieliśmy się wykłócać z bileterem, że cena której od nas żąda za bilet jest dwukrotnie wyższa niż ta obowiązująca na tej trasie (na szczęście wcześniej się dokładnie dowiedzieliśmy ile ta przyjemność ma kosztować). Żeby nie było wątpliwości bemo to wiekowy lokalny mały autobusik, nie rozwijający większej prędkości niż 50 km/h, wszędzie gdzie się tylko da przerdzewiały i niemiłosiernie brudny i wydający przerażające odgłosy przy każdej zmianie biegów i hamowaniu.

Autobusik

Pokonanie niecałych 100 kilometrów zajęło nam prawie 5 godzin. Ale zdecydowanie było warto! Widoki, jakie mieliśmy możliwość podziwiać przez, jak zwykle, otarte na oścież drzwi autobusu budziły zachwyt. Niesamowita głębia zieleni pól ryżowych iskrzących wodą, a za moment egzotyczna roślinność dżungli okołorównikowej zapierały dech w piersiach. Uroku tym krajobrazom dodawały maleńkie, zagubione pośród tych ogromnych, pięknych przestrzeni wioski, w których ludzie żyli, jakby czas się zatrzymał setki lat temu – w małych chatach krytych trzciną albo liśćmi palmowymi, zajęci prostymi obowiązkami w gospodarstwie, spędzający czas na rozmowach z sąsiadami a godziny południowe, kiedy słońce jest nie do zniesienia, na drzemkach w cieniu własnego domu. Sielsko – anielsko! Zero stresów, zero pośpiechu, trosk. Chyba prawdą jest, że im mniej ludzie mają, tym mniej mają zmartwień. Takie wrażenie sprawili na nas Ci balijscy wieśniacy, którym szczery uśmiech nie znikał z twarzy i radośnie machali kiedy kierowca autobusu na nich trąbił. Jechaliśmy więc do Ubud a nasz apetyt na znalezienie w tym miasteczku właśnie takiego klimatu rósł z każdym kilometrem.

Okolice Ubud

Klimat Bali robił się coraz bardziej zbliżony do tego, czego chcieliśmy tu doświadczyć. Po małych perturbacjach z przesiadką w Denpasar, udało nam się wreszcie wyruszyć w ostatni odcinek drogi. Z Denpasar do Ubud jest niecałe 20 kilometrów. Jak się okazało, nie ma nawet widocznej granicy między tymi dwoma miastami, droga, którą jechaliśmy cała była gęsto usiana pracowniami rzeźbiarskimi, niemal w każdym domu i na każdym podwórku stała imponująca wystawa rękodzieła balijskiego – ozdoby do domu i ogrodu, robione na zamówienie. Początkowo nie bardzo rozumieliśmy, o co z tym chodzi. Dlaczego jest tego tyle? W końcu nawet jeśli zaopatrują się właśnie w tej okolicy wszyscy mieszkańcy Bali, to i tak zdecydowanie jest tego dobrodziejstwa za dużo, bo to mała wyspa! Dopiero tabliczki informujące o możliwości współpracy w dziedzinie eksportu balijskich produktów do niemal wszystkich krajów oraz głoszące, ze możesz kupić co tylko zechcesz a producent zajmuje się zorganizowaniem wysyłki twoich zakupów do domu, choćby na drugi koniec świata, zaczęliśmy rozumieć – tu jest zlokalizowana produkcja rękodzieła balijskiego dla całego świata! Oczywiście trzeba przyznać, że jest to sztuka naprawdę wspaniała, robiąca ogromne wrażenie szczegółowością zdobień i kolorów, ale w takiej ilości zaczyna być męcząca i trudno już wyłapać rzeczy naprawdę ładne i oryginalne od tych produkowanych masowo (choć nadal ręcznie).

Rzezby Ubud

Po wstępnym rekonesansie Ubud wiedzieliśmy, że nie znajdziemy tu tego, na co liczyliśmy – ciszy i spokoju, a miasto przeszło ogromną metamorfozę od czasu pisania przez panią Gilbert książki. Wyzwanie numer jedne stanowiło znalezienie hotelu który nie byłby czterokrotnie droższy od tego, który mieliśmy w Lovinie (a właściciel zapewnia radośnie, że to cena „cheap, cheap for you”). Po długich poszukiwaniach udało się! Wczesnowieczorny spacer odbyliśmy przeciskając się wśród tłumów turystów snujących się między drogimi restauracjami, w których królowały wszystkie możliwe kuchnie europejskie, dla porządku tylko wzbogacone kilkoma daniami kuchni balijskiej (dygresja: swoją drogą to bardzo ciekawe zjawisko, że ludzie jadą na drugi koniec świata na wakacje, w bardzo egzotyczne miejsca, mające wspaniałą, kulturę i wielowiekowe tradycje – również kulinarne – a oczekują, ze wszystko będzie wyglądało i smakowało tak jak „w domu” – to przecież całkiem bez sensu).
Ale wracając do tematu – obserwowaliśmy cały ten tłum ze sporym rozbawieniem – wszyscy znudzonym wzrokiem wodzili po menu wystawianych przed restauracjami by wreszcie dokonać wyboru dania na kolację. W swoich eleganckich, wieczornych strojach i ze zblazowanymi minami, sprawiali wrażenie raczej odbywających karę niż dobrze się bawiących. Wszystko w nich było pretensjonalne i na pokaz. Od niechcenia zatrzymywali się przed „galeriami sztuki” (a tak naprawdę zwykłymi sklepami z rzeźbami, obrazami i pamiątkami), krytycznym okiem przyglądali się dziełom, niekiedy głośno, tak by inni przechodnie słyszeli również, dzielili się swoją opinią z otoczeniem.

Sklepy w Ubud

Wszystko razem tworzyło atmosferę groteskowej komedii w której przez przypadek się znaleźliśmy. Próbowaliśmy sobie wielokrotnie wytłumaczyć ten fenomen, szukając odpowiedzi na pytanie „po co Ci wszyscy ludzie tu przyjeżdżają?” Bo tak jest trendy? Bo Ubud to miasto artystów, a każdy z nich myśli o sobie, że jest artystą (albo co najmniej zna się na sztuce! Btw. akurat sztuka balijska jest tak urokliwa, że nie trzeba się na niczym znać, żeby się podobała!)? Bo każdy szanujący się obywatel świata bywa na Bali co najmniej raz w roku i większość czasu spędza tam nudząc się niemiłosiernie pośród wszędzie tych samych rzeźb i pamiątek? Nie udało nam się znaleźć na to pytanie odpowiedzi., tym bardziej, że Ubud leży w środku lądu, bez dostępu do morza, plaży i takich przyziemnych atrakcji turystycznych. Jednak kolejnym punktem przemawiającym za czystym snobizmem gości przybywających do tego miasta była ulotka biura podróży która wpadła nam w ręce. Zachęcała ona do przyłączenia się do organizowanych 3 razy w tygodniu spacerów do parku w którym można spotkać egzotyczne ptaki. Treść owej ulotki zaczynała się od słów: „Jeśli znudziło ci się już leżenie nad hotelowym basenem, wybierz się z nami na spacer itd.”. Dodać trzeba, że biuro zapraszało na spacer do parku w samym Ubud, podczas gdy tak naprawdę fantastyczny park z ptakami egzotycznymi znajduje się kilkanaście kilometrów za Ubud – ale przecież proponować taką drogę bohemie artystycznej świata byłoby nietaktem 😉
Trafiliśmy kiedyś na badania, które mówiły, że na Bali żyją najszczęśliwsi ludzie na świecie. Być może właśnie Ci wszyscy turyści przyjeżdżają do Ubud, by odnaleźć szczęście, wewnętrzny spokój i zgodę z samymi sobą, jednak tylko bezmyślne naśladowanie Balijczyków, ich sposobu ubierania się, gestów, sztuczne uśmiechy itp. wyglądają tylko jak żałosna kalka (co więcej, w Ubud bardzo popularne są lekcje języka Bahasa – Indonesia ze szczególnym naciskiem na dialekt balijski!).
Przez dwa dni próbowaliśmy zarazić się tą atmosferą, znaleźć w niej jakiś urok, przyjemność, jednak nasz cynizm i krytycyzm, jakie doszły do głosu już pierwszego dnia, nie opuszczały nas ani na chwilę. Nie potrafiliśmy przejść 100 metrów ulicą żeby nie komentować (złośliwie, a jakże!) tego, co naokoło widzimy. Trochę było to oczywiście zagłuszanie rozczarowania tym, że Ubud nie jest takie, jakie sobie wymarzyliśmy (niech żyje komercja i globalizacja :-)), ale zachowaliśmy zdrowy dystans, nie traciliśmy humorów bo w końcu rozumiemy, że żyjemy w XXI wieku, wszystko się na potęgę zmienia i cywilizuje i trochę było z naszej strony naiwnością myśleć, że akurat Ubud oparło się upływowi czasu i jest takie, jak z ksiązki (a swoją drogą kto wie ile w tym wszystkim było fikcji literackiej :-))
Oczywiście podkreślamy, że zamieszczony powyżej tekst wyraża osobiste opinie autorów bloga (wierzymy w wolność słowa) i jesteśmy tolerancyjni i szanujemy wszystkich, którym ten klimat odpowiada i czują się w nim dobrze. My po dwóch dniach odpuściliśmy, zdecydowaliśmy się poszukać sobie rozrywek poza Ubud. O tym, co znaleźliśmy przeczytacie w następnym wpisie.

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski. Niestety Polska mimo, że nie jest Azją też ma z tym poważne problemy…

Kilka porad praktycznych:
Transport: Odcinek z Loginy do Denpasar pokonując komunikacją publiczną (autobusem) kosztuje 25 tys. ruppiah od osoby. Potem w Denpasar należy przemieścić się na dworzec autobusowy Batubulan (taksówka na tym odcinku kosztuje 10 tys. ruppiah) z którego należy udać się do Ubud minivanem, które oczekują na pasażerów. Koszt tego odcinka to 20 tys. od osoby. Ta trasa wymaga jak widać dwóch przesiadek i zabiera niemal cały dzień. Dlatego warto zastanowić się nad opcją autobusów „shuttle bus” oferowaną przez biura turystyczne. Koszt takiego autobusu wiozącego bezpośrednio do miejsca docelowego wynosi w najtańszych ofertach 75 tys. ruppiah od osoby.
Noclegi: Niestety obecnie w Ubud dominują hostele i guesthousy oferujące drogie opcje bungalowów z basenami itd. więc ceny takich miejsc nie spadają poniżej 150 tys. ruppiah od osoby. Warto jednak poszukać miejsca, które nie ma basenu i których właścicielom całkiem nie przywróciło się w głowie (są jeszcze takie miejsca!). Koszt w takich miejscach może wynieść nawet 60 tys. ruppiah.

Leave a Reply