Archive for Marzec, 2010

Gili Tralalalala ;-) (wyspa Gili Trawangan)

sobota, Marzec 6th, 2010

Dotarcie na wysepkę Gili Trawangan (aż się prosi nazywać ją Tralalalala :-)) było już dziecinnie proste jako, że mieliśmy opłacony transport do Bangsal skąd odpływają łódki na wyspy Gili. Tam po załadowaniu się na łódź popłynęliśmy już bezpośrednio na ostatnią z tych wysp czyli Gili Trawangan.

Łódka do Gili

W minivanie, którym jechaliśmy do Bangsal poznaliśmy parę z Francji, która również podróżuje dookoła świata tym, że dokładnie w przeciwnym do naszego kierunku. Tutaj w Azji mijał siódmy miesiąc ich podróżowania. Dzięki tej znajomości mogliśmy się wymieniać doświadczeniami: my z Azji dając im różne ciekawe wskazówki co do krajów z tej części świata a oni nam mnóstwo ciekawych sugestii z Oceanii i Południowej Ameryki. Claire i Alex okazali się bardzo towarzyskimi i pogodnymi osobami więc razem spędzaliśmy czas jaki nam przypadł w udziale na Gili Trawangan.
Po dotarciu na wyspę razem z Alexem udaliśmy się na poszukiwanie odpowiedniego miejsca do noclegu. Po ponad godzinnych poszukiwaniach mieliśmy już trzy typy do wyboru w bardzo rozsądnych cenach i to w dodatku ze śniadaniem w cenie noclegu więc po wspólnej naradzie zdecydowaliśmy, które z tych miejsc stanie się naszym mieszkaniem na najbliższych kilka dni jakie zamierzaliśmy tu spędzić.
Gili Trawangan już w trakcie docierania do niej łódką zaskoczyła nas cudownymi kolorami wody o jakich nawet nie marzyliśmy. Błękit i szmaragd przeplatany z cudowną nieziemską wręcz zielenią wody był najpiękniejszym widokiem oceanu z jakim mieliśmy do czynienia od czasu tajskiej Ko Phayam.

Gili Trawangan

W dodatku woda okazała się tak niesamowicie krystalicznie czysta, że na dużych głębokościach widać było bogate podwodne życie. Słowem raj dla miłośników snorkelingu. To było coś! Od razu żałowaliśmy, że wcześniej nie zakupiliśmy sobie masek tak gdzie były w przystępnych cenach. Tutaj w „snorkelingowym raju” w małych przyplażowych sklepikach były one dwukrotnie droższe niż w innych miejscach Indonezji więc z bólem serca postanowiliśmy jednak nie dać się na to złapać i spróbować maski pożyczyć w jakimś miejscu na wyspie. Głód snorkelingowania wzmógł się jeszcze bardziej gdy już pierwszego dnia poszliśmy pływać i nasi francuscy znajomi pożyczyli nam swoje maski. To co zobaczyliśmy w wodzie wprawiło nas w osłupienie. Przepiękne rafy koralowe z dziesiątkami cudownych ryb, najróżniejszych kolorów i rozmiarów. I to wszystko w przepięknym otoczeniu czystej wody i białego piasku. To dzikie środowisko było tak piękne, że sprawiało wrażenie specjalnie zaaranżowanego niczym ogromne akwarium pełne kolorowych ryb najróżniejszych kształtów i rozmiarów. Zakochaliśmy się w tym podwodnym świecie bez pamięci. Snorkelingowanie ma coś z magii, a na Gili Trawangan daje dodatkowe wrażenia ponieważ pomiędzy nią a drugą wyspą – Gili Meno, która leży w zasięgu wzroku (sprawiając wrażenie znajdowania się „na wyciągnięcie ręki”) faluje pięknego koloru woda tętniąca tropikalnym życiem morskiej głębi. Pływanie w maskach i obserwowanie tego co się dzieje pod nami kompletnie nas pochłonęło. Oddawaliśmy się tej magii na długie godziny bowiem w guesthouse, w którym wynajęliśmy pokój udało nam się tanio pożyczyć maski. Tak więc nasz głód snorkelingu został całkowicie zaspokojony 🙂

Snorkeling na Gili

Hitem snorkelingu okazało się obserwowanie coraz rzadziej już spotykanych żółwi morskich. Są długowieczne, potrafią one osiągać ogromne rozmiary, a ich przepiękna lekkość pływania przypominająca dostojny lot ogromnego ptaka potrafi zachwycić każdego kto ma szczęście obserwować je w naturze. Najbardziej niesamowitym uczuciem jest pływanie razem z żółwiem tuż obok i obserwowanie jak gryzie koralowce na dnie wody, a potem płynie w inne miejsce skrupulatnie się rozglądając za właściwym miejscem obfitym w pożywienie. Raz na jakiś czas żółw wynurza się do powierzchni wody by zaczerpnąć powietrza i wtedy można przyjrzeć się jego pyszczkowi przypominającemu duży dziób. Najciekawsze, że żółw tak jak cała reszta zwierząt pływających pod wodą wcale nie przejmuje się obecnością człowieka traktując go jako przedstawiciela środowiska w jakim przyszło mu żyć. To pozwala na swobodne pływanie i obserwowanie tego niesamowitego zwierzęcia narażonemu na wyginięcie (w celu ochrony tego gatunku podejmowane są wysiłki mające ochronić młode żółwie). Dzięki uprzejmości Alexa i Claire mogliśmy wreszcie skorzystać z podwodnego aparatu fotograficznego, który był ich własnością. Mamy więc zdjęcia, które pozwolą nam zachować w pamięci te cudowne podwodne chwile!

Żółwie na Gili

„Gili Tralalalala” okazało się miejscem o jakim od dawna już marzyliśmy. Miała wszystko co było nam potrzebne do zasłużonego odpoczynku po poprzednich wspinaczkach na wulkany i przebywaniu w nadętym Ubud: lokalne życie pełne spokoju, bawiące się beztrosko tutejsze dzieci, piękna pogoda (mimo, że tuż obok nad Lombokiem często popołudniami padał deszcz, tutaj na Gili spadał z rzadka i raczej już w nocy) i rajskie plaże.

Dzieci na Gili

Poza tym cena za jaką udało nam się wynająć pokój + maski do snorkelingu była wyjątkowo atrakcyjna, a gospodarze wyjątkowo otwarci i mili. Można powiedzieć, że nasza obecność tutaj poza sezonem (panuje teraz pora deszczowa) jest najlepszym rozwiązaniem z możliwych. Ceny na wyspie są zupełnie normalne, a nawet tańsze niż w wielu miejscach Indonezji, turystów jest tutaj nie za wielu więc nikt nie mąci błogiego spokoju i łatwiej jest wynegocjować dobre ceny za noclegi czy pożyczanie masek. Samo zjawisko pory deszczowej pewnie u niejednej osoby włącza kontrolkę „nie jechać – zły czas”, jednak na takiej wyspie jak „Gili Tralalalala” deszcze padają rzadko, a temperatury i tak przekraczają non stop 30 st.C. Oznacza to połączenie przyjemnego z pożytecznym, bo jest luźniej, w dobrych cenach i nie ma przy tym „turystycznego wariactwa” 🙂 My ten spokój chłonęliśmy z pojeniem. Już pierwszej nocy mogliśmy dodatkowo rozkoszować się pełnią księżyca oświetlającą wybrzeże i cieszyć bogactwem doznań jakie doświadczaliśmy w tym miejscu.

Księżyc nad Gili

Na wyspie oprócz pięknych plaży i niesamowitej wody znajduje się trochę domów mieszkalnych należących do tutejszych mieszkańców, a w centralnej części wyspy duży las palmowy. Nasza znajomość z właścicielem guesthouse na tyle się zacieśniła, że zostaliśmy również zaproszeni na ślub jaki obywał na posesji jednego z mieszkań tutejszych mieszkańców. Tak więc na trasie naszej podróży była to kolejna okazja by poznać tradycje związane z zamążpójściem w Azji. Ceremonie ślubne zaczęły się już wcześnie rano gdy orkiestra wraz z grupą celebrujących przeszła przez wioskę ze śpiewami na ustach. My wzięliśmy udział w wieczornej ceremonii w której brała udział większa część mieszkańców wioski. Uroczystość polegała głównie na obserwowaniu ceremonii zasiadania młodej pary przy zbudowanym na tę okoliczność „ołtarzu”, a także składaniu życzeń Państwu Młodym.

Wesele na Gili

Przy tej okazji zbudowano również scenę na której występowała lokalna gwiazda muzyki (a w zasadzie wieloosobowy zespół muzyczny ze zmieniającymi się na różne piosenki wokalistami) i szczerze mówiąc występy tych „gwiazd” skupiły uwagę zaproszonych gości bardziej niż same rytuały ślubne 🙂 Gwiazda była dobrze znana gościom, bowiem śpiewali słowa piosenek a dla porządku zgromadzonych gości koncert nadzorowali nawet ochroniarze. Tak więc cała uwaga gości skupiona była na darmowym koncercie zamiast na parze młodych. Kolejny raz więc okazało się, że Azjaci mają do ślubów bardzo luźne podejście i w zasadzie nie przeszkadzają sobie gdy mają jakieś alternatywne zajęcie (oglądanie koncertu, rozmawianie przez telefon itp.) 😉 Mimo wszystko doświadczenie to i tak warte było naszej uwagi.
Generalnie przebywanie na Gili Trawangan okazało się o wiele bardziej przyjemne niż się tego spodziewaliśmy przed przybyciem w to miejsce. Poza tym snorkeling w jakim niemal codziennie
braliśmy tutaj udział okazał się najpiękniejszym z możliwych zajęciem. Oddawanie się temu zajęciu było dla nas formą kontemplacji natury i tak jak określała to Ola – dłuższe przebywanie wśród ryb i innych przedstawicieli tutejszej fauny w swobodnym pływaniu z maską stawało się formą medytacji. Można w ten sposób poczuć wolność i jedność z przyrodą zapominając o całym bożym świecie 🙂
Kilkudniowy pobyt na tej wyspie naładował nasze akumulatory na naszą dalszą podróż. Teraz wracamy na wyspę Lombok a potem z powrotem na Bali. Wybieramy się bowiem do najczęściej odwiedzanego miejsca na Bali – Kuty, która jest rajem dla surferów i plażowiczów masowo przyjeżdżających na tę słynną wyspę.

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski. Pomagajmy razem by takie dzieci nie musiały chodzić głodne!

Kilka porad praktycznych:
Transport: Jeżeli ktoś udaje się na jedną z trzech wysp Gili samodzielnie nie kupując biletu turystycznego na dłuższą trasę (patrz porady z poprzednich wpisów w blogu) to warto udać się w Bangsal do nabrzeża i tam w punkcie sprzedaży zakupić bilet na łódkę w cenie jaką płacą lokalni mieszkańcy (maximum 10 tys. ruppiah w przypadku najdalej położonej wyspy Gili Trawangan).
Noclegi: Na Gili Trawangan tanich noclegów należy szukać w wiosce w głębi zabudowań gospodarczych od strony wschodnich plaż (czyli od strony do której przypływają łodzie). Oczywiście należy się tam mocno targować by uzyskać cenę nawet na poziomie 70 tys. ruppiah (w tej cenie zawarte jest również proste śniadanie).

Przystanek na wyspie Lombok w Singgigi

poniedziałek, Marzec 1st, 2010

Z Bali udaliśmy się na Lombok – kolejną większą od Bali wyspę Indonezji. W zasadzie jednak jedynie po to by stamtąd udać się na jedną z trzech małych wysepek leżących na północno-zachodnim wybrzeżu Lomboku zwanych Gili Air, Gili Meno oraz najdalej położonej Gili Trawangan. Za cel obraliśmy sobie właśnie tę ostatnią, ponieważ rekomendowaną ją jako najciekawszą spośród tych trzech wysepek.
Na Lombok z Bali płynie się bardzo długo. Wielki prom odpływa co dwie godziny i zabiera na pokład mnóstwo lokalnych mieszkańców oraz turystów, którzy na tej trasie zdarzają się dość często. Potem płynie przez prawie sześć godzin by wreszcie zacumować w miasteczku Lembar, które jest podstawowym miejscem dokowania statków przypływających na Lombok.

Prom na Lombok

Stąd udaliśmy się do rozwiniętego turystycznie miasteczka Singgigi , które konkuruje ze znanymi miejscami na Bali przede wszystkim stale rozwijającą się infrastrukturą restauracji, hoteli i różnych uciech dla turystów. Położone jest w bardzo ładnym miejscu przy zachodnim wybrzeżu wyspy Lombok i przyciąga głównie tych którzy szukają tutaj zabawy i plażowania. My zatrzymaliśmy się tutaj jedynie na jedną noc bo nie sposób było już tego dnia dotrzeć na wyspę Gili Trawangan. Zamiast więc brnąć do końca wyspy skąd mieliśmy płynąć łodzią, postanowiliśmy zatrzymać się w tym miasteczku w nadziei na znalezienie w miarę taniego noclegu. Ponieważ po drodze w minivanie znalazła się z nami również amerykańska instruktorka nurkowania – poszukiwania noclegu rozpoczęliśmy we trójkę. Po odwiedzeniu pięciu czy sześciu miejsc wiedzieliśmy już, że nie będzie łatwo osiągnąć założoną przez nas cenę. Nauczeni doświadczeniami z Bali byliśmy przekonani, że tutaj powinno udać się nam znaleźć coś w cenie nie ustępującej mocno od tamtych, jednak okazało się, że ceny są niemal dwukrotnie wyższe! Ponieważ było już ciemno a bagaże mocno ciążyły nasza amerykańska znajoma poddała się jakiejś droższej ofercie, ale my poszliśmy w zaparte i postanowiliśmy się nie poddawać bez walki. W końcu w jednym z tzw. homestayów Pani zaoferowała nam jakiś domowy pokój, który kompletnie nie był przystosowany do przyjęcia jakichkolwiek gości. Przynajmniej tak się nam wydawało. Gdy wkroczyliśmy tam z latarką okazało się, że nie będzie lekko. Cena owszem nas usatysfakcjonowała, ale warunki jakie panowały w pokoju były bardzo uciążliwe. Na zawalonym brudną pościelą starym łóżku leżały jakieś klamoty tuż obok stało rozwalające się drewniane krzesło na którym gospodyni próbowała postawić i uruchomić wentylator.

Szafeczki

Nad łóżkiem rozciągał się sznur na którym wisiało niewyschnięte jeszcze pranie, a wokół fruwały i skakały jakieś insekty a ze starego regału zwisły fragmenty jakiejś brudnej odzieży. Szczerze mówiąc mocno zwątpiliśmy gdy Pani usiłowała w pokoju rozpylać jakieś substancje przeciw owadom. Potem poprosiliśmy o wskazanie miejsca gdzie możemy się umyć i tutaj już nie było zaskoczenia, bowiem miejsce to zupełnie przystawało do tego co zobaczyliśmy wcześniej w tzw. „pokoju”. Na tyłach mieszkania, na podwórku za starą szopą znajdowało się podmurowane, w zasadzie nieosłonięte miejsce z małą kadzią na wodę w której pływał garnuszek z długim uchem (to standard w tej części Azji), a nad betonową powierzchnią znajdowała się końcówka plastykowej rurki połączonej jakimś niezwykle skomplikowanym systemem z układem innych rurek przychodzących ze zbiornika umieszczonego na wysokości dachu mieszkania. Tak więc prysznic pod gwiazdami był zapewniony, a w tych warunkach było nam to bardzo potrzebne bo nam sam widok miejsca gdzie za parędziesiąt minut mieliśmy położyć się spać skóra wołała o toaletę i porządne szorowanie 🙂
Potem było już tylko trudniej. Lunął deszcz a w mieszkaniu i tak już wilgotnym zrobił się jeszcze większy zaduch i roznosił się zapach brudu, wilgoci i zgnilizny. Zauważyliśmy, że sufit zrobiony jest z jakiejś trzciny, a osłonięty został częściowo zwisającymi do dołu kartkami papieru. Nawet nie chcieliśmy myśleć co mieszka w tej „podsufitówce” 😉 Niestety wiatraczek nie poprawił tutaj sytuacji i ciężko było mimo zmęczenia i ciemności zmrużyć oko. Ciągle coś skakało po naszych ciałach a ciężkie gorące powietrze przygniatało nasze ciała niczym ciężki, mokry koc położony na klatce piersiowej wychudzonego anemika.

Lozeczko

Z takimi problemami walczyliśmy do samego świtu by mimo niedospania jak najszybciej udać się pod prysznic i postarać się zapomnieć o tym noclegu. W końcu to nie był pierwszy raz gdzie zmagaliśmy się z brudem i trudnymi warunkami, bo przecież to standard w Azji, ale tym razem ta jakość okazała się z nami i naszym zmęczeniem zwyciężyć 🙂
Dobrze, że wybrzeża Lomboku i przyroda tej wyspy pokazały nam prawdziwe swoje piękno. Plaże są tutaj piaszczyste z białym drobnym piaskiem, który łączy się z piękną błękitną wodą.

Plaze na Lomboku

Niedaleko od tych plaż w zasadzie zaczynają się pasma palm i gęstej zieleni ostro wznoszące się ku górze bowiem już tutaj zaczynają się pasma górskie, które w głębi otaczają kolejne wulkany Indonezji. A przecież te widoki pięknej wody, pejzażów i plaż to tylko zapowiedź tego co miało nas czekać na wyspie Gili Trawangan do której właśnie docieramy…

Na koniec bardzo prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka na stronie www.pajacyk.org.pl aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionym dzieciom z Polski, których ciągle jest bardzo wiele.

Kilka porad praktycznych:
Transport: Z Bali na Lombok prom wypływa z miejscowości Padangbai i płynie do miasteczka Lembar. Mimo zapewnień różnych przewodników nie ma żadnej innej regularnej przeprawy w kierunku Lombok, która kończyła się by w innym miejscu niż Lembar. Istnieją oczywiście czarterowane przez agencje turystyczne tzw. speed boaty, ale kosztują one kosmicznie drogo i żeby z nich korzystać należy wcześniej zrobić to w jednej z agencji turystycznych. Standardowy prom do Lembar kosztuje 42 tys. ruppiah. Jednak jeżeli udajemy się gdzieś dalej (np. do Singgigi lub na wyspy Gili) warto zakupić jeden bilet łączony na transport do miejsca docelowego – obejmuje on wtedy cenę promu i cenę minivana. Taki bilet należy zakupić u przedstawicieli agenci turystycznych, którzy sami kręcą się w porcie proponując bilety, ale oczywiście należy się targować by uzyskać cenę niższą niż wynika to z prostego rachunku dodania cen biletów jakie przyjdzie nam zapłacić. Można w ten sposób zaoszczędzić nawet 50%.