Archive for sierpień, 2009

Luoyang i Shaolin

poniedziałek, sierpień 31st, 2009

 

W niedzielę przed południem dotarliśmy do Luoyang (w prowincji Henan) gdzie pierwszą sprawą, którą mieliśmy załatwić było miejsce noclegowe. Luoyang jest 1,5-milionowym miastem i to niezbyt atrakcyjnym turystycznie (wybraliśmy się tu głównie po to, żeby stąd pojechać do słynnego Klasztoru Shaolin – turyści udają się zazwyczaj do stolicy prowincji Henan – Zhengzhou, które jest w podobnej odległości do Shaolin) więc zadanie wydawało się niełatwe. Wizja przemierzania miasta z ciężkimi plecakami w samo południe słonecznego dnia w poszukiwaniu jakiegoś hostelu lub guesthouse’u nie była zbyt zachęcająca. Kolejny raz jednak okazało się, że mamy sporo szczęścia i wiemy już jak dyskutować z Chińczykami nie znając ani jednego słowa w ich języku J Zaraz po przybyciu namierzyliśmy hotel nieopodal dworca. Standard hotelu wskazywał jednak na aspiracje biznesowe, które z braku licznych gości mocno przygasły. Ceny jednak trwały dzielnie na poziomie wyznaczonym przez management i raczej straszyły swoją wysokością niż zachęcały. Szczególnie takich travelersów jak my, którzy nie przyjeżdżają tu by ubijać lukratywne interesy, tylko obejrzeć miasto, przenocować i pojechać zobaczyć to co ciekawe w okolicy. W pierwszej kolejności spytaliśmy o sposoby dotarcia do Shaolin co osobę wyławiającą klientów na wycieczki rozkręciło i stworzyło podatny grunt pod negocjacje cenowe. Takiej okazji już nikt łatwo z rąk nie wypuszcza bo turystów w tym mieście ani widu ani słychu. Zobaczywszy ceny na poziomie od 218 do 460 yuanów od razu powiedzieliśmy, że nie jesteśmy zainteresowani jako, że „znamy tutaj” hostel z kategorii Hostels International, na które mamy zniżki (kartę członkowską przemyślnie wyrobiliśmy już w Pekinie J). To dało skuteczny efekt gwałtownego zniżkowania cen, byleby tylko zatrzymać klienta. Po twardych negocjacjach, obejrzeniu pokoju standardu światowego (łazienka, klimatyzacja, TV itp.) i kolejnym „pokazowym wychodzeniu” z hotelu, stanęło na 100 yuanach J Za taką cenę to w hostelu nie uzyska się dwuosobowego pokoju bez łazienki więc nie było co już szukać dalej – zostaliśmy J

Zanim udaliśmy się na obchód miasta do wykonania była kolejna misja. Tym razem trzecia akcja z cyklu „Kupowanie chińskich biletów kolejowych”.

 

Dworzec Luoyang

 

I znowu okazało się, że z kompletnie niezrozumiałych dla nas powodów na stacji kolejowej kłębią się tłumy ludzi, krzyczą, przepychają i atakują okienka jak stoiska mięsne z pustymi hakami za czasów głębokiej komuny w Polsce. Chyba nigdy nie pojmiemy dlaczego Chińczycy tak walczą o bilety, które a) wcale nie są tanie, b) zazwyczaj są dostępne i daje się je kupić c) jak wszędzie na świecie są zwykłymi niczym więcej niż świstkami papieru uprawniającymi do przejazdu. Wygląda na to, że kupują je z takim szumem i tłumem dla zasady. Tłum nadzoruje policja, co jakiś czas wpada umundurowany pracownik kolei i krzyczy na wszystkich robiąc jeszcze więcej hałasu. Gdyby kasy nie były obwarowane grubymi, metalowymi poręczami i przed kasą nie było specjalnego metalowego kołowrotu pozwalającemu na zbliżenie się do okienka kasowego tylko jednej osoby, to z pewnością kasy byłyby stratowane przez napierający tłum. Co ciekawe wśród szeregu kas na dworcu stoją przynajmniej dwie kolejki do zwrotu biletów. Widać to działa prawie jak giełda papierów wartościowych, kupuj – sprzedawaj. Tylko nikt na tym nie zarabia J Kolejny raz misja zakończyła się sukcesem. Bilety na kolejną podróż (do Xi’an) zostały kupione. Mogliśmy więc spokojnie eksplorować miasto.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do lokalnego baru gdzie było sporo osób spożywających posiłki. Ponieważ miasto jest zupełnie nieprzygotowane pod jakąkolwiek turystykę to nie ma szans by zdobyć jakiekolwiek menu w języku angielskim. Są tylko „chińskie krzaczki” i cyferki oznaczające ceny. W tej sytuacji zakup jakiegokolwiek posiłku z menu jest losowaniem na loterii J Mając już doświadczenia z Pingyao wiedzieliśmy, że jako ludzie biali wzbudzamy sporą sensację a to pozwala na niekonwencjonalne zachowania, które są traktowane z równie dużą ciekawością jak samo pojawienie się w miejscu publicznym J Śmiało więc dokonaliśmy rekonesansu posiłków znajdujących się na stołach tych, którzy już je spożywali, robiąc wprost obchód po barze i „zaglądając w talerze”, uśmiechając się przy tym i pokazując wyprostowany do góry kciuk, że mają super jedzenie J To natychmiast otwierało kontakt z klientelą i obsługą lokalu, której wystarczyło tylko pokazać palcem wybrane potrawy na stołach innych osób pokazując tylko liczbę dań. Tak więc nabyliśmy w ten sposób solidne porcje lokalnych dumplingów gotowanych na parze, nudlesów, potrawki mięsno-warzywnej i ryżu, dodając do tego lokalne (produkowane w Luoyang) piwo.

 

Bar w Luoyang

 

Wzbudzając sensację wszystkich wokoło, którzy patrzeli co i jak będziemy jeść przy okazji zaczepialiśmy siedzącego obok chłopaka by pokazał nam z czym się te dumplingi spożywa (na stole był jakiś sos i cała miska suszonych papryczek chili). Tak więc w ciągu kilku minut mieliśmy na stołach wybrane dania w dodatku wiedzieliśmy już jak je spożywać. Obsługa i klientela tłumnie odwracała się obserwując nas i ciesząc się z takiego rzadkiego u nich widoku. Skłonni jesteśmy uznać, że w tym lokalu byliśmy pierwszymi obcokrajowcami od niepamiętnych czasów (jeśli w ogóle kiedyś zawitał tam ktoś z zagranicy). W mieście jak się okazało przez dwa dni naszych długich spacerów nie spotkaliśmy ani jednej osoby o „niechińskich” rysach.

Podróż przez miasto do starej części miasta, którą wypatrzeliśmy na mapie okazała się ciężką przeprawą. Nie, żeby oznaczało to przemierzanie jakiegoś błota czy piachu, ale raczej pod względem psychicznej udręki J Z mapy wynikało, że „starówka” znajduje się w odległości około 4 km od dworca kolejowego więc to nic wielkiego. Ale im bardziej oddalaliśmy się od dworca tym bardziej wyglądało to dziwnie. Przede wszystkim ze względu na niezliczone liczby małych warsztatów samochodowych, punktów serwisowych i hurtowni „nie wiadomo czego”, pełnych smarów, olejów, kabli, drutów itd. Takich podwórkowo-garażowych punktów były setki, jedne przy drugich. Aż dziwne czy ktokolwiek jest w stanie korzystać z tak ogromnej liczby tych miejsc. Po przejściu jakichś 6 kilometrów nadal wokoło były tylko niezliczone ilości takich punktów hadlowo-usługowych, przed którymi na brudnych krzesłach lub chodnikach siedziały znudzone osoby grające w karty, mahjonga lub patrzące z nudów w niebo. Gdzieniegdzie widać było niewielki „ruch w interesie” i naprawiano jakiś samochód czy obrabiano jakieś metalowe części. Gdy skręciliśmy wreszcie w jakąś ulicę dającą nadzieję na dojście do jakiegoś centrum pobocza nadal okupowane były przez różne hurtownie i sklepiki w rodzaju „elektryczno-mechaniczno-ślusarko-spawalniczo-usługowych”. Natrafiliśmy nawet na sklepiki z różnymi specjalistycznymi kosmetykami, które miały udawać znane światowe marki, np. piękne kosmetyki L’orial (nie mylić z L’oreal) czy Shicedo (nie mylić z Shiseido) J Wreszcie po długim marszu dotarliśmy do pokaźnej starówki. Miejsce to jedynie potwierdziło nasze wcześniejsze przypuszczenia, że nie ma tu w ogóle turystów i nikt na nich tutaj nie czeka. W „normalnym” mieście do którego zajeżdżają turyści z głównej ulicy starego miasta robi się atrakcyjną ulicę pełną restauracyjek, skelpików i innych atrakcji. Tutaj ulica ta okazała się zwykłym targowiskiem różnego rodzaju towarów dla lokalnej społeczności. Ogromne liczby szyldów, ale ani jednej literki alfabetu łacińskiego.

 

Luoyang

 

Nawet plan miasta Luoyang, który można nabyć w wielu miejscach jest tylko i wyłącznie w „krzaczkach” co skutecznie uniemożliwia jakiekolwiek z niego korzystanie dla osób nie znających języka chińskiego. Jak się później okazało (po długich wędrówkach również w innych częściach miasta) całe to miasto to jeden wielki plac targowy pełny niezliczonej liczby sklepów specjalizujących się w towarach „made in China”. Specjalizacja wzrosła już do tego stopnia, że w jednym miejscu znajdują się wszystkie sklepy sprzedające np. instrumenty muzyczne, w innym miejscu sklepy z kosmetykami, w jeszcze innym sklepy sprzedające książki itd. itd. Jakiś totalny obłęd. Nasz śmiech wywołała tutaj także śmieciarka jeżdżąca po ciasnych ulicach, która przepychając się wśród tłumów bardzo głośno odgrywała melodie „Happy birthday to you”. Jak nic należy to tłumaczyć na ludzki język: „Najserdeczniejsze życzenia urodzinowe od śmieciarki” J Jedyna zaleta jaką można było doświadczyć przemierzając to miasto kompletnie pozbawione turystów to obejrzenie faktycznego życia Chińczyków z ich sposobem kupowania, spożywania posiłków itd. Wszędzie gdzie się pojawialiśmy wzbudzaliśmy sporą sensację i poszturchiwania się łokciami gapiów, którzy patrzyli na nas jak na przybyszów z innej planety J

 

Uliczki Luoyang

 

Następnego dnia wybraliśmy się w położone w odległości kilkudziesięciu kilometrów od Luoyang góry Songshan gdzie pośród wielu różnych historycznych cudów znajduje się również Klasztor Shaolin.

Przemierzając tę drogę autobusem mieliśmy okazję zobaczyć z czego faktycznie żyją wsie w prowincji Henan. W większości jest to po prostu uprawa kukurydzy, której niezliczone hektary pól wypełniają okoliczny krajobraz. Co ciekawe mimo pory zbiorów nie widzieliśmy ani jednego kombajnu. Widać było jedynie pełno małych wózków lub traktorów wielkości niewiele większej od wózka inwalidzkiego załadowanego całymi pędami kukurydzy tak bardzo, że ładowność tych przyczepek była bliska tradycyjnym polskim przyczepom doczepianych do ciągników rolniczych J W drodze do Shaolin odwiedziliśmy jeszcze kilka innych świątyń i historycznych zabytków. W jednej ze świątyń buddyjskich mieliśmy nawet okazję trafić z grupą lokalesów na mszę buddyjską podczas której kapłan zdecydowanym głosem zakazał fotografowania (wynikało to wyraźnie z jego gestów) a potem donośnym głosem wygłaszał kazania z których oczywiście dla nas nic nie wynikało J Po różnych częściach kazania wśród zebranych rozlegały się gromkie okrzyki jakiegoś buddyjskiego zawołania. Na koniec kapłan zaczął wskazywać z uczestników osoby, którym pokazał wejście do innej części świątyni. Wśród tych osób znaleźliśmy się również my więc mogliśmy w innej części przybytku zapalić kadzidła 😉

Podróż w pozostałe miejsca dała nam mnóstwo wrażeń. Przede wszystkich wzrokowych. Jak się okazało góry Songshan to potężne skaliste wzgórza pełne pięknej roślinności i cudownych widoków. Położone wśród nich różne historyczne obiekty potęgują wrażenie niezwykłości tego miejsca. Na terenie jednej ze świątyń mogliśmy na przykład podziwiać cyprysy, których wiek szacuje się na (uwaga!) 4500 lat! Same drzewa podparte są w wielu miejscach belkami, żeby mogły jako staruszki się jeszcze trzymać, ale drzewa te nadal żyją i mają zielone liście!

 

Cyprys

 

Oczywiście największe wrażenie wśród wszystkich obejrzanych zabytków zrobił Shaolin. A konkretniej nie sama świątynia, która oczywiście jest przepiękna i zachwyca swoim kunsztem, ale których już wiele w Chinach obejrzeliśmy, tylko przede wszystkim jej otoczenie.

 

Shaolin

 

Położona wśród gór, przy strumieniu z wieloma spadami wody, wśród bujnych drzew robi niesamowite wrażenie. Na dodatek na samym szczycie widocznych sprzed świątyni wzgórz widać ogromny posąg siedzącego Buddy i małe pagody. Jeżeli ktoś pamięta słynny film „Klasztor Shaolin” opowiadający historię z jednej z rycin znajdujących się na wewnętrznych murach klasztoru to warto zwrócić uwagę na Pagoda Forest – miejsce położone nieopodal świątyni (pełne wysokich wież – pagod), w którym mnisi ćwiczyli Kung-Fu, a do którego wstępu zabraniano obcym. Teraz po 30 latach od nakręcenia tego filmu (1979) drzewa są już tu stanowczo wyższe i pagody przemieszane są wraz z nimi na niemal równej wysokości.

 

Pagoda Forest

 

Wyjazd do Shaolinu pozwolił nam również na obejrzenie specjalnego pokazu Kung-Fu w wykonaniu młodych adeptów tej słynnej na cały świat sztuki walki. Renoma tego miejsca i położone tu szkoły Kung-Fu przyciągają tu setki młodych ciężko pracujących chłopaków, których popisy robią ogromne wrażenie. Jeżeli ktoś chce wiedzieć jakie, to odsyłamy do filmu. Wszystkie te karkołomne figury i sposoby walki to nie efekty specjalne tylko faktyczne umiejętności tych ludzi!

 

Kung-Fu Shaolin

 

Wizytę w prowincji Henan zakończyliśmy więc naprawdę miłymi wrażeniami. W nocy z poniedziałku na wtorek przebędziemy teraz pociągiem kilkaset kilometrów dalej na południe Chin do Xi’an, które jest stolicą prowincji Shaanxi. Tam czeka nas kolejny niesamowity cud historii: armia terakotowa…

Pingyao czyli obraz pięknych starych Chin

sobota, sierpień 29th, 2009

 

Pociąg z Pekinu do Pingyao mieliśmy o 20.00. Doświadczenie zdobyte podczas kupowania biletów pokazało, że musimy sobie dużo czasu rezerwować na pokonanie drogi od stacji metra do dworca, żeby spokojnie móc się przedzierać przez tłumy ludzi.

Jednak pół dnia mogliśmy spokojnie przeznaczyć na ciąg dalszy zwiedzania Pekinu. Zdecydowaliśmy się pójść do Świątyni Nieba (Temple of Heaven). Świątynia sama w sobie jest imponująca, a do tego położona w przepięknym parku. Jest to niewątpliwie jedna z większych atrakcji turystycznych Pekinu, więc na każdym kroku jest mnóstwo turystów. Byliśmy nawet świadkami prowadzonej przez naszych rodaków rozmowy dotyczącej Pekinu i miejsc które już odwiedzili. Zdaniem które nas poraziło było: „No ale ja to jestem bardzo rozczarowany Zakazanym Miastem. W sumie nic szczególnego”. Cóż, szkoda, że nie wszyscy ludzie potrafią docenić tak wyjątkowe zabytki. Nam się podobało i to bardzo! I Świątynia Nieba też nam się bardzo podobała!

To był ostatni punkt w naszym planie zwiedzania Pekinu. Już o 16.30 wyruszyliśmy z hostelu na dworzec, chcąc mieć odpowiedni zapas czasu na wypadek pojawienia się nieprzewidzianych okoliczności. Na szczęście droga minęła spokojnie i w niecałe półtorej godziny byliśmy przed dworcem. To, co się działo przy wejściu na dworzec to ciąg dalszy horroru, który zaczął się przy kupowaniu biletów. Szalone tłumy ludzi ciągnące we wszystkich kierunkach z bagażami, walizkami, workami i czym tylko się dało, z obłędem w oczach taranujące wszystko na swojej drodze. Udało nam się namierzyć tabliczkę z napisem „Entrance”, więc ustawiliśmy się w jednej z kilku kolejek prowadzących do budynku dworca. Okazało się, że samo wejście na dworzec jest już nie lada wyczynem. Jak już kolejka dopchała nas pod drzwi stanęliśmy przed panem, który PRZED wejściem do budynku dworca sprawdzał i kasował bilety. Następnym etapem była kontrola bagażu – security check, czyli skanowanie każdej sztuki bagażu. Po tych wszystkich etapach wstępnych stanęliśmy wreszcie na dworcu. Mimo, że był tak ogromny, jak się spodziewaliśmy (12 peronów, a jak się później okazało na każdym z peronów po 4 tory), to oznakowanie było bardzo czytelne. Dosyć szybko zorientowaliśmy się do której poczekalni mamy się udać (tu ważna uwaga – na każde 2 perony przypada jedna ogromna poczekalnia, więc od samego początku trzeba wiedzieć, z którego peronu odjeżdża nasz pociąg, bo tylko z tej poczekalni jest wyjście na dany peron). W poczekalni byliśmy około 1,5 godziny przed odjazdem pociągu. Bramka na peron była jeszcze zamknięta, ale przed bramką już stała spora i ciągle powiększająca się kolejka naszych współpasażerów. My wykończeni marszem z plecakami od metra padliśmy na pierwsze wolne krzesła i tam przeczekaliśmy czas do otwarcia wyjścia na peron. Po podstawieniu pociągu bramka jest otwierana i kolejny pan sprawdza i kasuje bilety. Później jeszcze tylko ostatnia kontrola biletów i zamiana ich na „karty pokładowe” (to nazwa naszego autorstwa) i już można szukać w wagonie swojego miejsca do leżenia. Udało się! Mamy nasze miejsca. Kupiliśmy najtańsze bilety na najwyższe kuszetki (w Rosji były po 2 – jedna nad drugą a tutaj aż po 3) i chwilę przed planową godziną pociąg odjechał ze stacji J

            Na dworcu w Pingyao, o 7.30 rano, zgodnie z wcześniejszą umową, czekały na nas dziewczyny z hostelu, w którym zarezerwowaliśmy nocleg.

Pingyao okazało się być wspaniałym, małym miasteczkiem z niesamowitym, typowo chińskim klimatem i architekturą. Zdecydowaną część miasta zajmuje bardzo rozległa starówka, która otoczona jest murami obronnymi i fosą, a w środku jakby czas się zatrzymał! Wąskie brukowane uliczki, niskie domki z szarej cegły z czerwonymi lampionami przy wejściach, przekrzykujący się handlarze zachwalający swoje produkty tworzyły magiczną atmosferę tego miejsca. Nasz hostel, znajdujący się właśnie w starej części Pingyao, idealnie wpisywał się w ten klimat. Mieszkać w takim miejscu to jak brać udział w jakimś chińskim filmie w rodzaju „Zawieście czerwone latarnie” 🙂

 

Hostel Pingyao 1

 

Hostel Pingyao 2

 

W Pingyao przez 2 dni odpoczywaliśmy po głośnym i pełnym zgiełku Pekinie. Tu życie płynie zupełnie inaczej – oczywiście urok tego miejsca też przyciąga sporo turystów, a mieszkańcy starają się wyciągnąć z tego jak najwięcej korzyści, ale my czuliśmy, że możemy tu złapać głębszy oddech po pekińskim maratonie J Cały pierwszy dzień leniwie włóczyliśmy się po Pingyao, chłonąc atmosferę tego miejsca i dzielnie opierając się handlarzom, którzy widząc nas, chcieli nam wcisnąć dosłownie wszystko w cenie promocyjnej – co najmniej 3 razy wyższej niż normalna J

 

 

Uliczki Pingyao 1

 

Uliczki Pingyao 2

 

Uliczki Pingyao 3

 

Za murami miasta trafiliśmy do dzielnicy zupełnie nieskażonej turystyką. Życie toczyło się swoim rytmem, ludzie przyglądali nam się z ogromnym zainteresowaniem, czasami odrywając się od swoich zajęć.

 

Leniwe Pingyao 1

 

Leniwe Pingyao 2

 

Na starówce odkryliśmy super knajpę z lokalnym jedzeniem, w której dodatkowo kelnerka potrafiła się w podstawowym stopniu porozumieć po angielsku, więc mieliśmy okazję spróbować różnych lokalnych przysmaków (mniej – więcej rozumiejąc co mamy na talerzach) a na koniec dnia, gdy lunął solidny deszcz i zrobiło się ciemno, wróciliśmy do hostelu na „Dumpling Party” czyli lekcję robienia chińskich pierogów.

 

Hostel noca

 

Nadchodziła noc a deszcz cały czas padał. Nie udało nam się wyjść na wieczorny spacer i z lekkim niepokojem myśleliśmy o kolejnym dniu. I jak się okazało poniekąd słusznie, bo gdy się obudziliśmy około 10-tej rano, deszcz nadal padał, tak samo mocno jak poprzedniego wieczora. Mówi się trudno, mamy foliowe pelerynki i będziemy oglądać Pingyao w deszczu. Z taką myślą leniwie zebraliśmy się na śniadanie. A gdy kończyliśmy pić kawę deszcz ustał i zaczęło się przejaśniać. Już po kilku minutach świeciło piękne słońce! Postanowiliśmy więc zrealizować pomysł który się pojawił wczoraj (ale ze względu na deszcz, jego wykonanie zostało „zawieszone”) i ruszyliśmy na poszukiwania wypożyczalni rowerów, żeby objechać okolicę. Najpierw trafiliśmy na zachęcający szyld:

 

Szyldzik

niestety okazał się mylący, ponieważ nic poza szyldem nie wskazywało, żeby w tym miejscu dało się wypożyczyć rower (a może dodatkowe informacje były napisane tylko w „krzaczkach”?)

Ale ponieważ rower jest w Chinach bardzo popularnym środkiem transportu szybko znaleźliśmy kolejne miejsce gdzie udało nam się nasz plan zrealizować i wypożyczyliśmy piękny nowy rower! Tak jeden J Bo to był tandem. Strasznie śmiesznie się na tym jeździ. A dodatkowo jak już się zmęczą nogi, to można sobie niespostrzeżenie zrobić chwilę przerwy a ta druga osoba pedałuje J Z wycieczki za miasto nic nam nie wyszło, bo kupując bilet na mury obronne, żeby obejrzeć miasto z góry, zobaczyliśmy ile jest miejsc wartych zobaczenia w samym Pingyao. Okazało się, że to, co widzieliśmy jako starówkę miasta, nie jest tą najstarszą częścią. Najstarsze fragmenty są wyłączone z użytku i przeznaczone do zwiedzania. Cały dzień spędziliśmy jeżdżąc po Pingyao i szukając zaznaczonych na mapie zabytków, świątyń i domów ważnych mieszkańców miasta – dziś stanowiących tu główne atrakcje turystyczne.

 

Starowka Pingyao 1

 

Starowka Pingyao 2

 

Starowka Pingyao 3

 

Starowka Pingyao 4

 

Pierwszego dnia pobytu w Pingyao oczywiście najistotniejszym punktem programu była również realizacja misji „Kupowanie chińskich biletów kolejowych – część 2”. Na to miasteczko przeznaczyliśmy sobie dwa dni więc istniało ryzyko, że biletów na interesujący nas pociąg może nie być. Awaryjnym wyjściem zostawał autobus, ale traktowaliśmy go jako ostateczność, ze względu na cenę zbliżoną do ceny hard sleepera a dodatkowo znacznie mniejszy komfort jazdy i dłuższy czas podróży.

Na szczęście kolejny raz mieliśmy bardzo dużo szczęścia z kupowaniem biletów i udało nam się bez problemów wyjechać z Pingyao do Luoyang najbliższym nocnym pociągiem. Pożegnaliśmy więc piękne miasteczko (jak na chińskie realia wielkościowe to raczej nie miasto ;-)), które będziemy wspominać z ogromnym sentymentem.

Misja „Kupowanie chińskich biletów kolejowych”

środa, sierpień 26th, 2009

Dzięki naszemu nowemu (jeszcze nie widzianemu a już bardzo pomocnemu koledze – Darkowi) zaplanowaliśmy jak będzie wyglądała nasza podróż przez Chiny. Darek jako „zjadający zęby na Chinach” bardzo dokładnie nam napisał co i gdzie warto zobaczyć i jak się tam dostać, więc jego rady stanowiły dla nas główną inspirację. Dziękujemy 🙂
Kolejnym przystankiem po Pekinie będzie Pingyao (po rozmowie z Chińczykami wiemy jak to się wymawia – konia z rzędem temu, kto to dobrze przeczyta mimo prostego zapisu :-)).
Trzeciego dnia naszego pobytu w Pekinie postanowiliśmy, że to już najwyższa pora udać się na dworzec i kupić bilety. Wszyscy znajomi ostrzegają że kupno biletu na pociąg w Chinach to spory wyczyn – po pierwsze bo już dogadanie się w kasie to sukces sam w sobie a po drugie – zazwyczaj nie ma już miejsc na pociąg którym chce się jechać i trzeba kombinować. Naczytaliśmy się również, że na dworcach są zawsze tłumy ludzi pchające się do kas, że w tej kulturze wpychanie się w kolejkę nie jest niczym niestosownym, że są różne klasy pociągów i która czym się charakteryzuje, oczywiście dowiedzieliśmy się z którego dworca (z 4 głównych dworców kolejowych) odjeżdża nasz pociąg i o której godzinie i tak przygotowani ruszyliśmy „szybko kupić bilety i jechać zwiedzać dalej”. Jednak „szybko” udało nam się jedynie dojechać na dworzec (metro w Pekinie działa super, jest rewelacyjnie oznaczone i dosyć tanie – 2 yuany za jednorazowy przejazd). To, co zobaczyliśmy zbliżając się do dworca przeszło nasze najśmielsze oczekiwania – budynek dworca to moloch! Większy od niejednego solidnego lotniska międzynarodowego. W miarę zbliżania się do dworca naszym oczom ukazywało się nieprzebrane kłębowisko ludzi ciągnących we wszystkich kierunkach, tworzyły się zatory, wszyscy się przepychali, policja kierowała ruchem (tylko pieszych – wskazując w którą stronę można teraz iść), a wyglądało to mniej – więcej tak, choć na żywo robiło dużo większe wrażenie:

Pekin Zachodni

Nie wiemy ile czasu zajęło nam przedostanie się na drugą stronę ulicy i dotarcie do hallu kasowego ale mając na myśli „dużo ludzi na dworcu” nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że będą to niezliczone tysiące! Po dotarciu do budynku i zlokalizowaniu jedynej kasy oznaczonej jako „English speaking counter” ustawiliśmy się na końcu kolejki. Mieliśmy dużo czasu żeby dokładnie się zapoznać z funkcjonowaniem dworca bo przed nami było kilkadziesiąt osób. Zresztą po kilkadziesiąt osób było przy każdej z około 30 kas! Próbowaliśmy coś zrozumieć z rozkładu jazdy ale wyglądał on tak:

Tablica

Staliśmy więc cierpliwie. Nawet zadziwiająco mało ludzi się przepychało i stawało od razu na początku kolejki. Może dlatego, że prawie każdej kolejki pilnował policjant 🙂 Gdy wreszcie dotarliśmy do okienka Pani Kasjerka powitała nas radosnym „hello” co wskazywało na to, że może faktycznie dogadamy się po angielsku. Pokazaliśmy napisaną „w krzaczkach” przez Chinkę z naszego hostelu nazwę miejscowości do której chcemy się udać, następnie numer pociągu (wcześniej sprawdzony w internetowym rozkładzie jazdy) i datę, jaka nas interesuje. Poszło zadziwiająco łatwo. Pani od razu zrozumiała o co nam chodzi. Po czym zaczęła nam coś długo i wnikliwie tłumaczyć… tylko, że my z tego co mówiła niewiele rozumieliśmy. Gdzieś się spotkałam z określeniem „Chinglish” 🙂 – w tym właśnie języku mówiła Pani w kasie. Wreszcie zrezygnowała z dalszego gadania z nami i podała nam bilety. Cztery bilety! No to ładnie się zrozumieliśmy. Na nasze pytające spojrzenia i zdziwienie dopiero na biletach pokazała nam, to, co wcześniej próbowała nam powiedzieć – że dla każdego z nas są 2 bilety. Bo trasa do Pingyao została tu podzielona na 2 odcinki i na każdy z tych odcinków potrzebny jest oddzielny bilet. Oczywiście jest to ten sam pociąg, te same miejsca i dla nas to w ogóle żadna różnica (za wyjątkiem znacznej różnicy w cenie) a nie ma biletów bezpośrednich do Pingyao.
Nie udało nam się zrozumieć co to za polityka, żeby dzielić jedną trasę pokonywaną tym samym pociągiem na 2 odcinki. Jeśli ktoś ma jakiś pomysł dlaczego to tak działa to czekamy na podpowiedzi 🙂 My stawiamy na teorię, że na poszczególne odcinki przeznaczone są pule biletów, żeby zapobiec sytuacji, że wykupione są wszystkie miejsca na dłuższe trasy, a ktoś kto chce pojechać bliżej musi „odejść z kwitkiem”.
Najważniejsze, że udało nam się kupić bilety tak więc jutro dalszy ciąg podróży – tym razem na południe Chin…

Wielki Mur

wtorek, sierpień 25th, 2009

Będąc w Chinach obowiązkowo należy zobaczyć Wielki Mur. Budowla pochodząca z okresu (uwaga!) 770 – 221 r p.n.e. po prostu powala na kolana. To gdzie Chińczycy wznosili ten mur powoduje niemały zawrót głowy. Na wzgórza gdzie postawiono ogromny mur ciężko dostać się nawet w dzisiejszych czasach przy nowoczesnych technologiach wspinaczkowych, a trzeba wziąć pod uwagę, że w tych odległych czasach zbudowano przecież mur, do którego zużyto niezliczone tysiące ton kamieni i innych materiałów budowlanych. Mur, który pierwotnie otaczał poszczególne prowincje chińskie za czasów pierwszego imperatora Qin stał się murem całych zjednoczonych Chin. Dziś pod Wielkim Murem Chińskim rozumie się Wielki Mur z dynastii Ming. Sięga on od rzeki Ya Lu na wschodzie Chin do pasma górskiego Jia Yu Guan na zachodzie. Jego długość wynosi (choć to w głowie się nie mieści!) ponad 5000 km! Dlatego też nazywa się go również Wan Li Chang Cheng (Wan – dziesięć tysięcy, Li – pięćset metrów, Chang Cheng – wielki mur).
Będąc w Pekinie można udać się w jedno z czterech miejsc Wielkiego Muru, które są przygotowane do zwiedzania: Badaling, Huanghua, Mutianyu i Simatai. My wiedząc o tym, że pierwsze trzy są najchętniej odwiedzane z racji bliższej (mniej niż 100km) odległości od Pekinu wybraliśmy się do Simatai, które jest chyba najpiękniejszym miejscem do obejrzenia Wielkiego Muru, a największą zaletą jest to, że turystów tu niewielu 🙂

Simatai

Miejsce znajduje się w odległości około 160km na północny wschód od Pekinu i położone jest w niezwykle malowniczym paśmie wzgórz położonych wśród pięknej gęstej zieleni i tuż nad jeziorem tworzonym przez dwa źródła zwane Mandarin Duck Springs. Ciekawostką jest to, że ze wschodniego źródła wydobywa się zimna woda, zaś z zachodniego gorąca. Tak więc w jeziorze miesza się zimna i gorąca woda. Na dodatek na jeziorze wybudowane są na dwie duże tamy spiętrzające wodę co jeszcze bardziej podnosi atrakcyjność tego miejsca 🙂
Do Simatai dotarliśmy koło południa, ale tego dnia warunki pogodowe były mało sprzyjające do podziwiania widoków Wielkiego Muru i tego co go otacza, bo jak na złość tego dnia powietrze było gęste i wilgotne jak w fińskiej saunie, a mgła jaka się dzięki temu tworzyła ograniczała widoczność do kilkudziesięciu metrów. Pierwszą część trasy pod górę do wielkiego muru zdecydowaliśmy się pokonać kolejką linową, która w dwuosobowych wagonikach wciąga chętnych mniej więcej do połowy wysokości trasy. Później dla leniwych przygotowana jest jeszcze jakaś ustawiona pod ostrym kątem do zbocza, kolejka szynowa, ale przecież nie po to tam się pojawiliśmy, żeby wjeżdżać na górę. Resztę trasy pokonaliśmy więc pieszo. Jeśli ktoś się wybiera w to miejsce to polecamy wziąć obuwie, a nie sandały, bo miejscami jest dość niebezpiecznie, a już na samym murze niektóre jego fragmenty są naprawdę wąskie i śliskie, a przecież żadnych zabezpieczeń dla kogoś kto niechcący chciałby przyśpieszyć zejście i osiągnąć przyśpieszenie 9,81 m/s2 nie wybudowano bo mur to mur i budowanie na nim jakichś barierek byłoby (słusznie!) świętokradztwem. My poszliśmy na całość i całą tę przygodę pokonaliśmy w sandałach 🙂 Wchodzenie w górę w gęstym, wilgotnym powietrzu stanowi niemałą atrakcję.

Wzgorza

Przy kolejnych krokach w górę kolejne wdechy powietrza były jak nabieranie w płuca pary wodnej znad czajnika. Oczywiście im wyżej w górę tym mgła gęstniała więc muru nie widzieliśmy praktycznie aż do momentu gdy znalazł się tuż nad naszymi głowami. Wielki Mur to dzieło nie mające sobie równych. Po prostu długo nie można odnaleźć słów by wyrazić to co się czuje oglądając ten historyczny wyczyn budowlany. Naszą wędrówkę po murze rozpoczęliśmy od najwyżej położonej wieży na tym odcinku Wielkiego Muru. W zasadzie dzięki temu schodziło się już tylko coraz niżej. Jeżeli jednak ktoś myśli, że dzięki temu jest łatwiej to jest w błędzie 🙂 Okazało się, że schodzenie po wąskich i miejscami mocno wybrakowanych schodach jest równie trudne jak wspinaczka pod górę. Mięśnie łydek mocno pracowały by nie poślizgnąć się na zroszonych mgłą schodach.

Schodki

W miarę upływu czasu mgła zaczęła wreszcie opadać pozwalając podziwiać niesamowite widoki roztaczające się dookoła muru. To co tam oglądaliśmy powoduje po prostu „opad szczęki”. Aż trudno sobie wyobrazić jak byśmy się czuli gdyby powietrze było zupełnie przejrzyste, bo bajkowość tych miejsc równa się temu co można podziwiać w chińskich baśniowych filmach w rodzaju „Przyczajony Tygrys…” czy „Jet Li Hero”. Wokoło cudowne wzgórza z których dochodzą niesamowite dźwięki przyrody, a w dole widać jezioro po którym pływa łódeczka, zawieszony nad wodą długi na kilkadziesiąt metrów drewniany mostek i pasmo ścieżek, którymi chodzą mali jak mróweczki ludzie.

Murek

Jeśli ktoś jest w Chinach i nie wybierze się na Wielki Mur to po prostu popełnia niewybaczalny błąd. To istny cud, nie bez powodu zaliczony do siedmiu cudów świata. Długo nie można wyjść z podziwu wyobrażając sobie trud trzech i pół miliona ludzi, którzy wznosili tę budowlę, a to co można oglądać wokoło będąc na murze pozostawia niezapomniane wrażenia.

Mur

Tego dnia turystów było tutaj jak na lekarstwo więc mogliśmy sobie wędrować bez żadnych „przepychanek”, a w wielu miejscach zaznawać tej radości w zasadzie w samotności 🙂 Na koniec tych wspaniałych przeżyć postanowiliśmy jeszcze bardziej podnieść sobie poziom adrenaliny i skorzystać z możliwości zjechania w dół na linie nad samym jeziorem na drugi jego brzeg. Atrakcja jest bardzo prosta w przesłaniu. Wsadza się delikwenta w uprzęż, podczepia pod hak na linie zawieszonej pomiędzy wzgórzem na którym znajduje się mur a drugą stroną jeziora. Spad na tym odcinku wynosi kilkadziesiąt metrów więc zjazd powoduje, że niektóre osoby krzyczą aż echo odbija się od pobliskich wzgórz! 40 yuanów za taką atrakcję to naprawdę niewiele. Polecamy! 🙂

Lina

Potem do miejsca skąd można sobie kontynuować wędrówkę lub wrócić do punktu wyjścia płynie się małą łódką. Można więc podziwiać okolice i wybudowane na jeziorze tamy wprost z tafli jeziora. Jeżeli ktoś nie ma lęku wysokości to naprawdę warto skorzystać z takiej możliwości, gdyż popłynąć łódką można tylko po zjechaniu na linie (oczywiście wliczone jest to już w cenę za zjazd) 🙂

Lodeczka

Powrót do Pekinu był już tylko czystą formalnością. Mur został mocno osadzony nie tylko w szczyty gór, ale też wmurował się ostro w nasze umysły. Nisko kłaniamy się z szacunkiem wszystkim Chińczykom jako, że nie tylko zbudowali światowe imperium przemysłu nie poddające się światowemu kryzysowi gospodarczemu, ale przede wszystkim mają coś co przetrwało tysiące lat i rzuca na kolana ludzi bez względu na stopień rozwoju cywilizacyjnego.
Teraz udajemy się na południe Chin po drodze zatrzymując się w innych ciekawych miejscach. Na początku tej podróży zatrzymamy się w Pingyao…

Pekińskie atrakcje

poniedziałek, sierpień 24th, 2009

 
Po zalogowaniu się w hotelu zrezygnowaliśmy z jakiegokolwiek odsypiania i po szybkim prysznicu ruszyliśmy na podbój miasta. Okazało się, że mieszkamy w samym centrum (chociaż w przypadku 13-milionowego miasta, pełnego ogromnych centrów handlowych i ruchliwych ulic trudno mówić o jednym centralnym miejscu :-)). W jedną stronę mamy 10 minut do commercial street, a w drugą do Zakazanego Miasta. Pierwszy dzień poświęciliśmy zatem na te podstawowe elementy wizyty w Pekinie oraz na znalezienie trochę tańszego hotelu.
Zakazane Miasto jest niesamowite.

Zakazane miasto

Spędziliśmy tak ponad 3 godziny a i tak pod koniec musieliśmy część rzeczy sobie odpuścić, bo okazało się, że jest czynne tylko do 17.00 (uwaga: większość atrakcji turystycznych w Pekinie jest czynnych do 17.00 – trzeba więc mądrze planować zwiedzanie).
Zakazane Miasto to zlokalizowana w samym sercu Pekinu historyczna siedziba 2 dynastii chińskich władców – Ming i Qing. Miasto zaczęto budować w 1406 roku a jego powierzchnia zajmuje 720.000 m2, więc naprawdę jest gdzie spacerować. Mimo, że nieustannie ciągnął tu tłumy turystów, to można znaleźć też małe uliczki i podwórka, oddalone od głównego szlaku „zwiedzania”, które urzekają swoim urokiem a mury z czerwonej cegły, żółte dachy i kolorowe ornamenty potęgują magiczną atmosferę tego miejsca.

Zakazane miasto

Kolejnym krokiem w „oswajaniu” Pekinu było oglądanie panoramy miasta ze wzgórz Jinghsan Park. Widoki zapierające dech w piersiach – stare style architektoniczne, charakterystyczne dla kultury chińskiej przeplatające się z imponującymi kilkudziesięciopiętrowymi szklanymi wieżowcami, a do tego dużo zieleni! Od samego początku Pekin nas zachwycał – przede wszystkim swoją wielkością i różnorodnością i te odczucia na każdym kroku się potwierdzały.

Pekin

Z parku, rikszą pojechaliśmy na Plac Tiananmen. W przejściu podziemnym przed Placem zostaliśmy poddani security control co wywołało nasze ogromne zdziwienie ale grzecznie przepuściliśmy plecak przez skaner. Plac faktycznie okazał się ogromy a na nim był tłum ludzi i mnóstwo wojska i policji. Chodziliśmy między nimi zdezorientowani, zastanawiając się, czy nie trafiliśmy przypadkiem na jakąś „imprezę”, gdy podszedł do nas chłopak i bardzo łamaną angielszczyzną spytał, czy może sobie zrobić z nami zdjęcie… długo nie rozumieliśmy co ma na myśli… aż w końcu załapaliśmy, że tu, w Pekinie, ktoś o europejskich rysach twarzy i jasnej skórze to jednak ciągle ewenement więc zapozowaliśmy do zdjęcia, a w rewanżu dowiedzieliśmy się, że tłum ludzi, jaki zgromadził się na placu oczekuje na opuszczenie flagi. To codzienny rytuał gromadzący nieprzebrane rzesze Chińczyków (i chyba z rozpędu trochę też turystów) – o świcie flaga jest uroczyście wciągana na maszt, a o zachodzie słońca opuszczana – wydarzenie na miarę zmiany warty przed Pałacem Buckingham.

Tiananmen

Wieczorem mimo zmęczenia wybraliśmy się obejrzeć kolejną atrakcję Pekinu – Night Market. Wzdłuż ulicy ustawiona masa budek z lokalnymi specjałami kulinarnymi. Wszystko oczywiście świeżo przygotowywane i pachnące lub „pachnące” inaczej! Kucharze i sprzedawcy przekrzykiwali się, zachwalając swoje przysmaki. A wśród nich można było znaleźć – węże, jaszczurki, różnego rodzaju stwory wodne (niektórych nigdy wcześniej nawet nie widzieliśmy), różnego rodzaju owady i chrząszcze (coś podobnego do karaluchów) – a wszystko to smażone, pieczone na grillu lub serwowane na surowo. Z niedowierzaniem patrzyliśmy na „lokalesów” którzy zajadali się tymi pysznościami! Nam na razie brakło odwagi na takie eksperymenty. Może następnym razem… 🙂

Night Market

Kolejnego dnia zgodnie z wcześniejszym planem przenieśliśmy się do dużo tańszego, a zlokalizowanego przy samej commercial street hostelu. Okazało się, że w Chinach jest bardzo dużo hosteli zrzeszonych w International Hosteling więc warto mieć kartę Międzynarodowego Stowarzyszenia Schronisk Młodzieżowych. My nie wyrobiliśmy tej karty w Polsce ale kupiliśmy tu na miejscu, więc mamy chinską 🙂 Dużo tańsza niż polska (30 yuanów) a daje takie same zniżki – polecamy! Okazało się, że następnego dnia w tym hostelu zameldowała się spora grupa podróżników z Polski, a wśród nich grupa, którą spotkaliśmy wcześniej w Mongolii w Karakurum. Nasi „znajomi” szybko rozpuścili wśród innych Polaków informację o tym, że jesteśmy „parą, która jedzie dookoła świata” i od tej pory staliśmy się VIP-ami, wracając wieczorem do hostelu zostaliśmy powitani (przez nigdy wcześniej nie widzianych ludzi) okrzykiem: „O, nareszcie jesteście, już myśleliśmy, że was nie zobaczymy!” 🙂 Strasznie to śmieszne uczucie! Każdy się z nami wita, chce pogadać, dopytać o szczegóły i życzyć powodzenia. Dziękujemy! 🙂
Następnego wieczoru postanowiliśmy wybrać się na spacer na Drogę Duchów (Ghost Street / Gui Jie) – miejsce to polecane jako jedna z ulic najbardziej oddających klimat nocnego Pekinu, pełna restauracji i barów, a wszystko to w klimatycznym oświetleniu czerwonych chińskich lampionów. Z naszej mapy wynikało, że to całkiem blisko z naszego hostelu – ze 4 duże skrzyżowania, więc odległość w sam raz na wieczorną przechadzkę. Tylko że na mapie nigdzie nie było skali, a Pekin to nie Warszawa 🙂 Okazało się, że to godzina drogi w jedną stronę! Chwilami byliśmy bliscy zrezygnowania i prawie zdecydowaliśmy się zatrzymać na jedzenie gdzieś po drodze, ale ostatkiem sił dotarliśmy do celu. Obraz jaki ukazał się naszym oczom zapierał dech w piersiach! Na odcinku ponad 1,5 kilometra po obu stronach ulicy małe sklepiki, restauracje i knajpki w najbardziej chińskim wydaniu, jakie można sobie wyobrazi. Myśleliśmy, ze takie miejsca zdarzają się tylko w filmach.

Ulica duchow

Ulica duchow2

W kolejnych dniach w planach mieliśmy jeszcze zwiedzenie Podziemnego Miasta – z opisów przewodnikowych super miejsce, którego budowę rozpoczęto z woli wodza Mao w 1969 roku i budowano przez kolejne 10 lat (podobno w odpowiedzi na wylądowanie pierwszego człowieka na Księżycu i na zagrożenie wojną nuklearną z Rosją Mao upatrywał przyszłości rozwoju Chin w podziemiach). Po wnikliwym studiowaniu naszej mało dokładnej mapy i porównywaniu jej z elektroniczną wersją przewodnika jakim dysponujemy, zaznaczyliśmy na mapie mniej – więcej gdzie podziemne miasto powinno być i wyruszyliśmy. Im byliśmy bliżej, tym bardziej traciliśmy nadzieję, że idziemy w dobrym kierunku. Brak jakichkolwiek oznaczeń i totalne zdziwienie w oczach ludzi, których próbowaliśmy mieszanką migowego i angielskiego spytać dokąd dokładnie iść, wzbudzały w nas lekką konsternację – bo jeśli nie tu, to gdzie? Wchodziliśmy w głąb brudnych uliczek których raczej turyści nie przemierzają mieliśmy więc coraz więcej wątpliwości.

Uliczka

Już prawie uznaliśmy, że jednak coś pomyliliśmy, gdy brnąc przez wąską, ulicę z asfaltem dziurawym jak ser szwajcarski i przyglądając się beztroskiemu życiu mieszkańców, którzy leżeli na byle czym przed domami, grali w karty albo jedli lokalne przysmaki (i przyglądali nam się z takim samym zainteresowaniem jak my im), nasz wzrok zatrzymał się na kartce formatu A4 przyklejonej do szarego muru z wydrukowanym: „Underground City has closed”. Trochę to wyglądało na żart. Ale okazało się, że to nie żart… trafiliśmy idealnie! Niestety ani słowa wyjaśnienia więcej (a w każdym razie nie po angielsku). Po prostu zamknięte i koniec. Ta atrakcja nie wypaliła, ale sam spacer był bardzo ciekawy 🙂

Welcome to Pekin

piątek, sierpień 21st, 2009

Ostatnie 3 dni w Ułan Bator upłynęły leniwie i bez większych atrakcji. W końcu wszystko, co ważne w tym mieście obejrzeliśmy jeszcze przed wycieczką. Co prawda żołądki nam się już wreszcie zbuntowały i większość tego czasu walczyliśmy z objawami nieprzystosowania do mongolskiej diety, ale perspektywa zmiany kuchni na chińską dawała siłę i dzielnie przetrwaliśmy 🙂
W drodze z guesthouse’u na dworzec kolejowy mieliśmy okazję na własnej skórze doświadczyć tutejszego zwyczaju zgodnie z którym każdy samochód jest taksówką i wystarczy stanąć na skraju ulicy, wystawić rękę i za chwilę zatrzyma się jakiś kierowca. Cena za taką usługę jest w jakiś sposób odgórnie ustalona i każdy wie, jaka jest aktualna stawka za kilometr i ile mniej więcej powinien zapłacić (dokładniej rzecz biorąc wg doniesień lokalesów jest to 500 TGK za kilometr). Nas na dworzec podrzucił przesympatyczny, mocno starszy Mongoł, z którym udawało nam się w podstawowym zakresie porozumieć po rosyjsku. Na koniec drogi okazało się, że my nie mamy wystarczającej ilości drobnych pieniędzy, a nasz kierowca nie ma wydać więc wziął od nas wszystkie drobne (co stanowiło ok. połowę wartości kursu) i z radosnym uśmiechem, machając pożegnał nas donośnym „daswidania” jako, że znał po rosyjsku parę dyżurnych słów 😉
Bilety na pociąg do Pekinu kupiliśmy na samym początku pobytu w Ułan-Bator a i tak było to zadanie trudne, bo w międzynarodowej kasie kolejowej usłyszeliśmy, że najbliższe wolne miejsca w pociągu do Pekinu są za ponad miesiąc. Przeżyliśmy chwile zwątpienia, ale w hallu kasowym wpadła nam w ręce ulotka reklamująca jakąś niewielką agencję turystyczną oferującą przejazdy na tej trasie. Co prawda przejazd transportem „łączonym” czyli do granicy pociągiem (dokładnie do miasta Erlian po chińskiej stronie) a od granicy do Pekinu obco brzmiącym dla nas wynalazkiem zwanym „sleeping busem”. Ale nie mieliśmy wyboru. Bilety kupiliśmy, bo każdy dzień zwłoki mógł oznaczać jeszcze większe problemy z wydostaniem się z Mongolii. Staraliśmy się nie myśleć o tym, że ta agencja nie wzbudza naszego zaufania i nie mamy żadnej pewności czy jakikolwiek transport w wyznaczonym terminie będzie. Tym bardziej, że na biletach kolejowych widniały miejsca nr 1 i 2 w wagonie nr 1. Otrzymanie pierwszych numerów miejsc w całym wielkim pociągu zdawało się być mocno podejrzane.
Na szczęście na dworcu okazało się, że pociąg, na który mieliśmy bilety jest, nasze bilety są OK a pani wagonowa od razu pokierowała nas do właściwego wagonu.

Pociag do Pekinu

Właściwy oznaczał zgodny z tym co na bilecie, czyli pierwszy. Po zajęciu miejsc zorientowaliśmy się, że pierwszy wagon to przekleństwo – całą drogę leciały na nas kłęby czarnego dymu ze spalinowej lokomotywy. Ciężko się oddychało a skóra w momencie pokryła się warstwą lepkiej, brunatnej sadzy. No ale… nikt nie mówił że będzie łatwo! W przedziale jechaliśmy z młodym Amerykaninem – archeologiem studiującym w Kanadzie, badającym tu jakieś wykopaliska i Chińczykiem, którego przyszła pożegnać chyba cała bliższa i dalsza mongolska rodzina, bo machało mu z peronu chyba ze 20 osób!

Rodzinka

Wyjechaliśmy z Ułan-Bator wieczorem a następnego dnia w południe, z mniej – więcej 2-godzinnym opóźnieniem, dotarliśmy do granicy mongolsko–chińskiej. Tutaj już z żelazną chińską dyscypliną „trzepano” pociąg sprawdzając nawet zawartość bagażu naszemu Chińczykowi z przedziału, a na dworcu po wjechaniu do Chin w równiutkim szeregu na komendę ustawiali się chińscy mundurowi.

Mundurowi

Erlian przywitał nas eleganckim dworcem kolejowym, dostosowanym do prowadzenia w sprawnym tempie kontroli celnej i paszportowej tłumów podróżnych, wysypujących się z pociągów (niektóre jadą bezpośrednio z Moskwy). Procedury kontroli granicznej wyglądają mniej więcej podobnie, ale w Chinach po raz pierwszy spotkaliśmy się z mierzeniem temperatury wszystkim wjeżdżającym do kraju! Boją się pewnie, żebyśmy im czegoś nie przywieźli 🙂 Jeszcze tylko trzeba było wypełnić „arrival card”, dostać pieczątkę w paszporcie, przepuścić bagaż przez skaner i już byliśmy w Chinach. Zgodnie z zapewnieniami naszego „biura podróży” na dworcu czekała pani, która zbierała tych, którzy dalszą podróż mieli odbyć „sleeping busem”.
Okazało się, że z dworca kolejowego na autobusowy musieliśmy być jeszcze przewiezieni minibusem. Do 10 osobowego busa wpakowano więc 12 osób ale… i tak nie mogliśmy odjechać, bo ktoś z naszych współpasażerów zostawił swój bagaż i poszedł coś zjeść. Czekaliśmy na jego powrót ok. 20 minut a okazało się, że to nasz poznany na Gobi luzak – Holender z czerwonej łady 🙂 Samochód oddał jakimś mieszkańcom Mongolii, umył się porządnie i założył czyste ciuchy ale i tak nie sposób było go nie poznać. Byliśmy już w komplecie, więc minibus ruszył na dworzec autobusowy. Tam okazało się, że nasz sleeping bus odjeżdża za 1,5 godziny więc mamy trochę czasu na jakieś podstawowe zakupy i skorzystanie z dworcowej toalety. O wyznaczonej godzinie zameldowaliśmy się przed autobusem z numerem, który mieliśmy na biletach i widok bynajmniej nie był wesoły. Sleeping bus oznacza pojazd, w którym są tylko miejsca półleżące, w 3 rzędach ciągnących się na całej długości autobusu i na 2 poziomach (łącznie ok. 40 miejsc), bez możliwości przyjęcia pozycji siedzącej albo leżącej (oparcia są ustawione „na sztywno” pod kątem 45 st.), bez żadnego miejsca na bagaże ale za to z obrzydliwą pościelą (na szczęście przed oddaniem bagaży do luku wzięliśmy swoje śpiwory).

Bus

Podróż sleeping busem to jak dotąd najbardziej traumatyczne oświadczenie komunikacyjne (ale wiemy, że w Chinach jeszcze niejednokrotnie będziemy z niego korzystać, bo może nie być wyboru). Po godzinie drogi od Erlian, autobus został zatrzymany przez policję, która nie wiedzieć w jakim celu spisała wszystkich pasażerów – trzeba się było ustawić w kolejce do takiego policyjnego blaszaka, okazać policjantowi paszport a on wszystkie dane przepisywał do wielkiego zeszytu w kratkę. Po zakończonej procedurze „rejestracyjnej” pojechaliśmy dalej. Nad ranem, po ponad 12 godzinach drogi staliśmy przez ponad 1,5 godziny w gigantycznym korku przed wjazdem do Pekinu, a po kolejnej godzinie jazdy przez miasto dotarliśmy na dworzec. Wymęczeni i „połamani” po nieprzespanej nocy z chęcią skorzystaliśmy z propozycji 2 poznanych w autobusie Finek, żeby wziąć jedną taksówkę i pojechać do hotelu, gdzie one miały rezerwację i wiedziały że są jeszcze wolne miejsca.
Ale… wzięcie taksówki w Pekinie, nawet na dworcu autobusowym, to nie taka prosta sprawa! Nikt nie mówi po angielsku, nie sposób się połapać co jest co, bo wszędzie zamiast liter „krzaczki” a Chińczycy zdają się nie umieć czytać map i jak im pokazywaliśmy dokąd chcemy dotrzeć (hotel znajdował się w samym centrum) to kilka osób zbierało się i dywagowało, gdzie to może być, by w końcu przeczącym ruchem głowy oznajmić, że nie mogą nam pomóc. Wreszcie po długich poszukiwaniach udało nam się znaleźć bardziej rozgarniętego taksówkarza, który po dokładnej analizie mapy zaprosił nas do samochodu i zawiózł do hotelu. Z okien samochodu oglądaliśmy poranek w Pekinie – mieście ogromnym i fascynującym a ciekawość mieszała się w nas z obawą – jak tu sobie poradzimy skoro „głupie” złapanie taksówki to nie lada wyczyn…

Mongolia

czwartek, sierpień 20th, 2009

Ulan-Bator

wtorek, sierpień 18th, 2009

Z Bajkalu do Nauszek

wtorek, sierpień 18th, 2009

Bajkal

wtorek, sierpień 18th, 2009