Archive for the ‘Tajlandia’ Category

Tajlandia – nasz come back na wyspy

poniedziałek, kwiecień 22nd, 2013

Tajlandia to kraj do którego mnóstwo ludzi wraca jeśli zawitało tam choć jeden raz. To dlatego, że oprócz typowo azjatyckiego klimatu i serdeczności jej mieszkańców można tam znaleźć wszystko co najlepsze do miłego spędzania czasu: wspaniała pogoda, piękne krajobrazy, piaszczyste plaże i co charakterystyczne dla tego kraju przepyszna kuchnia przez wielu uznawana za najlepszą na świecie.
Od razu dodamy: my też tak uważamy! Kuchnia tajska łączy wszystko co najlepsze: aromaty azjatyckich przypraw, wspaniałe smaki owoców morza, pikantne warzywa i słodkie owoce – jednym słowem mniam!
Postanowiliśmy tu wrócić korzystając z okazji super promocji na przeloty liniami Etihad. W takiej cenie w jakiej udało nam się zakupić bilety lecieć w ten rejon Azji zdarza się nie często. Złapaliśmy więc wiatr w żagle i wykorzystaliśmy okazję, żeby tu ponownie zawitać.
Przeloty do południowo-wschodniej Azji linie Etihad organizują w bardzo przemyślany sposób: najpierw organizują loty z różnych części Europy do Berlina stowarzyszonymi liniami Air Berlin, stamtąd lecą duże Boeingi do Emiratów Arabskich a konkretniej do Abu Dhabi, który jest dużym hubem na ogromną liczbę różnych tras, a stamtąd ponownie dużymi Boeingami można lecieć w różne strony Azji.
Postanowiliśmy polecieć do Phuket, czyli bardzo popularnego miejsca dla turystyki tajskiej. Postanowiliśmy również, że ta wizyta będzie miała charakter bardziej relaksacyjny niż globtroterski. Po naszych poprzednich podróżach należy nam się trochę wypoczynku więc plan wydał nam się słuszny 😉
Planem minimum było „objeżdżenie” wyspy Phuket oraz odwiedzenie wybranych dwóch innych wysp. Dodatkowym celem osobistym było przejście kursu tajskiej kuchni. Od naszych podróży po Azji bowiem w naszej kuchni azjatyckie potrawy rozgościły się na dobre i śmiało możemy powiedzieć, że goszczą na naszych talerzach o wiele częściej niż nasze rodzime potrawy czy w ogóle potrawy kuchni europejskiej.
Loty liniami Air Berlin możemy uznać za bardzo komfortowe a sam pomysł kooperacji z liniami Etihad uznajemy za strzał w dziesiątkę. Szybko, sprawnie i wygodnie. Linie Etihad to oczywiście klasa sama w sobie. Brawo! Oby więcej takich międzynarodowych pomysłów na tanie podróżowanie 🙂
Po przylocie na Phuket późnym wieczorem mieliśmy już zarezerwowany nocleg w hostelu położonym niedaleko portu lotniczego, ale w cichym miejscu co pozwoliło nam wypocząć przed udaniem się następnego dnia na południe wyspy do miasteczka Rawai gdzie postanowiliśmy poszukać miejsca na „bazę wypadową”. Oczywiście mimo tego, że zmrok już zapadł postanowiliśmy udać się na eksplorowanie okolic by dotrzeć nad wybrzeże Morza Adamańskiego a także zjeść pierwszy tajski posiłek by pobudzić nasze kubki smakowe 😉
Plan tego dnia wypełniliśmy w stu procentach. Nasz kroki skierowaliśmy do ulicznych barów, które jak wiadomo serwują zwykłe, lokalne posiłki gwarantujące prawdziwie tajskie smaki a potem nasze kroki skierowaliśmy na zachód by dotrzeć na nabrzeże. Zarówno spacer do Parku Sirinat jak i „obiadokolacja” była miłym zakończeniem pierwszego dnia na Phuket 🙂

Tajskie jedzonko

Tajlandia

wtorek, styczeń 26th, 2010

Jak się żyje w raju

niedziela, styczeń 24th, 2010

No i jak to zwykle bywa wszystko co dobre szybko się kończy! Jutro opuszczamy cudowną Ko Phayam (jutro czyli w poniedziałek – ale nie wiemy kiedy uda nam się znaleźć jakiś Internet żeby opublikować ten wpis, więc może już jak to czytacie, to my jesteśmy gdzieś dalej) mając nadzieję kiedyś tu wrócić (najchętniej jeszcze zanim dzikie tłumy turystów przerobią to miejsce na kolejny Ko Phangan albo Ko Samui).
Ale co tam, w chwili kiedy to piszę jest nasz ostatni wieczór na wyspie, przez okno naszego drewnianego domku widać zachodzące wprost do morza słońce, słychać rozbijające się o brzeg fale i brzęczące świerszcze… więc idealny klimat, żeby napisać relację z tygodnia „w tajskim raju”.

zachod

W największym skrócie podsumowując czas, jaki tu spędziliśmy – największe lenistwo świata w jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi (tak, to kolejne miejsce, które tak nazwaliśmy ale to nie nasza wina, że jest tyle tak pięknych zakątków :-)). Atrakcji towarzyszących temu lenistwu było co niemiara, więc nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęło 6 dni które na tę wyspę przeznaczyliśmy.
Już pierwszego dnia pożyczyliśmy z „recepcji” naszego guesthouse’u maski do snorkelingu i wyruszyliśmy na poszukiwanie miejsc oznaczanych na mapach wyspy, jako te, gdzie warto snorkelingować. Oczywiście autorzy map się nie mylili, znaleźliśmy niemal przy samym brzegu super podwodne skały i rafy koralowe, w których mieszkały ryby, jakie do tej pory oglądaliśmy tylko na filmach.

snorkeling

Na takim obserwowaniu życia morskiego można spokojnie spędzić kilka godzin, ani przez moment się nie nudząc. Różnorodność ryb, ich zachowania, ciekawość z jaką przyglądały się nam, w ogóle się nie bojąc, są po prostu niesamowite! Już w Kambodży staliśmy się zagorzałymi fanami snorkelingu, więc można powiedzieć, ze tu rozwijaliśmy naszą pasję. Pewnie byłoby nam z tą pasją łatwiej, gdybyśmy kupili sobie własny sprzęt i nie musieli ciągle pożyczać i wiecznie kombinować, żeby maski nie przeciekały (np. zawiązując je sznurkiem wokół głowy) i nie straszyli w wodzie ryb nieskoordynowanymi ruchami wynikającymi z zalewania się masek, no ale wszystko w swoim czasie, póki co uprawiamy snorkeling w wersji survivalowej, ale i tak jest super! Co prawda czasami takie zalanie maski oznacza konieczność natychmiastowego złapania gruntu pod nogami i wylania wody z maski i z nosa, co bywa trudne na większych głębokościach, a znalezione gdzieś pod wodą fragmenty skał albo wielkie kamienie są często ostre i ranią stopy, jednak każda przyjemność ma swoją cenę, wiec my mamy poranione stopy ;-).
Jeden cały dzień spędziliśmy na wycieczce łódką dookoła wyspy! Główną atrakcją wycieczki było łowienie ryb a nagrodą za skuteczny połów – oczywiście snorkeling – tym razem na dużych głębokościach, daleko od brzegu. OK, nie jesteśmy z tego bardzo dumni, bo to dosyć makabryczna rozrywka, ale bardzo nam się podobało łowienie ryb! Sprzęt do łowienia był rodem z opowieści o sztuce przetrwania na bezludnej wyspie – kółko z nawiniętą kilkumetrową żyłką i na końcu haczyk. I co najważniejsze – to działa!

ryba

My w sumie złowiliśmy 5 sporych, jadalnych ryb, które wieczorem usmażyliśmy na ognisku! Były oczywiście rewelacyjne a poza tym, to taka wprawka, gdyby kiedyś przyszło nam na poważnie samodzielnie zdobywać pożywienie 🙂 Pierwsza lekcja zaliczona – damy radę złowić i usmażyć rybę. No i oczywiście nasze ukochane podglądanie życia podwodnego pzez pożyczone maski! Hitem były najprawdziwsze na świecie Rybki Nemo (czyli Błazenki) – dokładnie tak, jak w filmie, zamieszkujące jeden gatunek ukwiału! Strasznie szkoda, że nie mamy podwodnego aparatu fotograficznego, albo najlepiej kamery, bo trudno tę różnorodność gatunków i kolorów opisać (moglibyśmy wrzucić filmik, komentarz „miłego oglądania” i po sprawie ale w zastępstwie zamieszczamy znalezione w sieci zdjęcie „Nemo” – ujęcie niemal dokładnie takie, jakie my oglądaliśmy:-)).

nemo

Kolejna ryba, która powaliła nas na kolana – to coś pomiędzy rybą a samolotem – ryba latająca tuż nad powierzchnią wody, w pozycji prawie pionowej tak, że tylko końcówkę ogona ma w wodzie. A jaką szaloną prędkość rozwija! Po prostu niesamowite! (BTW. czy ktoś może wie, co to za gatunek ryby? Niestety „leciała” tak szybko, że nie wiemy nawet jakiego jest koloru). Inną ciekawą rybą jaką mieliśmy okazję podziwiać „w akcji” była centkowana, lekko najeżona ryba, która potrafi się nadymać i osiągać objętość wielokrotnie większą niż normalnie. Wygląda wtedy jak ogromny jasny balon! 🙂 Zresztą różnorodność roślin i zwierząt na wyspie jest ogromna! Leżąc na plaży podziwialiśmy krążące nad naszymi głowami ogromne ptaki drapieżne, ale też malutkie ptaszki podobne do kolibra, a w łazience w naszym domu spotkaliśmy ogromną jaszczurkę. Wszystko wygląda jak z filmów przyrodniczych.

widok

Kolejne dni spędzaliśmy głównie na plaży. Bo przecież nawet zwykła kąpiel w morzu, przy temperaturze wody osiągającej 30 stopni jest nie lada atrakcją. Tym bardziej, że dochodzą do tego ogromne, kilkumetrowe fale! Zabawa przednia! A dodatkowo można jeszcze pożyczyć taki mały, lekki, jednoosobowy kajak i w nim próbować pokonywać fale :-).

fala

A, no i kolejną, ogromną zaletą wyspy było jedzenie (jak zresztą w ogóle w Tajlandii a może i po prostu w tej części świata). Już na początku naszego pobytu odkryliśmy małą lokalną knajpę na plaży, w której jedzenie było nieziemsko pyszne i całkiem niedrogie. Chodziliśmy tam codziennie, eksperymentując z najróżniejszymi tajskimi potrawami i wszystkie były rewelacyjne, ale zdecydowanymi hitami były świeżo łowione owoce morza na wszelkie możliwe sposoby oraz tajska zupa Tom Yam.
Jutro ruszamy w dalszą drogę, w stronę Malezji. Jeszcze bez dokładnego planu którędy i jak chcemy tam dotrzeć, ale to nie pierwszy taki spontan, więc liczymy na to, że wszystko się uda :-).

Ko Phayam – Thai paradise

środa, styczeń 20th, 2010

Tajlandia od kilkunastu lat stała się bardzo popularnym miejscem dla turystów szukających egzotyki. Szczególnie w czasie gdy w Europie i USA panuje zima. Tutaj w tym okresie temperatury rzadko kiedy spadają poniżej 30 st.C a często osiągają dużo wyższe pułapy. Jednak ten turystyczny ruch spowodował, że mało jest już miejsc gdzie można znaleźć spokój i odpoczynek od wszędobylskich turystów. Ci którzy chcą udać się na wyspy by znaleźć relaks na pięknych piaszczystych plażach najczęściej wybierają jedną z trzech wysp w Zatoce Tajlandzkiej: Ko Tao, Ko Samui lub najbardziej obleganą Ko Pha-Ngan. Bardzo duży ruch turystyczny panuje też na wyspach położonych na południe od popularnego Puketu oraz na Ko Chang położonym w pobliżu granicy z Kambodżą. My postanowiliśmy udać się na wyspy znajdujące się nieopodal granicy z Birmą (Myanmar). Tutaj w odległości kilku kilometrów od Birmy znajdują się trzy wyspy z których najdalej położoną jest Ko Phayam.

To co tutaj zastaliśmy przeszło najśmielsze nasze wyobrażenia. Zanim tutaj dotarliśmy najpierw przez kilkanaście godzin jechaliśmy autobusem z Bangkoku do miasteczka Ranong w którym znajduje się przejście tajsko-birmańskie. Oczywiście nie mogło być łatwo i zwyczajem, z którym spotkaliśmy się już wcześniej w drodze do Bangkoku najpierw autobus wyjechał o dwie godziny później niż się spodziewaliśmy, a potem po męczącej nocy o godz. 4:00 nad ranem poproszono nas o opuszczenie autobusu. Okazało się, że w Chumphon mamy czekać na przesiadkę do kolejnego autobusu zaplanowanego na godz. 5:30. Ten autobus okazał się być małym vanem w który upchano 10 osób i ruszyliśmy w dalszą drogę – właśnie do Ranong. Tak więc po dotarciu do tego miasteczka odczuwaliśmy już spore zmęczenie po nieprzespanej nocy w ciasnych autobusach. Tutaj uzgodniliśmy warunki dotarcia do miejsca skąd wypływają statki i kolejnym vanem udaliśmy się w kierunku zatoki. Statek udający się w kierunku wysp około godz. 9:30 był już zacumowany do brzegu więc po krótkich odprawach mogliśmy już zająć miejsca i czekać na ponad 2-godzinną podróż Morzem Atamańskim w kierunku Ko Phayam. Morze Atamańskie jest częścią Zatoki Bengalskiej na Oceanie Indyjskim i jest zaskakująco czyste (choć woda w pobliżu samego Ranongu miała mocno błotnisty kolor, ale spowodowane to było zapewne rzeką wpływającą do morza właśnie w tym miejscu i obfitymi połowami morskimi jakie odbywają się z licznych tutaj statków rybackich).

Statek rybacki

Płynąc w kierunku Ko Phayam mijaliśmy po drodze dwie inne sporej wielkości wyspy na których widać piękne dżungle i palmowe wybrzeża. To co jednak zastaliśmy po dotarciu do celu naszej podróży, czyli Ko Phayam wynagrodziło nam trudy całej podróży. Słońce było już niemal w zenicie, a wyspa witała nas małą przystanią przy której rozciągają się piaszczyste plaże. Na wyspie nie ma samochodów, ani innych dużych pojazdów mechanicznych, a podstawowym środkiem transportu są tutaj motorowery i rowery.

Ko Phayam

Jeśli ktoś chce się przedostać na drugą stronę wyspy może skorzystać z taksówki motorowerowej 🙂 Kierowca motoroweru ma ubraną kamizelkę z dużym napisem „taxi” i właściwym numerem taksówki na plecach. Może zabrać jednego turystę z jednym plecakiem, który umieszcza się pomiędzy kierownicą a kierowcą. My chcieliśmy przedostać się na drugą stronę wyspy ponieważ tam znajduje się najpiękniejsza, długa na kilka kilometrów plaża i tam można znaleźć bungalowy w których chcieliśmy się zatrzymać. Wyspa Ko Phayam nie jest duża. Odległość do brzegu po przeciwnej stronie wyspy wynosi około 7 km. Na wyspie jest tylko jedna wioska (od strony przystani morskiej). Pozostali mieszkańcy mieszkają w porozrzucanych po wyspie drewnianych chatach na palach. Podobno w sumie mieszka tutaj około 2 tys. osób.

Tak więc po ustaleniu ceny dwoma motorowerami udaliśmy się na przeciwny brzeg wyspy by tutaj poszukać odpowiedniego cenowo bungalow w którym spędzimy kilka najbliższych dni rokoszując się urokiem wyspy. Jazda wąskimi drogami po których co jakiś czas mijały się jedynie motorowery uświadomiła nas jeszcze bardziej jak cudowne panują tutaj warunki. Ma wyspie znajdują się piękne egzotyczne drzewa i roślinność, pomiędzy którymi przedzierają się gorące promienie słoneczne.

Owocki

To co po kilkunastominutowej jeździe zobaczyliśmy po drugiej strony spowodowało opad szczęki jeszcze większy od tego, który mieliśmy na kambodżańskich wyspach Koh Russei i Koh Rong. Długa i piękna z białym, drobnym jak mąka piaskiem plaża, cudownie krystaliczna, turkusowa woda, egzotyczna roślinność na wybrzeżu i co najważniejsze pusto. Na całej kilkukilometrowe plaży znajdowało się nie więcej niż dziesięć osób!

Plaza na Ko Phayam

Na wybrzeżu znajduje się tutaj kilka różnych guesthousów z bambusowymi bungalowami więc dość szybko znaleźliśmy właściwe miejsce za właściwą cenę 🙂 Co najważniejsze ceny w tym rajskim środowisku są niższe niż pokojów w najtańszych miejscach Bangkoku tak więc znaleźliśmy dokładnie to czego szukaliśmy: rajską egzotykę za grosze. Bungalowy mają podstawowe wyposażenie i co wygodne, każdy z nich ma prysznic i ubikację więc jest wszystko co potrzeba przy takim zakwaterowaniu. W dodatku bliskość natury i spokój jaki tutaj panuje powoduje, że jest to wymarzone miejsce do odetchnięcia od tłoku i zgiełku z jakim spotkaliśmy się w Bangkoku. Ceny posiłków też nie są tutaj wyższe niż w innych częściach Tajlandii więc jest to idealne miejsce do relaksu na łonie natury.

Widok z bungalow

Widok z otwartego okna bungalow wprost na przepiękne morze i jego szum, przy ciszy od wszelkich przejawów cywilizacji daje poczucie relaksu o jaki już coraz trudniej w tym zglobalizowanym, kurczącym się świecie. Nie ma tutaj prądu (generatory uruchamia się tylko wieczorem na około 3-4 godziny), a na plaży (w przeciwieństwie do innych miejsc jakie już widzieliśmy) nie ma handlarzy oferujących wszelakiej maści usługi i produkty. Szum morza jaki słychać w nocy przy otaczających bungalowy ciemnościach daje spokojny sen rodem wprost z dziecięcych marzeń 🙂

Może jedynie znaki ostrzegające przed ewentualnym tsunami lub trzęsieniem ziemi, wskazujące kierunek potencjalnej ewakuacji mogą u osób z bujną wyobraźnią wywołać chwilową gęsią skórkę 😉 Oczywiście w tej części świata takie potencjalne zagrożenie istnieje zawsze więc miejscowe władze nauczone przejściem kilka lat temu tsunami w południowej części Tajlandii dbają o właściwe ostrzeżenia i oznakowania dla zapewniania właściwego poziomu bezpieczeństwa.

Tsunami

Najciekawsze dla nas jeśli chodzi o warunki plażowo kąpielowe jest zachowanie wody przy tutejszym wybrzeżu. Właściwie jest ona wyjątkowo spokojna (czasem niemal gładka tafla) z regularną co jakiś czas tworzącą się piękną falą grzebieniową. Nie trzeba chyba opisywać jaką frajdę sprawia poddawanie się takiej fali 🙂 Posługując się prostą deską można płynąć, dając się ponieść na grzbiecie takiej fali w kierunku plaży, lub też poddać się naturalnemu jacuzzi masującemu całe ciało.

Zachód słońca obserwowany z hamaka lub huśtawki wprost przy plaży nie ma w sobie równych.

Zachod slonca na Ko Phayam

Możemy śmiało powiedzieć, że trafiliśmy do raju. W dodatku pozwalającemu rozkoszować się naturą za naprawdę groszowe pieniądze na miarę typowej kieszeni trawelersa 🙂 Jeżeli więc ktoś z drogich czytelników potrzebuje wskazówek jak tutaj dotrzeć – z chęcią pomożemy!

Na koniec prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionemu dziecku z Polski.
Przypominamy też, że pozostał ostatni dzień głosowania na Blog Roku 2009. Do przejścia do kolejnego etapu brakuje nam dosłownie paręnaście głosów więc jeśli drogi czytelniku masz komórkę z której możesz oddać na nas swój głos bardzo prosimy o przesłanie SMS’a o treści D00124 (po literce „D” znajdują się dwa zera) na numer: 7144 (koszt 1,22 zł). Z góry dziękujemy!

Night life in Bangkok

poniedziałek, styczeń 18th, 2010

Jednak Bangkok to nie tylko Royal Palace i świątynie. Nazywany „oknem na świat” Azji południowo-wschodniej ma turystom do zaoferowania znacznie więcej niż wspaniałe zabytki. Jak pisaliśmy we wcześniejszym wpisie – jest miastem kontrastów, wybuchową mieszanką kultur i narodowości, smaków, zapachów i kolorów, miejscem, gdzie to, co drogie, nowoczesne i bogate, sąsiaduje „przez płot” z tym co biedne i obskurne. Podobno Bangkok można kochać albo nienawidzić. Ale jest chyba jeszcze jedna opcja – poznawać, oglądać, chłonąć tę specyficzną atmosferę, starać się nie słyszeć wszechogarniającego hałasu i zamieszania, po prostu być obserwatorem tego szaleństwa i czasami poddawać się dyktowanym przez nie regułom gry.
Tak właśnie spędziliśmy nasze kilka dni w Bangkoku. Daliśmy się porwać temu, co to miasto ma do zaoferowania – najlepszego i… nazwijmy to dyplomatycznie „najciekawszego”.

Centrum Bangkoku

Pierwsza nasza wycieczka po Bangkoku była tylko pobieżnie zaplanowana. Z grubsza wiedzieliśmy dokąd i którędy chcemy się dostać i co tam zobaczyć, ale bez dokładnego pomysłu. Zaczęliśmy więc od kilkunastominutowej podróży tramwajem wodnym na południe miasta. Oczywiście wybraliśmy tramwaj lokalny na głównej rzece – tani i nieziemsko zatłoczony. Z tej perspektywy widać dokładnie, jak tuż przy ogromnych, bogatych hotelach na brzegu rzeki istnieją niemal slumsowe drewniane, rozpadające się domy biedaków. Na horyzoncie widać „city” czyli nowoczesne centrum z ogromnymi drapaczami chmur, a co jakiś czas na obu brzegach lśnią bogactwem i przepychem kolejne świątynie (waty). Podobno wycieczka wodną taksówką kanałami miasta jeszcze dobitniej pokazuje jak wygląda bieda w Bangkoku. Po skorzystaniu z „wodnej komunikacji miejskiej” przesiedliśmy się do cudu techniki – Skytraina. Pociąg miejski, którego linia jest poprowadzona w powietrzu, nad ulicami, wciśnięta pomiędzy bloki, pozwalający niemal z lotu ptaka oglądać Bangkok. Podróż Skytrainem odbyliśmy z nosem przyklejonym do szyby, nie mogąc uwierzyć, że u podnóża drogich, szklanych wieżowców są całe dzielnice slumsów, że pomiędzy centrami biznesowymi stoją straszące, opuszczone albo nigdy niedokończone bloki albo hotele. Wreszcie dojechaliśmy do stacji centralnej – Siam Centre. Byliśmy ze wszystkich stron otoczeni ogromnymi centrami handlowymi – od najtańszych, w wystroju podobnych do warszawskich KDT (chyba już „byłych KDT”) aż po takie, w których znajdują się tylko ekskluzywne butiki najdroższych światowych marek. Oczywiście najwięcej czasu spędziliśmy w MBK czyli najtańszym z możliwych, 6- piętrowym, ogromnym molochu handlowym, gdzie można kupić dosłownie wszystko (OK, prawie wszystko, my chcieliśmy kupić pareo i się nie udało, bo po prostu nie było, albo nie znaleźliśmy) i to za całkiem przyzwoite pieniądze. Wyczerpani kilkugodzinnym chodzeniem po stoiskach z najróżniejszym asortymentem, z plecakami ciężkimi od niekoniecznie potrzebnych (ale jakże okazyjnych!) zakupów, szukaliśmy miejsca do naładowania akumulatorów czyli tzw. w naszym języku „żarciowiska”. Spodziewaliśmy się trafić na jakąś lokalną kuchnię, z tanim i dobrym jedzeniem, może być na plastykowych talerzach, a wylądowaliśmy w rewelacyjnej, japońskiej restauracji sushi! Był to wybór jak najbardziej świadomy, bowiem w MBK znajduje się bardzo dużo dobrych restauracji z tajskim jedzeniem, ale każdy kto nas zna wie, że za sushi damy się pokroić, wiec gdy zobaczyliśmy w eleganckiej „suszarni” promocję „jesz ile możesz” za cenę 280 bathów od osoby (ok. 24 zł) to nie mogliśmy się oprzeć pokusie – było pysznie, pięknie i jak się później okazało cena zawierała również napoje, owoce i desery. Naprawdę można się przejeść… na szczęście na jedzenie jest ograniczony czas (75 minut – to i tak strasznie dużo) więc to nas uchroniło przed katastrofą 😉

Sushi w MBK

Po takim obiedzie najlepszą opcją był spacer po okolicy a później drzemka w parku – zupełnie przez przypadek doszliśmy do jednego z najpopularniejszych parków Bangkoku – Luphini Park gdzie można było przyjrzeć się w jaki sposób mieszkańcy Bangkoku uciekają od codziennego tłoku i szumu. Wieczorem dotarliśmy do bardzo popularnej atrakcji turystycznej Bangkoku – Patpong, czyli tutejszej Dzielnicy Czerwonych Świateł. Oczywiście podstawą jest tu night market, na którym można kupić wszystko ale w tle, w miarę zapadania nocy, ożywa coraz bardziej intensywne życie nocne. Niezliczona ilość nocnych klubów typu go go, striptizów z najrozmaitszymi pokazami (dla ciekawskich szczegóły na maila 🙂 dbamy o zawartość naszego bloga i nie chcemy nikogo oburzać ani zniesmaczać), domy uciech – bardzo szczerze przedstawiające swój „asortyment” (patrz zdjęcie niżej), ku uciesze turystów z całego świata, otwierają swoje drzwi na oścież i zachęcają do zabawy.

Electric Blue

Oczywiście, żeby spektrum oferowanych usług było pełne, każdy znajdzie tu coś dla siebie – bowiem nie tylko panie pokazują swoje wdzięki:

Men

(Kto nam pomoże rozwiązać dylemat – czy szyldy z powyższego zdjęcia mają być zachętą dla pań, czy raczej dla panów szukających chłopców? Bo każde z nas inaczej zrozumiało „przesłanie” tej ulicy).
Ogólnie rzecz biorąc uważamy Patpong za „przereklamowany” i skierowany przede wszystkim do turystów (szczególnie w porównaniu do Red Light District w Amsterdamie).
W kolejny wieczór, nie wiedzieć czemu, postanowiliśmy odwiedzić tutejsze Chinatown. Nie wiedzieć czemu, ponieważ po trzech miesiącach spędzonych w Chinach i poczuciu, że Chin mamy dość (aż „za dość”) nasza decyzja nam samym wydaje nam się niezrozumiała. Ale poszliśmy 🙂 Tak, nasz kolejny spacer po Bangkoku to było parę kilometrów wczesnym wieczorem (ok. 20-ej) do Chinatown. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że o tej porze w ulicach nieturystycznych, ale nadal w samym centrum miasta, życie po prostu umiera. Przechodziliśmy przez całe ulice ciemne i ze wszystkimi sklepami pozamykanymi „na głucho”. Nawet w domach nie świeciły się żadne światła, tylko bezdomni szukali miejsca na nocleg, a koty buszowały po śmietnikach. Mimo wczesnej godziny było przerażająco. Po drodze mijaliśmy niekiedy tak samo jak my zagubionych turystów, w świetle latarni po raz kolejny studiujących mapy… chyba nikt z tych osób się nie spodziewał, że tak wcześnie może być tak pusto i cicho.
Wreszcie dotarliśmy do celu – no cóż, może i nie lubimy za bardzo Chin, tamtejszych zapachów i klimatu chińskich marketów, ale widzieliśmy tego już tyle, że tutejsze Chinatown wydało nam się nędzną namiastką. Niemal zamykający się już jedzeniowo-owocowy market, sklepy pełne chińskich produktów ozdobnych i miejscami czerwone lampiony, a do tego wszędzie napisy po chińsku – ogólnie słabo. Jedyną zupełnie dla nas nową rzeczą, jaką widzieliśmy podczas tego spaceru były przenośne stragany z podsmażanymi na głębokim tłuszczu robakami i owadami – karaluchy, świerszcze, jakieś pędraki, a nawet czarne skorpiony… to było faktycznie godne uwagi. Oczywiście do pooglądania bo nawet nam do głowy nie przyszło, żeby kupować i próbować.

Robaczki

Po wszystkich nocnych atrakcjach oraz zabytkach – zostało nam jeszcze jedno, znane na całym świecie miejsce w Bangkoku – weekendowy rynek Chatuchak – największy market Tajlandii, zajmujący ponad 1 kilometr kwadratowy powierzchni. Rynek działa tylko w soboty i w niedziele a każdego z tych dni odwiedza go do 300 000 klientów. To już jest zdecydowanie miejsce gdzie można kupić wszystko. My kupiliśmy wreszcie pareo (ładne, zielone, a pareo w takich podróżach to jeden z podstawowych elementów wyposażenia). Ale „zaszaleliśmy” też i staliśmy się posiadaczami „copy watches” – kupiliśmy sobie po zegarku Diesla, w okazyjnej cenie 100 batów (czyli ok. 8,50 zł/sztukę). Tak, tak, wiemy – nie trzeba być znawcą tematu, żeby wykrzyknąć „Przecież to podróby”. Oczywiście że tak! Ale jakie ładne 🙂 Oczywiście mają mało wspólnego z Dieslem (poza napisem na tarczy i na klamerce od paska) i pewnie pożyją ok. 2 tygodnie (dziś mają już drugi dzień i oba nadal chodzą), ale przecież coś trzeba na takim markecie kupić 🙂 A skoro jesteśmy w królestwie podróbek to daliśmy się ponieść! Dodamy jeszcze, że i tak nie kupiliśmy najbardziej ekskluzywnej wersji, bo w tych droższych na tarczy był narysowany datownik (oczywiście zawsze wskazujący tę samą datę :-)). Spędziliśmy na Chatuchak kilka godzin starając się nie oszaleć od tłumu i upału. Jak ktoś jest w czasie weekendu w Bangkoku to na pewno warto to miejsce odwiedzić, ale trzeba mieć na to co najmniej cztery godziny, a przy planach na „poważniejsze” zakupy, pewnie cały dzień nie byłby za długi 😉

Chatuchak

Jeśli chodzi o poruszanie się po Bangkoku, to poza metrem i miejskimi autobusami korzystaliśmy ze wszystkich możliwych środków transportu – tramwaje wodne, taksówki (lądowe), Skytrain i tuk-tuki. O ile w komunikacji miejskiej nie ma żadnych „haczyków” – kupujesz bilet i jedziesz, to jeżdżenie tuk-tukami i taksówkami wymaga dużej ostrożności i umiejętności twardego negocjowania ceny. Taksówkami można jeździć nawet w miarę tanio, pod warunkiem, że płacimy według wskazania licznika a nie się umawiamy z kierowcą (bo to zawsze dużo drożej), natomiast mając dużo czasu można podróżować bardzo tanio tuk tukami. Potrzeba jednak dużo czasu, ponieważ jeśli chcemy mało zapłacić za przejazd to musimy dać się kierowcy zawieźć do jakichś sklepów – głównie koszmarnie drogich z biżuterią, albo biur podróży – zazwyczaj wiozą do najdroższych TAT – Tourist Authorities of Thailand. Nie należy w tych miejscach nic kupować, a traktować tylko jako element taniej jazdy tuk- tukiem i kurtuazyjnie zadać kilka pytań. Zabawa polega na tym, że te sklepy dają kierowcom tuk-tuków kupony na paliwo, za każdego przywiezionego do nich turystę, dlatego płacimy mało. Jednak jeśli nie mamy już czasu ani siły na żadne dodatkowe sklepy, to i tak przyzwoita cena za tuk tuka to zazwyczaj połowa ceny zaproponowanej przez kierowcę. I zawsze wybierając tuk tuka należy najpierw ustalić cenę a później dopiero wsiadać. Ale warto, bo nocna jazda tuk tukiem po zatłoczonych ulicach Bangkoku to istne szaleństwo 🙂

Tuk tuk

Aha, no i dementi – już się przekonaliśmy, że tajskie jedzenie jest EXTRA! Mieliśmy okazję kupować lokalne specjały w różnych miejscach – od ulicznych barów serwujących świeżo przyrządzane pyszności na plastykowych talerzach aż po niezłe restauracje i bufety w centrach handlowych i wszędzie jedzenie było bardzo pyszne!

Uliczne jedzenie

W Bangkoku spędziliśmy tydzień. To dość dużo jak na to miasto. Chwilami mieliśmy wrażenie że nawet za dużo. Na szczęście dziś już wyjeżdżamy – za radą poznanego w Kambodży niemieckiego turysty, który podróżuje po Azji ponad 20 lat (!!!) wybraliśmy niedużą, mało znaną wyspę na której podobno panuje cisza i spokój (mało turystów, o co w Tajlandii naprawdę trudno). Oby!

PS. Korzystając z w miarę swobodnego dostępu do Internetu trafiliśmy w sieci na kilka w miarę świeżych artykułów, które nawiązują do naszych wpisów z Kambodży – zachęcamy do przeczytania:
– bardzo poważnie – wstrząsający wywiad z człowiekiem który przeżył Reżim Czerwonych Khmerów w Kambodży: http://wyborcza.pl/1,75480,7426686,Moje_pola_smierci.html
– bardzo niepoważnie – o roli marihuany w kuchni czeskiej i o liberalizacji czeskiego prawa: http://wyborcza.pl/1,75480,7426247,Gotujemy_z_Marysia.html

A teraz naszym zwyczajem kliknij w brzuszek Pajacyka i zapewnij w ten sposób polskiemu dziecku posiłek.

Kilka porad praktycznych:
Transport:
– podróżować po Tajlandii autobusami należy tylko z prywatnymi biurami podróży. Tajska Agencja Turystyki jest tu bardzo popularna (TAT) ale ich usługi są bardzo drogie. Przykład: za bilet autobusowy typu VIP (to takie szumne określenie normalnego autobusu) w prywatnym biurze podróży zapłaciliśmy 600 bathów, podczas gdy w TAT oferowano nam w zasadzie taki sam standard za 1650.
– jeżdżąc tuk tukami należy zawsze najpierw ustalać cenę za przejazd. Jeśli mamy trochę więcej czasu to można jeździć bardzo tanio jeśli zgodzimy się i ustalimy jeden lub dwa przystanki w sklepach (najlepiej po prostu poprosić o postój nie w sklepie, ale w jakiejś agencji turystycznej gdzie możemy wykorzystać te parę lub paręnaście minut na ustalenie sposobu podróżowania, trasy lub zdobycia podobnych informacji – nic nie musimy kupować a informacja zawsze się przyda :-)a jeśli ma się mało czasu lub siły, to targować się do połowy ceny zaproponowanej przez kierowcę.
Jedzenie:
W Bangkoku jest kilka popularnych miejsc gdzie można na bank zjeść bardzo smacznie i tanio. Przede wszystkim są to night markety i popularne turystycznie ulice takie jak: Khan San, Ramutri, Patpong, Surwaong czy Trok Itsaranuphap. Bardzo dobrze i niedrogo można również zjeść w centrach handlowych MBK i Siam Paragon. Szczególnie to drugie miejsce warte jest polecenia, bowiem na najniższym piętrze znajduje się kilkadziesiąt lub nawet kilkaset restauracji oferujących w zasadzie wszystko co można sobie wyobrazić a zakupy są bajecznie proste bowiem za wybraną kwotę otrzymuje się specjalną kartę, którą płaci się bezgotówkowo w dowolnie wybranym miejscu (nie ma tu możliwości płacenia w inny sposób). Na koniec w wyznaczonych punktach otrzymujemy zwrot niewykorzystanej kwoty. Wszystko odbywa się więc sprawnie i wygodnie. Z podobnym rozwiązaniem spotkaliśmy się już wcześniej w Chinach i bardzo je chwalimy. Oczywiście najlepszym sposobem znalezienia dobrego jedzenie jest eksperymentowanie na ulicznych straganach. Zazwyczaj jest to również najtańsza opcja. Do takich przypadkowo odkrytych miejsc możemy zaliczyć mały night market z pysznym jedzeniem na ulicy Burapha niedaleko ulicy Botphram.

Bangkok – tutaj rządzi Król i turystyka :-)

piątek, styczeń 15th, 2010

Nasze eksplorowanie Bangkoku rozpoczęliśmy zgodnie z planem od najważniejszych obiektów tego miasta, czyli świątyń i kompleksu pałacowego. Na dalszy ogień poszły dzielnice i miejsca wskazywane przez tubylców i miłośników Bangkoku jako warte uwagi.
Bangkok to – jak się przekonaliśmy po kilkudniowych badaniach tej aglomeracji – miasto kontrastów. Sama jego pełna nazwa w tłumaczeniu na nasze języki bije wszelkie rekordy bowiem w tłumaczeniu brzmi ona „Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu.”. I to prawda – obok tłoku, upału i hałasu, jest tu sporo magii i pięknych miejsc. Efekt jest taki, że miasto to przyciąga turystów z całego świata i sprawia, że jak już tu trafią to rodzi się w nich do niego miłość 🙂
To co rzuca się od razu w oczy przyjeżdżającym do Bangkoku to przemożny wpływ króla. Jego wizerunki, ołtarze itd. znajdują się niemal na każdym skrzyżowaniu. Król spoziera na swoich poddanych z różnych bogato przystrojonych bram nad ulicami, specjalnych ołtarzy, malowideł i obrazów, ogromnych zdjęć na ścianach wieżowców, banknotów oraz ścian ulicznych barów a nawet nocnych klubów 🙂 Z jednego z banknotów dowiedzieliśmy się również, że hobby króla to fotografia 🙂 Po prostu król rządzi i basta!

Krol rzadzi

Kompleks pałacowy jest chyba najbardziej obleganym i najchętniej odwiedzanym miejscem przez turystów. Wybraliśmy się tam z samego rana w normalny dzień tygodnia i już wtedy w jego kierunku zmierzały całe tłumy turystów. Mimo tego, największy nawał tłumów udało nam się wyprzedzić, w miarę sprawnie nabyć bilety po czym przejść do zwiedzania obiektów wchodzących w skład tego kompleksu. Jego różnorodna architektura i przepych może przyprawić o zawrót głowy i z całą pewnością zasługuje na miano Grand Palace jakim jest określany. W porównaniu do podobnego w swoim charakterze kompleksu pałacowego jaki oglądaliśmy w stolicy Kambodży Phnom Pen jest o wiele bardziej rozbudowany i lśni jeszcze większym przepychem. Jego powierzchnia wynosi 218 tys.m2 a długość otaczających murów przekracza 1900 m. W architekturze tutejszych świątyń i budynków pozwalających królowi sprawować władzę nad Syjamem widać zresztą wpływy khmerskie (kambodżańskie) i birmańskie. Na terenie tzw. górnego tarasu, który składa się z trzech ogromnych i mieniących się przepychem monumentów-świątyń (Phra Siratana Chedi, Phra Mondop i Prasat Phra Dhepbidorn), znajduje się nawet kilkumetrowa pieczołowicie wymurowana makieta bardzo dokładnie odtwarzająca kambodżański Angkor Wat. Mieliśmy więc teraz możliwość zobaczenia „z lotu ptaka” tego co widzieliśmy kilka tygodni wcześniej w skali 1:1 😉

Makieta Angkor Wat

Całość pałacowych obiektów jest niesamowicie zadbana i strojna, a prace renowacyjne nad tymi obiektami trwają niemal non stop. Część z budynków królewskich była nawet z tego powodu zamknięta, ale wśród takiego ogromu pięknych budynków nie miało to żadnego znaczenia. Malowidła pokrywające ściany zabudowy, przedstawiające różne historie z życia królów ciągną się przez niezliczone metry a ich kunszt przykuwa uwagę niemal każdego zwiedzającego. W czasie naszej wizyty również te elementy w niektórych miejscach pałacu były skrupulatnie konserwowane i odtwarzane. Widać, że pieniądze uzyskiwane ze sprzedaży biletów nie idą na marne i dobrze służą kompleksowi 🙂

Renowacja malowidel

Największe wrażenie robią chyba świątynie, które w swoim przepychu mienią się różnymi światłami, a najbogatsze wykończenia wykonane są ze złota i masy perłowej. Wejść do świątyń strzegą rozmaite złe duchy – demony, których bez względu na to czy w nie wierzymy – wielkość i zdobienia budzą respekt 🙂

Swiatynne demony

W jednej ze świątyń znajduje się słynny, przebierany o każdej porze roku w inne stroje Szmaragdowy Budda, któremu Tajowie przychodzą składać hołd i kierować modlitwy. Nie wolno mu robić zdjęć, ale nie jest on tak efektowny jak inne posągi Buddy, które można znaleźć w innych świątyniach Tajlandii czy Kambodży. Ma kilkadziesiąt centymetrów wysokości a jego „niski wzrost” nadrabia jego wysoko umiejscowiony tron na którym zasiada 🙂 Przed wejściem do świątyni ludzie gremialnie skrapiają głowy kwiatami lotosu zanurzonymi w święconej wodzie.

Kropienie lotosem

W całym kompleksie najważniejszy jest jednak budynek pałacowy Chakri Maha Prasat, w którym znajdują się trony i sale ministerialne. Jego otoczenie z pięknie przystrzyżonymi drzewami stanowi doskonałe uzupełnienie kunsztownej konstrukcji i wykończeń pałacu. Obecnie w zasadzie tylko część recepcyjna budynku jest wykorzystywana dla różnych celów. Podejmowani tu są również oficjalnie zagraniczni ambasadorzy oraz odbywają się bankiety z okazji wizyt mężów stanu.

Hakri Maha Prasat

Kolejnymi obowiązkowymi miejscami do odwiedzenia w Bangkoku są świątynie buddyjskie. Jest ich w całym mieście sporo więc warto zdecydować się, które z nich będą dla nas szczególnie interesujące. My wybraliśmy świątynie Wat Arun i Wat Pho. Ta pierwsza świątynia znajduje się na podobnej wysokości Bangkoku co kompleks pałacowy, ale po drugiej stronie przepływającej przez Bangkok rzeki Mae Nam Chao Phraya. Żeby do niej dotrzeć należy więc udać się do przystani promowej i przepłynąć do najbliższej przystani na drugi brzeg. Świątynia Wat Arun to przede wszystkim wysoka, ponad 80-metrowa wieża w typowo khmerskim stylu. Wybudowano ją w połowie XIX wieku za panowania króla Ramy II, a dokończona za panowania kolejnego króla Ramy III. Jej ściany są bogato przystrojone chińską porcelaną, której całe tony statki ówcześnie przybywające z Chin do Bangkoku stosowały jako balast. Daje to piękny efekt połysków i kolorów w prażącym niemiłosiernie słońcu, które w Bangkoku rzadko kiedy chce się schować za chmury 🙂

Wat Arun

Na wieżę można się wspiąć do mniej więcej połowy wysokości po bardzo stromych schodach (naprawdę trzeba uważać i o ile teraz wmontowano przy nich mocne metalowe poręcze ułatwiające wchodzenie, to aż trudno sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedyś gdy tych poręczy nie było). Wejście na taras otaczający tę wieżę ze wszystkich stron daje możliwość podziwiania z góry Bangkoku, zatłoczonej rzeki, na której ruch wodny odbywa się niemal tak gęsto jak na normalnych drogach i wysokich wieżowców wyłaniających się od strony centrum miasta.

Bangkok z Wat Arun

Innym dużym kompleksem świątynnym jest Wat Pho. Wart jest odwiedzenia nie tylko ze względu na niesamowicie złożoną architekturę i mnogość świątyń, ale również przez największy na świecie posąg leżącego Buddy – w dodatku znajdującego się wewnątrz świątyni, więc zajmującego niemal całe jej wnętrze 🙂 Wat Pho to przepiękne świątynie i jeśli chodzi o Tajlandię, największa liczba posągów Buddy zgromadzona w jednym miejscu. Oprócz większych posągów Buddy w poszczególnych świątyniach, również wzdłuż ścian budynków znajdują się całe setki połyskujących złotem posągów.

Wat Pho

Największe wrażenie robi jednak rzeczony wcześniej posąg leżącego Buddy. Ogromny pokryty złotem posąg ma długość 46 metrów, a jego czubek głowy mimo pozycji leżącej, znajduje się na wysokości 15 metrów. Jego rozmiar przyciąga tutaj tłumy turystów, które w wystawionych szkatułach zostawiają mnóstwo monet, które potem z brzękiem wrzucane są do posągu, wywołując tajemnicze rozchodzące się echem w całej świątyni dźwięki.

Wat Pho 2

Wat Pho to również najwcześniejsze centrum edukacji publicznej założone w tym kraju. Miejsce to jest więc niemal obowiązkową pozycją dla miłośników świątyń buddyjskich.
Oczywiście w całym Bangkoku jest jeszcze wiele innych świątyń, które warto odwiedzić. Każda z nich ma swoją własną ciekawą historię i każda ma do zaoferowania niesamowity klimat i architekturę budynków. Niektóre z nich lśnią pięknem również w nocy kiedy to oświetlają je specjalnie przygotowane światła. Na zdjęciu poniżej Wat Suthat znajdujący się w centralnej części Bangkoku.

Wat Suthat

W następnym wpisie opiszemy nasze wrażenia z odwiedzin szczególnych miejsc i dzielnic Bangkoku 🙂
A teraz kliknij w brzuszek Pajacyka. Zapewnij w ten sposób polskiemu dziecku posiłek.

Kilka porad praktycznych:
Zwiedzanie: Na zwiedzanie kompleksu pałacowego i świątyń najlepiej wybrać się po godz. 8:00 rano. Są po temu dwa ważne powody: 1) o tej godzinie nie ma jeszcze „dzikich tłumów” turystów, którzy w większości wstają na śniadanko w eleganckich hotelach i dopiero po tym czasie udają się na zwiedzanie, 2) o tej godzinie słońce nie praży jeszcze pełną parą.
Uwaga na różnych chętnych do udzielania pomocy. I to nie tylko na „tuktukowców” czy obcych oferujących pomoc i udzielających porad, ale również na pracowników zwiedzanych miejsc. Bardzo często zdarza się, że celowo wprowadzają w błąd mówiąc, że „dziś pałac będzie otwarty dopiero od godz. X po południu” lub „świątynia jest zamknięta i posąg Buddy będzie można oglądać dopiero od godz. X” itp. Po tym jak zdezorientowany turysta będzie myślał nad zmianą planu, będą proponować podwiezienie w inne ciekawe do zwiedzania miejsce, a tak naprawdę chodzi o zarobek, który otrzymują za „naganianie” turystów w miejsca do robienia zakupów czy kupowania jakichś usług. Należy odmawiać pomocy i trzymać się obranego planu, gdyż niemal na pewno są to bzdury wyssane z palca.
Ubiór: do zwiedzania zarówno kompleksu pałacowego jak i świątyń potrzebny jest stosowny ubiór. Inaczej niestety nie można będzie zakupić biletu ani wejść na teren zwiedzanych obiektów. W praktyce wymagane są długie spodnie (do kostki) oraz bluzki czy koszulki zakrywające ramiona (niedozwolone są bluzki na ramiączkach). Te zasady przestrzegane są bardzo restrykcyjnie więc lepiej od razu przygotować sobie właściwy ubiór mimo upałów. W kompleksie pałacowym dla zapominalskich przygotowano wypożyczalnię ubiorów, które w razie czego można przywdziać. Kosztuje to 200 bathów i zwrot tej kwoty otrzymujemy po oddaniu ubioru. Uwaga: należy mieć przygotowaną równo kwotę gdyż w wypożyczalni nie wydaje się reszty ani nie rozmienia pieniędzy.
Transport: Jeśli chodzi o przeprawę na drugą stronę rzeki Mae Nam Chao Phraya najlepiej udać się do jednej z wielu przystani na nabrzeżu (należy sprawdzić miejsca na mapie) i tam za kwotę 3 bathów zakupić bilet uprawniający do przeprawy na drugi brzeg. Z takich przystani można również przedostać się jedną z kilku linii tzw. „wodnych tramwajów” do innego miejsca Bangkoku na wybraną przystań płacąc za ten kurs od 8 do 25 bathów. Należy jedynie sprawdzić w których przystaniach zatrzymuje się dana linia by móc wysiąść w odpowiednim miejscu. Mapy z zaznaczonymi przystaniami dla poszczególnych linii i cenami znajdują się na każdej przystani. Należy unikać tzw. „wodnych taksówek” (do takich przystani bez przerwy zapływa ich całe mnóstwo) i oferowanych turystycznych przejażdżek po rzece i kanałach gdyż jak wiadomo przewoźnikom będzie zależało na wyzyskaniu naiwnego turysty za cenę wielokrotnie wyższą niż standardowe ceny takich kursów.

Bangkok – dzień pierwszy

środa, styczeń 13th, 2010

Nasz szybki jak rakieta van, którym przemierzaliśmy większą część trasy po Tajlandii wysadził nas w najpopularniejszej backpackerskiej dzielnicy Bangkoku – Banglamphu. Tu właśnie chcieliśmy trafić, więc trafiliśmy idealnie. Jest tu tyle guesthouse’ów i hoteli, że byliśmy niemal przekonani, że za moment znajdziemy jakieś miejsce i zapomnimy o tym koszmarnym dniu. Ale nie było tak łatwo. W środku nocy, z plecakami, przeciskaliśmy się przez imprezujący na ulicach tłum i we wszystkich miejscach do których trafiliśmy, słyszeliśmy „full”. Hmm… czyżby przed nami „one night in Bangkok” na ulicy? 😉 Po dłuższych poszukiwaniach udało nam się jednak znaleźć bardzo kulturalny i co ważniejsze – niedrogi guesthouse prowadzony przez Hindusów i tu postanowiliśmy spędzić pierwszą noc, a ewentualnie na drugi dzień rano poszukać czegoś innego. Kolejnego dnia niemal trzygodzinne poszukiwania nowego miejsca do zatrzymania się utwierdziły nas w przekonaniu, że trafiliśmy w najlepsze miejsce z możliwych, bo w przyzwoitej cenie mamy łazienkę w pokoju, gniazdka elektryczne (czego w tańszych pokojach w innych hostelach w ogóle nie było), czasami udaje nam się złapać Internet w pokoju a poza tym jesteśmy w samym centrum Banglamphu. No więc zostaliśmy! Ale ten poranny spacer był dla nas bardzo traumatycznym przeżyciem – Bangkok jest miastem nieziemsko głośnym, zatłoczonym, upalnym (i z wysoką wilgotnością), na ulicach królują doprowadzające do mdłości mieszkanki zapachów najróżniejszego jedzenia, kadzideł i spalin. Dla nas, po miesiącu na rajskich cichych i spokojnych plażach Kambodży ten kontrast był zabójczy. Bolały nas głowy, czuliśmy się zmęczeni i trochę podirytowani 😉 Pierwszy dzień, poza porannym szukaniem hostelu, przeznaczyliśmy na spokojną aklimatyzację, żeby nie oszaleć od nadmiaru bodźców na jakie zostaliśmy tu narażeni  Oznacza to, że nie robiliśmy nic a każda próba spaceru i obejrzenia okolicy kończyła się wstąpieniem „na piwo” albo „na drinka” do jednego z barów.

Stoisko z napojami

Wieczorem postanowiliśmy dołączyć do tłumu bawiącego się na Khao San Rd czyli najbardziej rozrywkowej ulicy Bangkoku. Młodzi ludzie z całego świata starają się tutaj dobrze zabawić i ulice pełne są ławek, krzeseł, stoliczków itd. zatłoczonych od sączących drinki i przekrzykujących się ludzi. Nie brakuje też tutaj młodzieży tajskiej, która głośno bawi się i zwraca na siebie uwagę wyzywającymi strojami i makijażami, albo stylowymi samochodami, parkując je w widocznych miejscach by zadać szyku i zwrócić na siebie uwagę.

American car

Ta sama ulica, którą dzień wcześniej przemierzaliśmy z ciężkimi plecakami w poszukiwaniu noclegu i która budziła naszą irytację, tym razem wydała się ciekawa, pełna fajnych straganów, barów z ciekawymi promocjami na drinki i tylko kakofonia jaką tworzyły mieszające się podkłady muzyczne ze wszystkich stoisk i imprezowni była nie do zniesienia, dla nas przyzwyczajonych do wieczornego szumu morza. Ale dzielnie się przemogliśmy i spędziliśmy cały wieczór na poznawaniu atmosfery nocnego Bangkoku (przynajmniej w naszej okolicy).

Uliczne granie na czekanie

I znów pokusa w postaci pięknych ubrań, butów i biżuterii, po nieprzyzwoicie niskich cenach była trudna do opanowania, ale udało nam się dzielnie trzymać (choć zobaczymy, co się jeszcze wydarzy do końca naszego pobytu w tym mieście). Jednak chyba najciekawszym widowiskiem, jakiego byliśmy świadkami tego wieczoru, była ”butelkowa magia” natrafiona przez nas przypadkiem wśród tłumu ludzi zajętych innymi sprawami. Mała dziewczynka na chodniku ustawiała butelki od piwa w takich konfiguracjach i pozycjach, które przeczyły prawom fizyki! Trudno opisać te niesamowite figury butelek stawianych pod różnymi kątami na szyjkach, krawędziach denek itd. Wyglądało to tak jakby przy stawianiu butelek dziewczyna rozpościerała wokół nich magiczne pola siłowe trzymające ich w tych nienaturalnych pozycjach. Oczywiście nie było tam żadnych klejów typu „kropelka” i żadnych innych „tanich sztuczek”. Można się było o tym przekonać po tym jak jakiś nieostrożny przechodzień potrącił jedną z butelkowych konfiguracji i misterne konstrukcje się poprzewracały, tłukąc przy tym niektóre butelki. Tym bardziej wzbudziło to nasze zdziwienie bo wskazywałoby na jakąś magiczną siłę łączącą poszczególne konstrukcje.

Magiczne butelki

Poza całonocnym imprezowaniem na deptaku Khao San Rd można zapleść sobie kolorowe warkoczyki albo zrobić dredy, niemal na ulicy zrobić tatuaż a także kupić lewe (ale wyglądające jak oryginały) legitymacje studenckie ISIC, dyplomy prestiżowych uczelni (np. Oxford), otwierający wiele drzwi identyfikator „Press” a także certyfikaty językowe.
Jeśli chodzi o jedzenie to jak do tej pory jesteśmy za to nieco rozczarowani tym najlepszym na świecie tajskim jedzeniem, bo szczerze mówiąc jeszcze nas nie rzuciło na kolana (np. w porównaniu do tego co jedliśmy w Kambodży)… ale cierpliwie będziemy szukać dalej bo jesteśmy przekonani, że właśnie tutaj ludzie znają się na gotowaniu bardzo dobrze i znajdują się w światowej czołówce.

Uliczne jedzenie

Kolejny dzień pobytu w Bangkoku przeznaczamy na zwiedzanie najważniejszych obiektów tego wielkiego i zatłoczonego miasta. Oby tylko udało nam się ten plan zrealizować, mimo wysokich temperatur i dużej wilgotności powietrza. O wrażeniach ze zwiedzania Bangkoku i walce z temperaturą napiszemy w następnym wpisie do którego już teraz zapraszamy! 🙂

A teraz prosimy kliknij w brzuszek Pajacyka. Zapewnij w ten sposób polskiemu dziecku posiłek.

Znowu w drodze: Kambodża – Tajlandia

wtorek, styczeń 12th, 2010

Nasza przygoda z Kambodżą przynajmniej na razie dobiegła końca, choć mamy nadzieję wrócić tu jeszcze kiedyś! Sihanoukville opuszczaliśmy w dniu, w którym kończyła się ważność naszych wiz (aż trudno uwierzyć jak ten miesiąc szybko minął) więc nie było możliwości żadnej zmiany planów na „zostańmy chociaż jeszcze jeden dzień dłużej”. O 8:00 rano wsiedliśmy więc do autobusu, zgodnie z zapewnieniami Pani od której kupowaliśmy bilety – mając nadzieję za 12 godzin być w Bangkoku.
Pierwszym autobusem dojechaliśmy tylko na dworzec autobusowy z którego odjeżdżał autobus właściwy. Było więc 10 minut przerwy na szybki zakup bagietek na śniadanie i już siedzieliśmy w autobusie – jak sądziliśmy docelowym.
Z perspektywy czasu możemy ocenić, że była to najbardziej uciążliwa i męcząca podróż jaką do tej pory odbyliśmy, choć odległość należy do jednej z krótszych.
Zgodnie z azjatyckim zwyczajem autobus co mniej więcej 2 godziny zatrzymywał się w przydrożnym barze, gdzie wszyscy pasażerowie byli zapraszani (a raczej wy-) na „siku” i jedzenie (nie jest dobrze widziane, a nie zawsze możliwe, zostanie podczas postoju w autobusie). Drogi kambodżańskie (kręte, pagórkowate i w koszmarnym stanie) w połączeniu ze standardem naszego autobusu dały piorunującą mieszankę – kilkudziesięciokilometrowe odcinki pokonywaliśmy z prędkością ok. 20km/h. Z Sihanoukville do przejścia granicznego w Koh Kong jest180 kilometrów. Pokonanie tego dystansu zajęło nam ponad 6 godzin, co oznaczało, że nasze szanse na dotarcie do Bangkoku o zamierzonej godzinie spadały. Dodatkowo – kilka kilometrów przed granicą zostaliśmy poddani „przyspieszonej odprawie paszportowej” zorganizowanej przez jakąś agencję turystyczną – czyli zbierali paszporty wraz z kartami „departure – arrival” a później na granicy pracownik tej agencji zanosił wszystkie paszporty razem do okienka odprawy.

Przejscie graniczne w Koh Kong

Takie „przyspieszenie”, faktycznie tylko niepotrzebnie przedłuża i komplikuje sprawę, ale jest okazją do zarobienia pieniędzy, bo każdy za tę usługę musi zapłacić 0,5 USD (niby niedużo, ale z każdego autokaru uzbiera się z pewnością ciekawa kwota). Już po kambodżańskiej stronie przejścia granicznego zobaczyliśmy, że Tajowie mają zdecydowanie bardziej rygorystyczne podejście do narkotyków niż miało to miejsce w Kambodży (patrz tablica na zdjęciu poniżej).

Death Penalty

No więc koniec happy shake’ów (ale wiadomo, że tylko teoretyczny). Autokar, którym wyjechaliśmy z Sihanoukville jak się okazało miał nas dowieźć tylko do granicy i po przejściu na stronę tajską miał czekać kolejny (to już druga zmiana autokaru!). Kierowca autokaru powiedział, żeby się o bagaże nie martwić, bo będą czekały po drugiej stronie granicy, my tylko mamy zabrać plecaki podręczne i się odprawić. Odczekaliśmy więc ile trzeba było na nasze paszporty po stronie kambodżańskiej (a trwało to całe wieki, tym bardziej, że nasze paszporty zostały wydane jako ostatnie!) i ustawiliśmy się w niekończącej się kolejce do celników tajskich, przeklinając, że nie ma oddzielnego okienka dla tych, którzy już mają wizy. Ustawiliśmy się więc w dwóch kolejkach żeby pójść tam, gdzie będzie szybciej, ale w końcu do okienek dotarliśmy w tym samym czasie, więc każde z nas rozmawiało z innym celnikiem. Uff! Udało się jesteśmy po stronie tajskiej, teraz tylko znaleźć ten autobus do Bangkoku i jechać… ale zaraz, spytajmy jeszcze do kiedy faktycznie ta wiza jest ważna. Bardzo uprzejmy celnik, który wbijał mi pieczątkę do paszportu powiedział, że 60 dni, no więc extra, wszystko zgodnie z planem. I w tym momencie spojrzałam na wielkie ze zdziwienia oczy Miśka, który właśnie otrzymał ważność wjazdu na 2 tygodnie! To prawie niemożliwe – przecież oboje mieliśmy takie same wizy które wyrabialiśmy w Hanoi. Musieliśmy więc wrócić do okienka żeby to wyjaśnić… no tak – zwykły błąd, po prostu celnik się pomylił. Na szczęście to nic poważniejszego, kilka skreśleń i dodatkowych pieczątek i już było po sprawie.
Dobra, to teraz już naprawdę byliśmy w Tajlandii… tylko do Bangkoku nadal prawie 400 km a tu nie widać żadnego autobusu. Idąc w jego poszukiwaniu na środku drogi zobaczyliśmy rzucone nasze plecaki. No ładne „zadbanie o nasze bagaże”. Jak tylko zaczęliśmy je stamtąd zabierać pojawił się jakiś cwaniak i powiedział, że należy mu się „small money” za przeniesienie plecaków przez granicę. Bez zastanowienia odmówiliśmy! Przecież kupiliśmy bilety za całą trasę do Bangkoku dla nas i naszych bagaży, przed chwilą płaciliśmy za jakąś ściemnioną przyspieszoną odprawę paszportową i drugi raz nie damy się naciągnąć na nic.
Rozejrzeliśmy się co tu dalej i gdzie ten autobus. Wreszcie podszedł jakiś „koleś” i spytał dokąd jedziemy. A jeśli do Bangkoku to mamy czekać tu, na krawężniku, zaraz przyjedzie mini van. Mijała właśnie druga godzina naszych granicznych perypetii, upał nie do wytrzymania dawał się we znaki, ale jeszcze dobre humory dopisywały. W oczekiwaniu na mini van kupiliśmy po wielkim kubku pysznej, mrożonej kawy i usiedliśmy pod jakimś daszkiem, żeby mieć choć kawałek cienia. Po mniej więcej pół godzinie podjechał jakiś van i zanim się zdążyliśmy zorientować już siedział w nim komplet pasażerów. Doszło do jakichś sprzeczek, kłótni, przepychanek, kto ma jechać, kto był tu pierwszy, kto dłużej czeka, kto musi być wcześniej w Bangkoku itp. (a było wiadomo, że do Bangkoku uda się pewnie dotrzeć w okolicach 22:00 lub później). Najwięcej zamieszania robiła południowoamerykańska para. Dziewczyna o typowo latynoskiej urodzie i temperamencie, angielskim – łamanym – hiszpańskim krzyczała, że mają nocny lot, że dzwonią do agencji w której kupili bilety, że tu im się każe czekać na następny autobus i w ogóle w tym 35-stopniowym upale atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej gorąca. Wreszcie van odjechał a my i sześć innych osób (w tym nieszczęsna para południowoamerykańska) czekaliśmy kolejne kilkadziesiąt minut na kolejny.
Około godz. 17:00 wreszcie wsiedliśmy do mini vana mając nadzieję, że planowane 5 godzin jazdy minie jak najszybciej. Kierowca pędził jak szalony, więc pojawiły się nadzieje, że może dotrzemy na miejsce szybciej. Ale jak się okazało to jeszcze nie koniec przesiadek! Mniej więcej po godzinie drogi znów się trzeba było przesiąść do kolejnego vana. Zaczynało to wyglądać na jakąś groteskę! Był to czwarty pojazd, którym pokonywaliśmy tę trasę, byliśmy już niemal 12 godzin w drodze, po spędzeniu kilku godzin w największym upale na granicy i wszystkiego razem mieliśmy dosyć. Ostatni pojazd, do którego się przesiedliśmy był najbardziej komfortowy, więc mieliśmy nadzieję że dalsza droga pójdzie w miarę sprawnie, choć perspektywa dojechania do zupełnie obcego miasta około północy, nie mając żadnej rezerwacji noclegu była mało pociągająca (ale nie mieliśmy wyboru). Rzeczywiście kierowca nie oszczędzał vana i dawał z siebie i pojazdu niemal wszystko, żeby jak najszybciej nas dowieźć na miejsce. Tylko że taka brawura wymusiła nieplanowane przystanki, bo wszystkich po kolei mdliło i były konieczne przerwy na walkę z chorobą lokomocyjną. A więc znowu cała droga zaczęła się przedłużać.
Jednak mimo, że wydawało się, że nigdy nie dotrzemy do celu, wreszcie koło północy van zatrzymał się na ulicy pełnej świateł, ludzi, dźwięków, zapachów, muzyki z nocnych klubów. Był to pierwszy przystanek tego vana w Bangkoku (po tym jak ponad pół godziny z całkiem sporą szybkością przemierzaliśmy kolejne dzielnice tego miasta). Postanowiliśmy więc wysiąść w tym miejscu skoro tętniło ono życiem, a my mieliśmy jeszcze do spełnienia misję znalezienia miejsca do noclegu.