Archive for styczeń, 2010

Thaipusam – przerażające święto ku czci Murugana

niedziela, styczeń 31st, 2010

(Uwaga tekst i zdjęcia drastyczne, tylko dla dorosłych o mocnych nerwach)

Zaczęło się całkiem banalnie, od nocnego wyjścia do najbliższego sklepu. Wychodząc z guesthouse’u zobaczyliśmy na ulicy niezliczone tłumy, tysiące odświętnie ubranych ludzi idących w wielobarwnej procesji, do tego zapachy kadzideł, kwiatów i głośna muzyka. Lekko zdezorientowani przedzieraliśmy się przez tłum, który jak się okazało był już rozlany na wszystkich okolicznych ulicach i pokonanie każdego kolejnego metra stawało się coraz trudniejsze. Miejsce centralne zajmował ogromny, jadący na wielkiej platformie i pięknie oświetlony ołtarz zrobiony z kwiatów. Z rosnącym zdziwieniem oglądaliśmy tę szaloną paradę, nie mając pojęcia co się dzieje. Kilka osób spytanych po drodze co tu się dzieje, odpowiadało „Thaipusam” tonem, jakby to było oczywiste.

procesja

Tuż po powrocie do pokoju dopadliśmy do Internetu w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji. Okazało się, że to faktycznie oczywiste, bowiem Thaipusam to najważniejsze w całym roku hinduskie święto oczyszczenia, obchodzone w najbardziej barwny i spektakularny sposób właśnie w Kuala Lumpur i w Singapurze (różne źródła podają różne informacje nt. Thaipusam w Indiach – jedne mówią, że jest obchodzone przez Tamilów w Indiach Południowych, inni, że w Indiach jest zakazane ze względu na brutalne, masochistyczne obrzędy). Thaipusam odbywa się przy pełni księżyca w tamilskim miesiącu Thai, czyli na przełomie stycznia i lutego. Większej zachęty nie trzeba – chcemy wziąć w tym udział! Bez zastanowienia, zmieniając plany dotyczące dalszego pobytu w Kuala Lumpur, dowiedzieliśmy się gdzie i kiedy odbywa się główna część obchodów oraz jak tam dotrzeć. Następnego dnia już o 9.30 wychodziliśmy z guesthouse’u, nie mając jeszcze pojęcia dokąd i po co jedziemy.
Po mniej – więcej 50 minutach dotarliśmy do celu. Celem były jaskinie Batu (Batu Caves), oddalone o 15 kilometrów od Kuala Lumpur miejsce kultu, w którym znajdują się hinduskie świątynie. Jak się okazało nad ranem, po wielogodzinnym marszu dotarła tu również pielgrzymka, którą w nocy oglądaliśmy na ulicach miasta.

Na obchody Thaipusam w Kuala Lumpur przyjeżdżają wierni z całej Malezji a nawet z innych krajów. Jest to dla nich najważniejsze święto w roku, a sposób, w jaki jest właśnie tu celebrowane, zapewnia najbliższy kontakt z bogiem. Szacuje się, że każdego roku przybywa do Kuala Lumpur 1 – 1,5 miliona wiernych. Obchody trwają 3 dni – pierwszego dnia wieczorem z największej świątyni hinduistycznej w Kuala Lumpur – Sri Maha Mariamman Dhevasthanam, wyrusza procesja do Batu Caves, niosąca Srebrny Rydwan Boga (tę właśnie procesję spotkaliśmy wychodząc do sklepu). Przed świtem docierają na miejsce, gdzie przygotowują się, by o wschodzie słońca rozpocząć trwający dwa dni rytuał składania hołdu bogom, znoszenia ofiar, podziękowań i próśb. Przez te dni wierni niemal cały czas biorą aktywny udział w obchodach, jednak gdzie tylko się da widać porozkładane maty, kartony albo tylko kawałki gazet, rzadziej namioty gdzie najbardziej zmęczeni odpoczywają. Thaipusam jest świętem „końca i początku” – to dzień, w którym należy rozliczyć się z przeszłością, zamknąć pewien rozdział, dokonać oczyszczenia, wybaczyć winy, rozliczyć się z długów, rozpocząć nowy etap.

Wysiedliśmy z autobusu i podążając za tłumem dotarliśmy do głównego placu obchodów święta, zlokalizowanego upodnóża góry, w której znajduje się jaskinia z najważniejszą świątynią. Do świątyni tej wiodą 272 strome schody.

schody

Plac na którym się znaleźliśmy oszałamiał dźwiękami, zapachami i kolorami. Powietrze było aż gęste od oparów kadzideł, intensywnego aromatu przypraw, soku z limonek, kwiatów i mleka – pachniało orientem, a dominującym kolorem był żółty. Do tego ze wszystkich stron dobiegające bicie bębnów. Na każdym kroku natrafialiśmy na poustawiane na ziemi ołtarze przystrojone owocami, dzwoneczkami, świecami, ozdobione ściętymi przed chwilą włosami – rodziny przybywające na Thaipusam wykorzystują każdy kawałek miejsca, by poprzez zbudowanie ołtarza złożyć podziękę lub prosić o łaskę. Włosy, często bardzo długie, początkowo nas dziwiły, jako element ozdobny ołtarzy. Okazało się jednak, że jest to rodzaj ofiary – niektórzy mężczyźni, kobiety a nawet dzieci, przed Thaipusam golą głowy. Włosy są dawane bogom, a skóra głowy jest smarowana złotawą mazią, której głównym składnikiem są prochy przodków.

złote głowy

W Batu Caves spędziliśmy dwa dni. Pierwszy był zdecydowanie spokojniejszy, pozwalał przyjrzeć się rytuałom, towarzyszyć Hindusom w przygotowaniach do ich największego święta, cały czas zjeżdżali jeszcze wierni, którzy nie zdążyli dotrzeć na porę do Kuala Lumpur, trwało budowanie ołtarzy. Drugiego dnia przypadał główny dzień obchodów Thaipusam, czyli milion albo i więcej osób w stanie absolutnego uniesienia i ekstazy, wielu w głębokim transie, całkowicie oddanych modłom, będących w bezpośrednim kontakcie z bóstwami, przemawiający ich głosami i udzielający wiernym błogosławieństw. Byliśmy w samym centrum wydarzeń, które nam samym wydawały się całkowicie nierealne. Chwilami mrożące krew w żyłach i przerażające (odruchowo zamykaliśmy oczy i zaciskaliśmy zęby) ale niezmiennie fascynujące i całkowicie niewiarygodne. Ze wszystkich stron otaczali nas ludzie, których wiara dawała im nieludzką moc i siłę. Wszyscy byli przez te 3 dni całkowicie oddani Bogu a on zabierał ich ból i zmęczenie, pozwalając, by oddawali mu cześć nie czując przy tym cierpienia. Właśnie dlatego wierni, wprowadzeni przez swoich mistrzów w bardzo głęboki trans, mogą mieć wbijane w ciało igły, haki i specjalne druty, do których przymocowywane są owoce albo ogromne instalacje na których stoją ołtarze (kavadi).

przekłuty

cały w pomarańczach

Część z nich na dużych hakach wbitych w skórę pleców ciągnie wózki z darami dla Boga, inni są prowadzeni na linach, również przymocowanych do pleców.

na linach

na linach 3

na linach 2

Do tego dochodzą poprzebijane szpilami policzki, języki i usta.

szpila

przebite poliki

przebity

Pielgrzymi, którzy są w stanie głębokiego transu i są poprzekłuwani to zaszczyt i duma rodzin. Bliżsi i dalsi krewni oraz przyjaciele towarzyszą im przez cały czas, wspierają na każdym kroku aż do wybudzenia, podają napoje, podstawiają taboret gdy pielgrzym słabnie, głośnymi okrzykami i tupaniem utrzymują go w transie. Rodzina dba też o to, by ich bohater miał cały czas pod ręką curut – bardzo mocne, specjalne cygaro (choć trudno powiedzieć z jakich ziół zrobione). Pielgrzymi, którzy poprzekłuwali swoje ciało są traktowani ze szczególną czcią – są bliżej Boga. Każdy wierny, który miesiąc przed świętem pościł, może iść w procesji z darami, nie wymaga to wielkiego poświęcenia. Przymocowanie hakami i igłami do ciała dwumetrowej wysokości metalowego, ważącego ponad 15 kilogramów ołtarza zdobionego pawimi piórami, to już zupełnie inna sprawa – nawet dla Hindusów bohaterstwo.
Pomiędzy grupami towarzyszącymi najdzielniejszym pielgrzymom w ich drodze do świątyni na górze przewijają się niewielkie zespoły muzyczne grające tylko na instrumentach perkusyjnych tzw. Kali Songs o jednostajnym, mocno transowym rytmie.

bebniarze

Można też spotkać całe zastępy dziewcząt (albo zupełnie małych dziewczynek) i kobiet w stanie głębokiego transu (ale już znacznie rzadziej poprzebijane) niosące w ofierze na głowach metalowe pojemniki z mlekiem – symbolem czystości.

starsza pani

kobieta w transie

dziewczyna z mlekiem

Pielgrzymom będącym w transie zdarza się wpadanie w ekstatyczny szał – nagle rozpoczynają szaleńczy taniec, z ich gardeł wydobywają się przeraźliwe odgłosy, z ust płynie spieniona ślina, czasami z niewyobrażalną siłą tłuką zębami o schody a opętany wyraz oczu powoduje dreszcz na plecach u mniej zorientowanego obserwatora. Rodzina wspiera go w takich chwilach wierząc, że to właśnie momenty najbliższego kontaktu z Bogiem.

trans

trans 2

trans 3

Pomiędzy rozszalałym tłumem raz po raz przeciska się para niosąca na ramionach bambusowe kije do których przywiązany jest tobołek, a w tobołku niemowlę lub małe dziecko – niesione do poświęcenia i po łaskę:

dziecko

Cały ten szaleńczy korowód zmierza do świątyni. Po pokonaniu wspomnianych 272 schodów (oczywiście najwięksi bohaterowie, czyli poprzebijani pielgrzymi nadal w pełnym rynsztunku – z igłami, hakami i prętami wbitymi w ciało) w jaskini rozpoczynają się obrzędy wybudzające wszystkich po kolei z transu. No cóż, nasze umysły były już podczas Thaipusam narażone na wiele zupełnie niezrozumiałych widoków i scen, nie dających się wytłumaczyć i zrozumieć (bo nie możemy pojąć w jaki sposób „Bóg odbiera ból”), nie mieszczących się w granicach naszego poznania, pokazujących, że jest na tym świecie coś znacznie więcej niż zaawansowana, znana nam (czasami tylko ze słyszenia) nauka i technologia, zobaczyliśmy odmienne stany świadomości, ludzi, którzy otumanieni zdawali się nie czuć bólu, których wiara pokonywała ograniczenia ciała i umysłu, jednak cały czas byliśmy ciekawi jak wygląda „odczarowywanie” pielgrzymów. Oglądanie tego obrzędu niemal nas dla odmiany zaczarowało! Pierwszym etapem jest podtrzymywanie w transie po to, by odpiąć wszystkie haki i igły. Trwa to chwilę i co najbardziej zaskakujące – na ciele pielgrzyma nie ma żadnych śladów, nie ma ran, nie ma ukłuć, nie pojawia się nawet kropla krwi i nie zostają żadne blizny. Nawet widząc to na wyciągnięcie ręki – trudno uwierzyć. Kolejny szok – ogromne szpile, które wierni mieli wbite w policzki, język lub wargi są wyjmowane równie sprawnie i też nie pozostawiają żadnych śladów. Miejsca po nakłuciach są smarowane sokiem z limonki i posypywane białym popiołem i tylko po białym pyle można później poznać, że ktoś był przekłuwany. Po wyjęciu wszystkich elementów metalowych, zdjęciu wieńców z kwiatów zdobiących szyję pielgrzyma, rozwiązaniu chusty, którą miał przykrytą głowę mistrz ceremonii staje lub klęka naprzeciwko niego i wykonuje przed jego oczami kilka magicznych ruchów zapaloną świeczką, szepcząc przy tym zaklęcia. Później jeszcze kilka zaczarowanych gestów i już za chwilę człowiek, który przed chwilą był w zupełnie innym wymiarze, opada bez sił, podtrzymywany przez swoich bliskich żeby bezpiecznie się mógł położyć. Jeszcze tylko rozmasowują mu wszystkie mięśnie i już za moment wstaje o własnych siłach, wodząc przytomnym i kontaktującym wzrokiem po otoczeniu, uśmiechając się do rodziny i obserwatorów. I jak się okazuje jest to całkiem normalny człowiek, nie ma absolutnie nic wspólnego z tym, który przed chwilą w szalonym tańcu, z obłędem w oczach składał hołd siłom wyższym. Zresztą spójrzcie sami – zdjęcia poniżej przedstawiają tego samego Hindusa – w transie, w trakcie wybudzania i tuż po.

w transie

wybudzanie

po przebudzeniu

Oczywiście wybudzanie może mieć różny przebieg. Trudno nam powiedzieć od czego to zależy, ale widzieliśmy kilka całkowicie różnych reakcji wybudzanego na „powrót do rzeczywistości”. Niekiedy tuż przed odzyskaniem świadomości targają nim spazmatyczne dreszcze, czasami wydobywa z siebie przerażające okrzyki (zupełnie nieludzkim głosem), zdarza się że wstrząsają nim odruchy konwulsyjne, co kończy się zazwyczaj wyciekiem z ust gęstej, pomarańczowej wydzieliny i jest to dowód na wyjście z jego ciała demona. Większość wybudzanych tuż po odzyskaniu świadomości ma chwilowe kłopoty z oddychaniem, wygląda to jakby nie mogli złapać powietrza, jakby się dusili, ale to trwa chwilę i za moment wszystko wraca do normy.

wybudzanie

Jednak czasami trans wymyka się spod kontroli rodziny i szamana – pielgrzym pogrążony w transie dostaje się we władanie złych duchów, które nie pozwalają mu kontynuować wędrówki do świątyni. Wygląda to przerażająco – zaczyna się rzucać, krzyczeć, szarpać, chwilami bezwładnie opada na ziemię, wodzi obłąkanym, niewidzącym wzrokiem po okolicy, trudno go utrzymać i opanować. I w takiej sytuacji ma miejsce kolejny – dla nas niewyobrażalny – obrząd: starsza, doświadczona osoba podejmuje się przejęcia złego ducha do siebie. Szepcze zaklęcia, nakłada ręce na głowę pielgrzyma a na koniec zbliża usta do jego ust i… opętana przez złe demony osoba natychmiast jest znów przytomna, kontaktująca, wybudzona z transu. Jeszcze tylko „czarownica” (czyli ta, która odczarowała) wyda z siebie donośny okrzyk, twarz ściągnie jej chwilowy skurcz, targnie nią kilka wstrząsów i już demon jest wypędzony i cała grupa może dołączyć do procesji.
Spędzenie dwóch dni w takim otoczeniu jest przeżyciem niemal mistycznym a zarazem przerażającym. Atmosfera Thaipusam jest magiczna a na każdym kroku jesteśmy świadkami czarów. Nieustanny konflikt między tym, co widzimy a tym, co podpowiada nasza wiedza o świecie, jaką przez wiele lat zdobywaliśmy, powoduje mętlik w głowie i skłania do refleksji, a w głowie rodzą się miliony pytań – jakie są w takim razie możliwości ludzkiego umysłu, gdzie są granice tego, co niemożliwe, co na to współczesna wiedza i medycyna?
My mieliśmy strasznie dużo szczęścia i całkowicie przypadkiem trafiliśmy na wydarzenie, na które wielu ludzi z niecierpliwością czeka cały rok albo przyjeżdża z odległych krajów. Oboje uważamy, że właśnie Thaipusam jest największym hitem całej naszej dotychczasowej podróży.
PS. Na koniec prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionemu dziecku z Polski.

Skąd się wzięło Thaipusam:
Bogini Parvati podarowała synowi – bogowi Murugan – lancę, którą miał pokonać nękającego ludzi demona Soorapadam. Zrobiła to zarazem w rocznicę jego narodzin. I to właśnie te dwa wydarzenia upamiętnia Thaipusam. Murugan jest Bogiem śmierci i wojny. Jego świętym zwierzęciem jest paw, stąd pawie pióra są głównym elementem ołtarzy budowanych na Thaipusam.

Porady praktyczne:
Do Batu Caves w okresie Thaipusam jeździ wiele autobusów – zarówno linie regularne, jak i specjalne (operujące również w nocy). Podróż autobusem trwa ok. 50 minut. Najlepiej jest udać się na przystanki autobusowe wokół Central Marketu i tam łapać autobus. My jeździliśmy autobusem Metro Bus nr 11. Opłata za bilet: od 2.50 do 3.00 RM/osobę w jedną stronę

Kuala Lumpur – od bałaganu po nowoczesność

czwartek, styczeń 28th, 2010

Pierwsze dwa dni w Kuala Lumpur pokazały jak rozmaite jest to miasto. Wiedzieliśmy, że stolica państwa, które rozwija się bardzo dynamicznie i w całej Azji Południowo-Wschodniej stanowi chyba najbardziej otwarte dla imigrantów miejsce, musi dać niesamowitą mieszankę różnych kultur i różnych obrazów. I dokładnie takie są nasze wrażenia z tego miasta. Mieszkańcy Kuala Lumpur to nie tylko Malajowie, ale także Chińczycy, Hindusi i wyznawcy Islamu. Guesthouse w którym się zatrzymaliśmy znajduje się w Chinatown, czyli typowej dzielnicy chińskiej, ale tuż obok znajduje się tzw. Little India, a pośród tych kultur i co za tym idzie również architektur, przebijają się wieżowce stylizowane na islamskie meczety. Do tego typowo azjatycki zgiełk, tłok, hałas i dokuczliwe temperatury, do których tutaj dochodzi jeszcze wysoka wilgotność i duże ryzyko deszczu w porze popołudniowej. Tak więc natłoczenie tych wszystkich aspektów daje obraz jednego wielkiego tygla w którym nam przyszło się teraz „gotować” 😉
Chinatown i Little India to chyba najciekawsze pod kątem backpackerskim miejsca, bowiem tutaj można znaleźć najtańsze zakwaterowanie i najtańsze jedzenie.

Chinatown

Do tego dochodzi możliwość kupowania różnego rodzaju produktów naśladujących znane marki w ogromnej liczbie straganów i sklepików. W zasadzie wymarzone miejsce dla miłośników tego rodzaju klimatów. W porównaniu do Chatuchak w Bangkoku, które jest przecież najbardziej znanym targowiskiem w tej części świata, śmiało możemy powiedzieć, że ulica Petaling w Chinatown oraz jej okolice śmiało mogą z nim konkurować, a nawet powalczyć o zwycięstwo 🙂
Jakby na przeciwległym biegunie znajdują się nowoczesne i zadbane miejsca w którym prym wiedzie wsławiony Golden Triangle. To część Kuala Lumpur zdecydowanie zorientowana biznesowo z mnóstwem biur, sklepów, centrów handlowych oraz miejscami rozrywki, czyli restauracji i barów.

Golden Triangle

Czujemy się jednak w obowiązku ostudzić zapał tych, którzy chcieliby wybrać się do Malezji w celach rozrywkowych. Spośród wszystkich dotąd odwiedzonych krajów Azji Południowo-Wschodniej jest ono zdecydowanie najdroższe. Nie chodzi tutaj o typowe produkty „rynkowe”, które być może udałoby się zakupić w cenach podobnych do tych, które spotkamy w Wietnamie, Kambodży czy Tajlandii, ale o koszty noclegów, posiłków, a przede wszystkim alkoholu. Jest to zdecydowanie miejsce dla abstynentów. Piwo jest tutaj dwukrotnie droższe niż w Tajlandii i prawie czterokrotnie droższe od Kambodży czy Wietnamu. Nie wspominamy tutaj o mocniejszych alkoholach, bo to rozrywka zdecydowanie dla klienteli o zasobniejszych kieszeniach. Tak więc przyszedł okres „posuchy” 😉 Za to sucho nie jest bo deszcz regularnie przynajmniej raz dziennie musi spaść. I to nie jakiś tam deszczyk, tylko porządna ulewa. Jedyna pociecha, że trwa ona zazwyczaj krótko i zaraz potem przejaśnia się by znowu słońce robiło swoje.
Wracając więc do Golden Triangle można tutaj poczuć klimat nowoczesnej Azji zdecydowanie przypominającej Hong-Kong czy Makao. Nawet liczba wieżowców i wymyślnej architektury nasuwa pewne analogie do Hong-Kongu, choć nie jest to tak spektakularne jak to co można zobaczyć na tej wyspie.

Kuala Lumpur z Petronas Towers

Jest za to bardzo przyjemnie i kolorowo. Można też wybrać się do któregoś z centrów handlowych, by zjeść w food parku za w miarę sensowne pieniądze. Poruszanie się po Kuala Lumpur jest proste i poza ogromną liczbą różnych środków komunikacji publicznej można korzystać z taksówek czy miejskich pociągów umiejscowionych podobnie jak Skytrain w Bangkoku na szynach umieszczonych nad jezdniami (Monorail). Ceny nie są wygórowane a wygoda i łatwość korzystania godna polecenia.

Monorail

Hitem Kuala Lumpur są oczywiście najwyższe bliźniacze wieże świata, czyli Petronas Towers. Na liście najwyższych budynków świata jeszcze do 2004 roku zajmowały one pierwsze miejsce. Teraz zajmują czwarte miejsce, ale jako wieże bliźniacze są nadal na pozycji numer 1. Każdy kto widział te wieże na zdjęciach dostrzega zapewne klasyczność tych budowli, ale zobaczenie tego cudu z bliska dopiero pokazuje kunszt architektoniczny tych budowli i nowoczesność zastosowanych rozwiązań (mimo, że wieże w tym roku ukończą 12 lat życia). Wieże zbudowane są na planie ośmioramiennej gwiazdy a ich fundamenty sięgają aż 1500 m w głąb skał na których zostały osadzone! Do tego dochodzi 88 pięter w górę i przeszklone połączenie wież na wysokości 41 piętra w którym to można podziwiać panoramę Kuala Lumpur.

Petronas Towers

Trzeba przyznać, że wysokość wież wynosząca 452 metry robi niesamowite wrażenie! Najbardziej jednak działa na wyobraźnię niesamowita stalowa konstrukcja budynku, która połyskując w słońcu krzyczy do podziwiającego gapia: „Spójrz jaki potencjał ma Malezja. Dla nas nie ma granic!”. Do tego wszystkiego dochodzi piękne i zadbane otoczenie wież i to co się w nich znajduje. Ogromne centra handlowe, 76 wind, niezliczona liczba biur (jedna z wież w całości wykorzystywana jest przez inwestora wież – czyli firmę Petronas) i miejsc kulturalno-rozrywkowych. Tutaj ma również swoją siedzibę Filharmonia Kuala Lumpur.

Widok z Petronas Towers

Ponieważ Petronas jest firmą znaną nie tylko z słynnych wież, ale również z badań naukowych jakie prowadzi, przemysłu paliwowego a także sponsoringu sportów motorowych w tym najważniejszego: Formuły 1, można tutaj zwiedzać specjalne centrum naukowe, a także mając trochę szczęścia brać udział w wydarzeniach związanych z Formułą 1. Mieliśmy to szczęście, że akurat 28 stycznia o godzinie 18:00 w Petronas Towers odbywała się oficjalna prezentacja kolorystyki nowego bolidu F1, przygotowanego na sezon 2010. Dla osób nie interesujących się tym sportem śpieszymy wyjaśnić, że prezentacja bolidu przed rozpoczęciem sezonu wyścigowego jest najważniejszym wydarzeniem związanym z tym sportem. Na ten moment wyczekują miliony fanów F1. Każdy team ustala datę prezentacji bolidu i tego dnia odbywa się z tej okazji ogromna feta połączona z różnego rodzaju pokazami rozrywkowymi. Żeby podkreślić rangę akurat tego wydarzenia, które odbyło się w Petronas Towers śpieszymy donieść, że Petronas jest głównym sponsorem teamu Mercedes GP (w zeszłym roku sponsorował team BMW Sauber, w którym startuje Robert Kubica). Petronas wybrał tworzony od tego roku Mercedes GP spośród kilku innych teamów, które się o to ubiegały. Potem okazało się, że właśnie do tego teamu na głównego kierowcę przyjęto Michaela Schumachera, który jest absolutną gwiazdą tego sportu (ma na swoim koncie siedem zwycięstw mistrzostwa świata F1) i od tego roku po kilkuletniej przerwie postanowił wrócić do tego sportu. Tak więc zbieżność wszystkich tych czynników dała chyba najbardziej pikantne i pożądane przez miłośników F1 zestawienie. Mieliśmy tę niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w tym wydarzeniu pełnym dziennikarzy, fleszy, fotoreporterów itd. A wszystko to odbywało się w Petronas Towers na położonej na poziomie -1 kondygnacji. Było ekscytująco! 🙂

Prezentacja bolidu Mercedes GP

Tak więc pierwsze dni w Kuala Lumpur dały nam możliwość doświadczenia różnych miejsc, pełnych skrajności. Podkreśla to jeszcze bardziej potencjał ogromnego rozwoju jaki drzemie przed tym miastem, ale także Malezją w ogóle. Kraj żyje przede wszystkim z przemysłu i usług, które coraz bardziej się rozwijają, jednak to ludzie według nas stanowią tutaj największy i najważniejszy kapitał. Malajowie są ludźmi wykształconymi i kulturalnymi, a do tego są bardzo otwarci i uprzejmi co niejednokrotnie sami mogliśmy odczuć w różnych sytuacjach.

Kilka porad praktycznych:
Noclegi: Zakwaterowanie w Kuala Lumpur jest niestety dość drogie w porównaniu do innych miejsc w Azji. Najpopularniejszą i najtańszą dzielnicą jest Chinatown gdzie znajduje się spora liczba guesthousów i hosteli. Generalnie ceny za pokój wahają się od 45 do 80 ringgitów (czyli od 8 do 15 USD). Warto jednak poszukać dłużej, ponieważ zdarzają się również miejsca gdzie można nocować za cenę 30-40 ringgitów.
Jedzenie: Najtańsze jedzenie można znaleźć w Chinatown i Little India, ale tutaj również trzeba sprawdzać ceny, ponieważ niektóre lokale mimo pozornego „ulicznego” charakteru mają ceny podobne do standardowych restauracji. Oczywiście najtaniej (a często i najsmaczniej) można jeść na ulicznych straganach. Uwaga: w Malezji często podaje się ceny netto, do których należy potem doliczyć podatek (najczęściej 5%), a czasem również opłaty za serwis (najczęściej 10%). Dotyczy to nawet restauracji sieciowych takich jak McDonalds czy KFC.
Transport: Całe centrum Kuala Lumpur (Chinatown, Little India oraz rejony Golden Triangle) można bez problemu pokonywać pieszo, ponieważ są to odległości nie większe niż 1-3 km. Jeżeli zależy nam na czasie można korzystać z kilku rodzajów pociągów z których najwygodniejszy jest monorail (pociąg jednoszynowy) posiadający jedną linię w ścisłym centrum. Ceny za monorail wynoszą od 1,20 do 2 ringgitów w zależności od liczby przystanków.

Czterdzieści i cztery (…godziny w drodze do Malezji)

środa, styczeń 27th, 2010

Czasami nieplanowane podróże są lekkie, łatwe i przyjemne i wszystko idzie jak z płatka, a czasami… a czasami właśnie takie nie są. Albo są w miarę łatwe organizacyjnie tylko strasznie długo trwają, a wtedy ich lekkość i przyjemność w miarę upływu czasu się rozmywa. Tak właśnie wyglądała nasza podróż z Ko Phayam do Kuala Lumpur. Szczerze mówiąc nie jesteśmy pewni, czy gdybyśmy ją wcześniej planowali – zrobilibyśmy cokolwiek inaczej, mniej hardcore’owo, czy ta droga wyglądałaby tak samo, ale dość powiedzieć, że pokonanie niecałego 1000 kilometrów kilometrów zajęło nam – jak w tytule – 44 godziny.
A zaczęło się całkiem niewinnie – mieliśmy w głowach kilka alternatywnych wersji dojechania do stolicy Malezji, więc uznaliśmy, że to wystarczy. Najpierw więc, w poniedziałek 25 stycznia’10 o 9:00 rano odpłynęliśmy łodzią z wyspy Ko Phayam (pobudka na tę okoliczność odbyła się o 6.20) i po 2 godzinach byliśmy znowu w Ranongu. Tam omijając szerokim łukiem usłużnych taksówkarzy, którzy za – bagatela – 50 bathów od osoby chcieli nas zawieźć na przystanek autobusowy znaleźliśmy jakiś lokalny „liniowy” tuk tuk, którym tę samą trasę udało nam się pokonać za 15 bathów (per person). Na przystanku autobusowym okazało się, że jest nocny autobus bezpośrednio do interesującego nas miasta Hat Yai, 50 km od granicy z Malezją i tam trzeba będzie poszukać kolejnego transportu. Wszystko brzmiało extra, tylko autobus odjeżdżał o 20.00. Oznaczało to, że mieliśmy 8 godzin do zagospodarowania w mieście, w którym normalny turysta miałby co robić przez najwyżej 2 godziny. Miasteczko miało jedną ulicę targowo – centralną, na której z wielkim trudem udało nam się spędzić niecałe 3 godziny oglądając uważnie zawartość niemal każdego straganu, robiąc zakupy na drogę w lokalnym supermarkecie i na końcu jedząc – jak się okazało ostatni ciepły posiłek na kolejne 40 godzin. Resztę tego czasu przesiedzieliśmy w okolicach dworca autobusowego, zdecydowanie za często patrząc na zegarki i wyczekując nadejścia godziny odjazdu. I choć chwilami wydawało się że to nigdy nie nastąpi, w końcu zobaczyliśmy wjeżdżający na dworzec nasz autobus. Pakując bagaże do luku uświadomiliśmy sobie, że Pani sprzedająca bilety powiedziała, że autobus jedzie 7 – 8 godzin. Nie wyglądało to za ciekawie, bo co my będziemy robić w jakimś dziwnym mieście około 4:00 rano – tym bardziej, że nie udało nam się zakupić biletów na malezyjski pociąg odjeżdżający z Hat Yai o 14:20 (bo rezerwacje w systemie można dokonywać na co najmniej 48 godzin przed odjazdem). Staraliśmy się nie myśleć, że Lonely Planet mówi, że to bardzo niebezpieczna część Tajlandii, jest dużo ataków bombowych i terrorystycznych.. no ale terroryści o tej porze chyba będą spać! No nic, na razie wsiadamy do autobusu, może będzie jechał dłużej, w końcu azjatyckie autobusy mają zazwyczaj ustaloną godzinę odjazdu, a przyjazd jest zwykle o czasie, który można określić: „jak dojedziemy to będziemy”. Droga nie była spokojna bo autobus był okropnie niewygodny, pełen ludzi, więc nici z planu zaanektowania czterech miejsc, żeby się wyspać, a do tego kilka razy w ciągu drogi autobus był zatrzymywany i przeszukiwany przez oddziały wojska z ogromnymi karabinami. Trochę powiało grozą, ale to chyba tu normalne, choć uzbrojenie było jak na wojnę a nie na rutynową kontrolę! Kiedy wreszcie udało nam się znaleźć taką pozycję, w której można było zasnąć okazało się że już jest 4:00 rano i właśnie dojechaliśmy na miejsce, czyli jednak spania nie będzie – wysiadka. Najpierw obowiązkowa walka z tuk–tukarzami, którzy za niebotyczne kwoty chcieli nas zawieźć w dowolne miejsce (albo nawet sprzedać bilety na autobus do Kuala Lumpur), a później przewodnik i sporządzone wcześniej na tę okoliczność notatki w garść i chwila zastanowienia co dalej. Autobus odjeżdża o 9:00 rano, kosztuje 600 bathów i jest na miejscu około 16:00. Ale nas korciło wreszcie „przejechanie się pociągiem” – jak mówiły nasze notatki, pociąg sypialny odjeżdża o 14.20 (za raptem 10 godzin :-)), jedzie 15 godzin (czyli odpadają koszty noclegu) i kosztuje 500 bathów, czyli taniej. Udało nam się „zmolestować” jednego tuk- tukarza, żeby za przyzwoitą a nie „turystyczną” cenę zawiózł nas na dworzec PKP (no dobra TKP – czyli Tajskie Koleje Państwowe – tłumaczenie własne autora) zapewniając, że dworzec otwiera się o 5.00 rano czyli już za 10 minut. Na miejscu błyskawicznie nas wysadził i zniknął, nie czekając aż dowiemy się, że nas okłamał i że dworzec jest czynny od 6.00. Było zimno, ciemno i pusto a dworzec mógłby grać główną rolę w jakimś horrorze o wymarłym mieście a my mieliśmy tam czekać co najmniej godzinę. Oczywiście jak zwykle byliśmy dzielni i przetrwaliśmy.

dworzec Hat Yai

O godz. 6.00 otworzyły się kasy i pan, któremu nie daliśmy się zbyć zdawkowym „Przyjdźcie po 7-ej, bo ja nie wiem”, w końcu potwierdził to, co wiedzieliśmy z naszych notatek. Chyba rześki poranek spowodował, że poczuliśmy w sobie siłę i energię do wegetowania kolejne kilka godzin (znów 8 godzin – to jakieś przekleństwo) w kolejnym obcym i mało przyjaznym mieście. Zakupiliśmy bilety, nie mogąc się doczekać jak wyglądają malezyjskie koleje (bo pociąg na tej trasie jest malezyjski) i… po około pół godzinie poczuliśmy maksymalny kryzys. Siedzieliśmy na ławkach na peronie tempo patrząc przed siebie (raczej nie wolno spać w miejscach publicznych) i czekając na godzinę o której będzie miało sens wyjście na miasto gdy nagle zerwała się nieziemska ulewa. Deszcz padał tak intensywnie i był tak gęsty, że nie było widać drugiego peronu. Cała akcja trwała może z 10 minut i później znów wyszło piękne słońce, a my sięgnęliśmy do niezastąpionego LP który powiedział, że południe Tajlandii i Malezja o tej porze roku znajdują się w strefie monsunów 🙂 No cóż więc teraz będą z nami jeździć deszcze. Po paru godzinach na dworcu poszliśmy wreszcie obejrzeć okolicę – takie zwykłe miasto, nic szczególnego, ale przynajmniej trochę zaczynało ożywać, więc można było zrobić znów tour po sklepach i straganach (zakupić Miśkowi okulary przeciwsłoneczne – bo od początku pobytu w Kambodży w różnych – bardziej lub mniej niewyjaśnionych okolicznościach zniknęło mu już 5 kolejnych par, ale bez okularów się nie da. Te zakupione ostatnio otrzymały zaszczytne miano najładniejszych :-)), a później przesiedzieliśmy 2 godziny w KFC oglądając film (na swoim laptopie oczywiście – „Berlin Calling” – bardzo polecamy!). Wreszcie poszliśmy na dworzec, stwierdzając, że ostatnią godzinę tam przeczekamy. Okazało się, że pociąg już jest podstawiony. Wielkie „WOW” jakie wydobyło się z naszych gardeł jak weszliśmy do środka było chyba słychać na całym peronie. Od razu uznaliśmy, że warto było czekać i się męczyć tyle czasu, żeby teraz podróżować w takich warunkach. Pociąg przestronny, pachnący czystością, bała pościel, łóżek o połowę mniej w wagonie niż we wszystkich znanych nam do tej pory modelach sleepingów, a do tego każdy ma zasłonkę, żeby spać w spokoju, z największą jak to możliwe na pociąg, dawką prywatności 🙂

wagon

Było super a dodatkowo okazało się, że w łazience jest możliwość wzięcia prysznica. Skorzystaliśmy z tej wymarzonej opcji w ciągu pierwszej pół godziny podróży, zanim pociąg dojechał do granicy.
Przejście graniczne – w zasadzie bez szczególnych sensacji i emocji, bez wizy, bo do 30 dni w Malezji wystarczy pieczątka wjazdowa, na koniec tylko parodia przeszukania bagażu – każdy musiał porozpinać swoje torby i plecaki, a celnik pobieżnie przejrzał zawartość i sprawdził, czy nie wiezie się narkotyków (tak na oko, bez przykładania się do tego i bez psa, który mógłby pomóc), później niemal godzina czekania na peronie aż nasz pociąg wróci – tym razem już w rozszerzonym składzie o kolejnych kilka lokalnych wagonów – i z powrotem do pociągu.

granica

Hurra! Nareszcie będzie spanie 🙂 I to w łóżku, a nie na siedzeniu w autobusie. I po kilkunastu minutach oboje spaliśmy. Wieczorem zrobiliśmy sobie małą przerwę na kolejny film i znów poszliśmy spać, bo mieliśmy w tym temacie spore zaległości. Zanosiło się nieźle – przed nami cała noc spania w cywilizowanych warunkach. Ale to by było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Jak na złość konduktor o 4.30 oznajmił przez megafon, że za 10 minut będziemy na stacji docelowej! No wszystko może się zdarzyć, ale żeby pociąg przyjechał 2 godziny przed czasem to już lekka przesada! I co mamy znów robić w środku nocy, tym razem w Kuala Lumpur? Wybór padł na niezbyt atrakcyjną ale jedyną sensowną opcję pójścia na poszukiwania jakiegoś lokum. Oboje wiedzieliśmy, że guesthouse’y o tej porze są zamknięte, ale coś trzeba było zrobić. Po dwóch nocach w drodze zastanawialiśmy się, czy do naszych plecaków ktoś dowcipny nie dorzucił parę kamieni. Ważyły niemal tonę każdy! 😉 Spacer po Kuala Lumpur o tej porze nie należy do wymarzonych atrakcji. Tym bardziej jak ma się blade pojęcie dokąd się idzie a cel to pojęcie bardzo względne. Dla zabicia czasu i nabrania sił posiedzieliśmy trochę na chodniku na skrzyżowaniu ulic, zobaczyliśmy kilka zamkniętych na głucho guesthouse’ów, jakichś ludzi otwierających swoje sklepikowe biznesy, jakichś wytrwałych imprezowiczów kontynuujących kolejną flaszkę na ławce… i z obłędem w oczach i siłami bliskimi zera docierało do nas, że czas „check out/check in” w większości miejsc jest o godz. 12:00 i jest ryzyko, że do tej pory będziemy musieli przeżyć na ulicy. Byliśmy bliscy zrezygnowania, gdy zobaczyliśmy kolejny „Backpackers Guesthouse”. Weszliśmy na drugie piętro po niekończących się schodach i bez cienia nadziei spytaliśmy czy mają jakiś pokój. Niestety mają tylko jednoosobowy. Nieważne, może być, byle był dostęp do łazienki i łóżko. Pan w recepcji był po całej nocy w pracy i pewnie jedyne czego chciał to już iść do domu, więc nie zareagował na nasz pomysł „zamieszkania” we dwójkę w jednoosobowym pokoju. Pokój o wymiarach 2×2 metry z maleńkim łóżkiem wydał nam się spełnieniem marzeń i tym, co mogło nas spotkać najlepszego w życiu.
O 8:00 rano, najszczęśliwsi na świecie kładliśmy się spać. Więc jednak poprawka – łącznie z szukaniem guesthouse’u podróż trwała 47 godzin. I teraz po umyciu się, odespaniu i najedzeniu – możemy spokojnie powiedzieć, że była bardzo fajna! 🙂

PS. Nasze nowe, tajskie zegarki „Diesel” jak na razie działają, mimo, że po przekroczeniu granicy musieliśmy przesunąć godzinę (co w przypadku takiej jakości, jakiej się po nich spodziewamy było dosyć ryzykownym posunięciem) 😉

Tajlandia

wtorek, styczeń 26th, 2010

Jak się żyje w raju

niedziela, styczeń 24th, 2010

No i jak to zwykle bywa wszystko co dobre szybko się kończy! Jutro opuszczamy cudowną Ko Phayam (jutro czyli w poniedziałek – ale nie wiemy kiedy uda nam się znaleźć jakiś Internet żeby opublikować ten wpis, więc może już jak to czytacie, to my jesteśmy gdzieś dalej) mając nadzieję kiedyś tu wrócić (najchętniej jeszcze zanim dzikie tłumy turystów przerobią to miejsce na kolejny Ko Phangan albo Ko Samui).
Ale co tam, w chwili kiedy to piszę jest nasz ostatni wieczór na wyspie, przez okno naszego drewnianego domku widać zachodzące wprost do morza słońce, słychać rozbijające się o brzeg fale i brzęczące świerszcze… więc idealny klimat, żeby napisać relację z tygodnia „w tajskim raju”.

zachod

W największym skrócie podsumowując czas, jaki tu spędziliśmy – największe lenistwo świata w jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi (tak, to kolejne miejsce, które tak nazwaliśmy ale to nie nasza wina, że jest tyle tak pięknych zakątków :-)). Atrakcji towarzyszących temu lenistwu było co niemiara, więc nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęło 6 dni które na tę wyspę przeznaczyliśmy.
Już pierwszego dnia pożyczyliśmy z „recepcji” naszego guesthouse’u maski do snorkelingu i wyruszyliśmy na poszukiwanie miejsc oznaczanych na mapach wyspy, jako te, gdzie warto snorkelingować. Oczywiście autorzy map się nie mylili, znaleźliśmy niemal przy samym brzegu super podwodne skały i rafy koralowe, w których mieszkały ryby, jakie do tej pory oglądaliśmy tylko na filmach.

snorkeling

Na takim obserwowaniu życia morskiego można spokojnie spędzić kilka godzin, ani przez moment się nie nudząc. Różnorodność ryb, ich zachowania, ciekawość z jaką przyglądały się nam, w ogóle się nie bojąc, są po prostu niesamowite! Już w Kambodży staliśmy się zagorzałymi fanami snorkelingu, więc można powiedzieć, ze tu rozwijaliśmy naszą pasję. Pewnie byłoby nam z tą pasją łatwiej, gdybyśmy kupili sobie własny sprzęt i nie musieli ciągle pożyczać i wiecznie kombinować, żeby maski nie przeciekały (np. zawiązując je sznurkiem wokół głowy) i nie straszyli w wodzie ryb nieskoordynowanymi ruchami wynikającymi z zalewania się masek, no ale wszystko w swoim czasie, póki co uprawiamy snorkeling w wersji survivalowej, ale i tak jest super! Co prawda czasami takie zalanie maski oznacza konieczność natychmiastowego złapania gruntu pod nogami i wylania wody z maski i z nosa, co bywa trudne na większych głębokościach, a znalezione gdzieś pod wodą fragmenty skał albo wielkie kamienie są często ostre i ranią stopy, jednak każda przyjemność ma swoją cenę, wiec my mamy poranione stopy ;-).
Jeden cały dzień spędziliśmy na wycieczce łódką dookoła wyspy! Główną atrakcją wycieczki było łowienie ryb a nagrodą za skuteczny połów – oczywiście snorkeling – tym razem na dużych głębokościach, daleko od brzegu. OK, nie jesteśmy z tego bardzo dumni, bo to dosyć makabryczna rozrywka, ale bardzo nam się podobało łowienie ryb! Sprzęt do łowienia był rodem z opowieści o sztuce przetrwania na bezludnej wyspie – kółko z nawiniętą kilkumetrową żyłką i na końcu haczyk. I co najważniejsze – to działa!

ryba

My w sumie złowiliśmy 5 sporych, jadalnych ryb, które wieczorem usmażyliśmy na ognisku! Były oczywiście rewelacyjne a poza tym, to taka wprawka, gdyby kiedyś przyszło nam na poważnie samodzielnie zdobywać pożywienie 🙂 Pierwsza lekcja zaliczona – damy radę złowić i usmażyć rybę. No i oczywiście nasze ukochane podglądanie życia podwodnego pzez pożyczone maski! Hitem były najprawdziwsze na świecie Rybki Nemo (czyli Błazenki) – dokładnie tak, jak w filmie, zamieszkujące jeden gatunek ukwiału! Strasznie szkoda, że nie mamy podwodnego aparatu fotograficznego, albo najlepiej kamery, bo trudno tę różnorodność gatunków i kolorów opisać (moglibyśmy wrzucić filmik, komentarz „miłego oglądania” i po sprawie ale w zastępstwie zamieszczamy znalezione w sieci zdjęcie „Nemo” – ujęcie niemal dokładnie takie, jakie my oglądaliśmy:-)).

nemo

Kolejna ryba, która powaliła nas na kolana – to coś pomiędzy rybą a samolotem – ryba latająca tuż nad powierzchnią wody, w pozycji prawie pionowej tak, że tylko końcówkę ogona ma w wodzie. A jaką szaloną prędkość rozwija! Po prostu niesamowite! (BTW. czy ktoś może wie, co to za gatunek ryby? Niestety „leciała” tak szybko, że nie wiemy nawet jakiego jest koloru). Inną ciekawą rybą jaką mieliśmy okazję podziwiać „w akcji” była centkowana, lekko najeżona ryba, która potrafi się nadymać i osiągać objętość wielokrotnie większą niż normalnie. Wygląda wtedy jak ogromny jasny balon! 🙂 Zresztą różnorodność roślin i zwierząt na wyspie jest ogromna! Leżąc na plaży podziwialiśmy krążące nad naszymi głowami ogromne ptaki drapieżne, ale też malutkie ptaszki podobne do kolibra, a w łazience w naszym domu spotkaliśmy ogromną jaszczurkę. Wszystko wygląda jak z filmów przyrodniczych.

widok

Kolejne dni spędzaliśmy głównie na plaży. Bo przecież nawet zwykła kąpiel w morzu, przy temperaturze wody osiągającej 30 stopni jest nie lada atrakcją. Tym bardziej, że dochodzą do tego ogromne, kilkumetrowe fale! Zabawa przednia! A dodatkowo można jeszcze pożyczyć taki mały, lekki, jednoosobowy kajak i w nim próbować pokonywać fale :-).

fala

A, no i kolejną, ogromną zaletą wyspy było jedzenie (jak zresztą w ogóle w Tajlandii a może i po prostu w tej części świata). Już na początku naszego pobytu odkryliśmy małą lokalną knajpę na plaży, w której jedzenie było nieziemsko pyszne i całkiem niedrogie. Chodziliśmy tam codziennie, eksperymentując z najróżniejszymi tajskimi potrawami i wszystkie były rewelacyjne, ale zdecydowanymi hitami były świeżo łowione owoce morza na wszelkie możliwe sposoby oraz tajska zupa Tom Yam.
Jutro ruszamy w dalszą drogę, w stronę Malezji. Jeszcze bez dokładnego planu którędy i jak chcemy tam dotrzeć, ale to nie pierwszy taki spontan, więc liczymy na to, że wszystko się uda :-).

Blog roku 2009 – podziękowania

sobota, styczeń 23rd, 2010

Kochani, trochę spóźnione ale bardzo szczere podziękowania dla wszystkich, którzy oddali na nas swój głos w konkursie „Blog Roku 2009”. Oraz szczególne podziękowania dla tych, którzy prowadzili szeroko zakrojone kampanie promocyjne i zachęcali do głosowania na nas (jednocześnie witamy serdecznie wszystkich Nowych Czytelników, którzy dopiero niedawno dołączyli do nas :-))
Zajęliśmy zaszczytne 13 miejsce, co oznacza, że nie udało nam się przejść do kolejnego etapu, ale było naprawdę blisko (startowały 162 blogi z naszej kategorii). Przez cały konkurs, właśnie dzięki Waszym SMS’om, byliśmy w okolicach pierwszej dziesiątki, co uważamy za wielki sukces, zważywszy, że to dopiero nasze początki w dziedzinie blogowania! Jest nam bardzo miło, że mamy tak wielu Czytelników! To naprawdę super uczucie wiedzieć, że nas czytacie i że głosowaliście na nas!
Dziękujemy też za wszystkie miłe e-maile i słowa wsparcia, które w związku z konkursem do nas przysyłaliście 🙂
My się w konkurs bardzo „wkręciliśmy” i za rok też zamierzamy wystartować 🙂 A co! Trochę zdrowej rywalizacji jeszcze nikomu nie zaszkodziło 🙂
Póki co trzymamy mocno kciuki za tych, którzy przeszli do kolejnego etapu (oczywiście mamy swoich faworytów wśród konkurencji, choć nasz najpoważniejszy typ też w ostatnim dniu wypadł z pierwszej „10”).
Jeszcze raz wielkie dzięki dla wszystkich. Zachęcamy do dalszego czytania i komentowania kolejnych wpisów! A chętnych do odwiedzenia w najbliższym czasie Malezji albo Indonezji – zapraszamy 🙂
Poniżej specjalnie dla naszych Czytelników – zdjęcie „z dedykacją” zrobione dziś na plaży 🙂

pozdrowienia

Ko Phayam – Thai paradise

środa, styczeń 20th, 2010

Tajlandia od kilkunastu lat stała się bardzo popularnym miejscem dla turystów szukających egzotyki. Szczególnie w czasie gdy w Europie i USA panuje zima. Tutaj w tym okresie temperatury rzadko kiedy spadają poniżej 30 st.C a często osiągają dużo wyższe pułapy. Jednak ten turystyczny ruch spowodował, że mało jest już miejsc gdzie można znaleźć spokój i odpoczynek od wszędobylskich turystów. Ci którzy chcą udać się na wyspy by znaleźć relaks na pięknych piaszczystych plażach najczęściej wybierają jedną z trzech wysp w Zatoce Tajlandzkiej: Ko Tao, Ko Samui lub najbardziej obleganą Ko Pha-Ngan. Bardzo duży ruch turystyczny panuje też na wyspach położonych na południe od popularnego Puketu oraz na Ko Chang położonym w pobliżu granicy z Kambodżą. My postanowiliśmy udać się na wyspy znajdujące się nieopodal granicy z Birmą (Myanmar). Tutaj w odległości kilku kilometrów od Birmy znajdują się trzy wyspy z których najdalej położoną jest Ko Phayam.

To co tutaj zastaliśmy przeszło najśmielsze nasze wyobrażenia. Zanim tutaj dotarliśmy najpierw przez kilkanaście godzin jechaliśmy autobusem z Bangkoku do miasteczka Ranong w którym znajduje się przejście tajsko-birmańskie. Oczywiście nie mogło być łatwo i zwyczajem, z którym spotkaliśmy się już wcześniej w drodze do Bangkoku najpierw autobus wyjechał o dwie godziny później niż się spodziewaliśmy, a potem po męczącej nocy o godz. 4:00 nad ranem poproszono nas o opuszczenie autobusu. Okazało się, że w Chumphon mamy czekać na przesiadkę do kolejnego autobusu zaplanowanego na godz. 5:30. Ten autobus okazał się być małym vanem w który upchano 10 osób i ruszyliśmy w dalszą drogę – właśnie do Ranong. Tak więc po dotarciu do tego miasteczka odczuwaliśmy już spore zmęczenie po nieprzespanej nocy w ciasnych autobusach. Tutaj uzgodniliśmy warunki dotarcia do miejsca skąd wypływają statki i kolejnym vanem udaliśmy się w kierunku zatoki. Statek udający się w kierunku wysp około godz. 9:30 był już zacumowany do brzegu więc po krótkich odprawach mogliśmy już zająć miejsca i czekać na ponad 2-godzinną podróż Morzem Atamańskim w kierunku Ko Phayam. Morze Atamańskie jest częścią Zatoki Bengalskiej na Oceanie Indyjskim i jest zaskakująco czyste (choć woda w pobliżu samego Ranongu miała mocno błotnisty kolor, ale spowodowane to było zapewne rzeką wpływającą do morza właśnie w tym miejscu i obfitymi połowami morskimi jakie odbywają się z licznych tutaj statków rybackich).

Statek rybacki

Płynąc w kierunku Ko Phayam mijaliśmy po drodze dwie inne sporej wielkości wyspy na których widać piękne dżungle i palmowe wybrzeża. To co jednak zastaliśmy po dotarciu do celu naszej podróży, czyli Ko Phayam wynagrodziło nam trudy całej podróży. Słońce było już niemal w zenicie, a wyspa witała nas małą przystanią przy której rozciągają się piaszczyste plaże. Na wyspie nie ma samochodów, ani innych dużych pojazdów mechanicznych, a podstawowym środkiem transportu są tutaj motorowery i rowery.

Ko Phayam

Jeśli ktoś chce się przedostać na drugą stronę wyspy może skorzystać z taksówki motorowerowej 🙂 Kierowca motoroweru ma ubraną kamizelkę z dużym napisem „taxi” i właściwym numerem taksówki na plecach. Może zabrać jednego turystę z jednym plecakiem, który umieszcza się pomiędzy kierownicą a kierowcą. My chcieliśmy przedostać się na drugą stronę wyspy ponieważ tam znajduje się najpiękniejsza, długa na kilka kilometrów plaża i tam można znaleźć bungalowy w których chcieliśmy się zatrzymać. Wyspa Ko Phayam nie jest duża. Odległość do brzegu po przeciwnej stronie wyspy wynosi około 7 km. Na wyspie jest tylko jedna wioska (od strony przystani morskiej). Pozostali mieszkańcy mieszkają w porozrzucanych po wyspie drewnianych chatach na palach. Podobno w sumie mieszka tutaj około 2 tys. osób.

Tak więc po ustaleniu ceny dwoma motorowerami udaliśmy się na przeciwny brzeg wyspy by tutaj poszukać odpowiedniego cenowo bungalow w którym spędzimy kilka najbliższych dni rokoszując się urokiem wyspy. Jazda wąskimi drogami po których co jakiś czas mijały się jedynie motorowery uświadomiła nas jeszcze bardziej jak cudowne panują tutaj warunki. Ma wyspie znajdują się piękne egzotyczne drzewa i roślinność, pomiędzy którymi przedzierają się gorące promienie słoneczne.

Owocki

To co po kilkunastominutowej jeździe zobaczyliśmy po drugiej strony spowodowało opad szczęki jeszcze większy od tego, który mieliśmy na kambodżańskich wyspach Koh Russei i Koh Rong. Długa i piękna z białym, drobnym jak mąka piaskiem plaża, cudownie krystaliczna, turkusowa woda, egzotyczna roślinność na wybrzeżu i co najważniejsze pusto. Na całej kilkukilometrowe plaży znajdowało się nie więcej niż dziesięć osób!

Plaza na Ko Phayam

Na wybrzeżu znajduje się tutaj kilka różnych guesthousów z bambusowymi bungalowami więc dość szybko znaleźliśmy właściwe miejsce za właściwą cenę 🙂 Co najważniejsze ceny w tym rajskim środowisku są niższe niż pokojów w najtańszych miejscach Bangkoku tak więc znaleźliśmy dokładnie to czego szukaliśmy: rajską egzotykę za grosze. Bungalowy mają podstawowe wyposażenie i co wygodne, każdy z nich ma prysznic i ubikację więc jest wszystko co potrzeba przy takim zakwaterowaniu. W dodatku bliskość natury i spokój jaki tutaj panuje powoduje, że jest to wymarzone miejsce do odetchnięcia od tłoku i zgiełku z jakim spotkaliśmy się w Bangkoku. Ceny posiłków też nie są tutaj wyższe niż w innych częściach Tajlandii więc jest to idealne miejsce do relaksu na łonie natury.

Widok z bungalow

Widok z otwartego okna bungalow wprost na przepiękne morze i jego szum, przy ciszy od wszelkich przejawów cywilizacji daje poczucie relaksu o jaki już coraz trudniej w tym zglobalizowanym, kurczącym się świecie. Nie ma tutaj prądu (generatory uruchamia się tylko wieczorem na około 3-4 godziny), a na plaży (w przeciwieństwie do innych miejsc jakie już widzieliśmy) nie ma handlarzy oferujących wszelakiej maści usługi i produkty. Szum morza jaki słychać w nocy przy otaczających bungalowy ciemnościach daje spokojny sen rodem wprost z dziecięcych marzeń 🙂

Może jedynie znaki ostrzegające przed ewentualnym tsunami lub trzęsieniem ziemi, wskazujące kierunek potencjalnej ewakuacji mogą u osób z bujną wyobraźnią wywołać chwilową gęsią skórkę 😉 Oczywiście w tej części świata takie potencjalne zagrożenie istnieje zawsze więc miejscowe władze nauczone przejściem kilka lat temu tsunami w południowej części Tajlandii dbają o właściwe ostrzeżenia i oznakowania dla zapewniania właściwego poziomu bezpieczeństwa.

Tsunami

Najciekawsze dla nas jeśli chodzi o warunki plażowo kąpielowe jest zachowanie wody przy tutejszym wybrzeżu. Właściwie jest ona wyjątkowo spokojna (czasem niemal gładka tafla) z regularną co jakiś czas tworzącą się piękną falą grzebieniową. Nie trzeba chyba opisywać jaką frajdę sprawia poddawanie się takiej fali 🙂 Posługując się prostą deską można płynąć, dając się ponieść na grzbiecie takiej fali w kierunku plaży, lub też poddać się naturalnemu jacuzzi masującemu całe ciało.

Zachód słońca obserwowany z hamaka lub huśtawki wprost przy plaży nie ma w sobie równych.

Zachod slonca na Ko Phayam

Możemy śmiało powiedzieć, że trafiliśmy do raju. W dodatku pozwalającemu rozkoszować się naturą za naprawdę groszowe pieniądze na miarę typowej kieszeni trawelersa 🙂 Jeżeli więc ktoś z drogich czytelników potrzebuje wskazówek jak tutaj dotrzeć – z chęcią pomożemy!

Na koniec prosimy o kliknięcie w brzuszek Pajacyka aby zapewnić w ten sposób posiłek niedożywionemu dziecku z Polski.
Przypominamy też, że pozostał ostatni dzień głosowania na Blog Roku 2009. Do przejścia do kolejnego etapu brakuje nam dosłownie paręnaście głosów więc jeśli drogi czytelniku masz komórkę z której możesz oddać na nas swój głos bardzo prosimy o przesłanie SMS’a o treści D00124 (po literce „D” znajdują się dwa zera) na numer: 7144 (koszt 1,22 zł). Z góry dziękujemy!

Zaktualizowane galerie zdjęć

poniedziałek, styczeń 18th, 2010

Kochani, zapraszamy do zaktualizowanych galerii zdjęć z Wietnamu i Kambodży na naszym blogu.

Zdjęcia można znaleźć w menu „Photo (zdjęcia)” naszego blogu oraz jako prezentacje w postaci pokazu slajdów z podkładem muzycznym na stronie głównej „Świat Pod Stopami” w sekcji „Galeria„.

Serdecznie pozdrawiamy wszystkich drogich czytelników! 🙂

Night life in Bangkok

poniedziałek, styczeń 18th, 2010

Jednak Bangkok to nie tylko Royal Palace i świątynie. Nazywany „oknem na świat” Azji południowo-wschodniej ma turystom do zaoferowania znacznie więcej niż wspaniałe zabytki. Jak pisaliśmy we wcześniejszym wpisie – jest miastem kontrastów, wybuchową mieszanką kultur i narodowości, smaków, zapachów i kolorów, miejscem, gdzie to, co drogie, nowoczesne i bogate, sąsiaduje „przez płot” z tym co biedne i obskurne. Podobno Bangkok można kochać albo nienawidzić. Ale jest chyba jeszcze jedna opcja – poznawać, oglądać, chłonąć tę specyficzną atmosferę, starać się nie słyszeć wszechogarniającego hałasu i zamieszania, po prostu być obserwatorem tego szaleństwa i czasami poddawać się dyktowanym przez nie regułom gry.
Tak właśnie spędziliśmy nasze kilka dni w Bangkoku. Daliśmy się porwać temu, co to miasto ma do zaoferowania – najlepszego i… nazwijmy to dyplomatycznie „najciekawszego”.

Centrum Bangkoku

Pierwsza nasza wycieczka po Bangkoku była tylko pobieżnie zaplanowana. Z grubsza wiedzieliśmy dokąd i którędy chcemy się dostać i co tam zobaczyć, ale bez dokładnego pomysłu. Zaczęliśmy więc od kilkunastominutowej podróży tramwajem wodnym na południe miasta. Oczywiście wybraliśmy tramwaj lokalny na głównej rzece – tani i nieziemsko zatłoczony. Z tej perspektywy widać dokładnie, jak tuż przy ogromnych, bogatych hotelach na brzegu rzeki istnieją niemal slumsowe drewniane, rozpadające się domy biedaków. Na horyzoncie widać „city” czyli nowoczesne centrum z ogromnymi drapaczami chmur, a co jakiś czas na obu brzegach lśnią bogactwem i przepychem kolejne świątynie (waty). Podobno wycieczka wodną taksówką kanałami miasta jeszcze dobitniej pokazuje jak wygląda bieda w Bangkoku. Po skorzystaniu z „wodnej komunikacji miejskiej” przesiedliśmy się do cudu techniki – Skytraina. Pociąg miejski, którego linia jest poprowadzona w powietrzu, nad ulicami, wciśnięta pomiędzy bloki, pozwalający niemal z lotu ptaka oglądać Bangkok. Podróż Skytrainem odbyliśmy z nosem przyklejonym do szyby, nie mogąc uwierzyć, że u podnóża drogich, szklanych wieżowców są całe dzielnice slumsów, że pomiędzy centrami biznesowymi stoją straszące, opuszczone albo nigdy niedokończone bloki albo hotele. Wreszcie dojechaliśmy do stacji centralnej – Siam Centre. Byliśmy ze wszystkich stron otoczeni ogromnymi centrami handlowymi – od najtańszych, w wystroju podobnych do warszawskich KDT (chyba już „byłych KDT”) aż po takie, w których znajdują się tylko ekskluzywne butiki najdroższych światowych marek. Oczywiście najwięcej czasu spędziliśmy w MBK czyli najtańszym z możliwych, 6- piętrowym, ogromnym molochu handlowym, gdzie można kupić dosłownie wszystko (OK, prawie wszystko, my chcieliśmy kupić pareo i się nie udało, bo po prostu nie było, albo nie znaleźliśmy) i to za całkiem przyzwoite pieniądze. Wyczerpani kilkugodzinnym chodzeniem po stoiskach z najróżniejszym asortymentem, z plecakami ciężkimi od niekoniecznie potrzebnych (ale jakże okazyjnych!) zakupów, szukaliśmy miejsca do naładowania akumulatorów czyli tzw. w naszym języku „żarciowiska”. Spodziewaliśmy się trafić na jakąś lokalną kuchnię, z tanim i dobrym jedzeniem, może być na plastykowych talerzach, a wylądowaliśmy w rewelacyjnej, japońskiej restauracji sushi! Był to wybór jak najbardziej świadomy, bowiem w MBK znajduje się bardzo dużo dobrych restauracji z tajskim jedzeniem, ale każdy kto nas zna wie, że za sushi damy się pokroić, wiec gdy zobaczyliśmy w eleganckiej „suszarni” promocję „jesz ile możesz” za cenę 280 bathów od osoby (ok. 24 zł) to nie mogliśmy się oprzeć pokusie – było pysznie, pięknie i jak się później okazało cena zawierała również napoje, owoce i desery. Naprawdę można się przejeść… na szczęście na jedzenie jest ograniczony czas (75 minut – to i tak strasznie dużo) więc to nas uchroniło przed katastrofą 😉

Sushi w MBK

Po takim obiedzie najlepszą opcją był spacer po okolicy a później drzemka w parku – zupełnie przez przypadek doszliśmy do jednego z najpopularniejszych parków Bangkoku – Luphini Park gdzie można było przyjrzeć się w jaki sposób mieszkańcy Bangkoku uciekają od codziennego tłoku i szumu. Wieczorem dotarliśmy do bardzo popularnej atrakcji turystycznej Bangkoku – Patpong, czyli tutejszej Dzielnicy Czerwonych Świateł. Oczywiście podstawą jest tu night market, na którym można kupić wszystko ale w tle, w miarę zapadania nocy, ożywa coraz bardziej intensywne życie nocne. Niezliczona ilość nocnych klubów typu go go, striptizów z najrozmaitszymi pokazami (dla ciekawskich szczegóły na maila 🙂 dbamy o zawartość naszego bloga i nie chcemy nikogo oburzać ani zniesmaczać), domy uciech – bardzo szczerze przedstawiające swój „asortyment” (patrz zdjęcie niżej), ku uciesze turystów z całego świata, otwierają swoje drzwi na oścież i zachęcają do zabawy.

Electric Blue

Oczywiście, żeby spektrum oferowanych usług było pełne, każdy znajdzie tu coś dla siebie – bowiem nie tylko panie pokazują swoje wdzięki:

Men

(Kto nam pomoże rozwiązać dylemat – czy szyldy z powyższego zdjęcia mają być zachętą dla pań, czy raczej dla panów szukających chłopców? Bo każde z nas inaczej zrozumiało „przesłanie” tej ulicy).
Ogólnie rzecz biorąc uważamy Patpong za „przereklamowany” i skierowany przede wszystkim do turystów (szczególnie w porównaniu do Red Light District w Amsterdamie).
W kolejny wieczór, nie wiedzieć czemu, postanowiliśmy odwiedzić tutejsze Chinatown. Nie wiedzieć czemu, ponieważ po trzech miesiącach spędzonych w Chinach i poczuciu, że Chin mamy dość (aż „za dość”) nasza decyzja nam samym wydaje nam się niezrozumiała. Ale poszliśmy 🙂 Tak, nasz kolejny spacer po Bangkoku to było parę kilometrów wczesnym wieczorem (ok. 20-ej) do Chinatown. Jakież było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że o tej porze w ulicach nieturystycznych, ale nadal w samym centrum miasta, życie po prostu umiera. Przechodziliśmy przez całe ulice ciemne i ze wszystkimi sklepami pozamykanymi „na głucho”. Nawet w domach nie świeciły się żadne światła, tylko bezdomni szukali miejsca na nocleg, a koty buszowały po śmietnikach. Mimo wczesnej godziny było przerażająco. Po drodze mijaliśmy niekiedy tak samo jak my zagubionych turystów, w świetle latarni po raz kolejny studiujących mapy… chyba nikt z tych osób się nie spodziewał, że tak wcześnie może być tak pusto i cicho.
Wreszcie dotarliśmy do celu – no cóż, może i nie lubimy za bardzo Chin, tamtejszych zapachów i klimatu chińskich marketów, ale widzieliśmy tego już tyle, że tutejsze Chinatown wydało nam się nędzną namiastką. Niemal zamykający się już jedzeniowo-owocowy market, sklepy pełne chińskich produktów ozdobnych i miejscami czerwone lampiony, a do tego wszędzie napisy po chińsku – ogólnie słabo. Jedyną zupełnie dla nas nową rzeczą, jaką widzieliśmy podczas tego spaceru były przenośne stragany z podsmażanymi na głębokim tłuszczu robakami i owadami – karaluchy, świerszcze, jakieś pędraki, a nawet czarne skorpiony… to było faktycznie godne uwagi. Oczywiście do pooglądania bo nawet nam do głowy nie przyszło, żeby kupować i próbować.

Robaczki

Po wszystkich nocnych atrakcjach oraz zabytkach – zostało nam jeszcze jedno, znane na całym świecie miejsce w Bangkoku – weekendowy rynek Chatuchak – największy market Tajlandii, zajmujący ponad 1 kilometr kwadratowy powierzchni. Rynek działa tylko w soboty i w niedziele a każdego z tych dni odwiedza go do 300 000 klientów. To już jest zdecydowanie miejsce gdzie można kupić wszystko. My kupiliśmy wreszcie pareo (ładne, zielone, a pareo w takich podróżach to jeden z podstawowych elementów wyposażenia). Ale „zaszaleliśmy” też i staliśmy się posiadaczami „copy watches” – kupiliśmy sobie po zegarku Diesla, w okazyjnej cenie 100 batów (czyli ok. 8,50 zł/sztukę). Tak, tak, wiemy – nie trzeba być znawcą tematu, żeby wykrzyknąć „Przecież to podróby”. Oczywiście że tak! Ale jakie ładne 🙂 Oczywiście mają mało wspólnego z Dieslem (poza napisem na tarczy i na klamerce od paska) i pewnie pożyją ok. 2 tygodnie (dziś mają już drugi dzień i oba nadal chodzą), ale przecież coś trzeba na takim markecie kupić 🙂 A skoro jesteśmy w królestwie podróbek to daliśmy się ponieść! Dodamy jeszcze, że i tak nie kupiliśmy najbardziej ekskluzywnej wersji, bo w tych droższych na tarczy był narysowany datownik (oczywiście zawsze wskazujący tę samą datę :-)). Spędziliśmy na Chatuchak kilka godzin starając się nie oszaleć od tłumu i upału. Jak ktoś jest w czasie weekendu w Bangkoku to na pewno warto to miejsce odwiedzić, ale trzeba mieć na to co najmniej cztery godziny, a przy planach na „poważniejsze” zakupy, pewnie cały dzień nie byłby za długi 😉

Chatuchak

Jeśli chodzi o poruszanie się po Bangkoku, to poza metrem i miejskimi autobusami korzystaliśmy ze wszystkich możliwych środków transportu – tramwaje wodne, taksówki (lądowe), Skytrain i tuk-tuki. O ile w komunikacji miejskiej nie ma żadnych „haczyków” – kupujesz bilet i jedziesz, to jeżdżenie tuk-tukami i taksówkami wymaga dużej ostrożności i umiejętności twardego negocjowania ceny. Taksówkami można jeździć nawet w miarę tanio, pod warunkiem, że płacimy według wskazania licznika a nie się umawiamy z kierowcą (bo to zawsze dużo drożej), natomiast mając dużo czasu można podróżować bardzo tanio tuk tukami. Potrzeba jednak dużo czasu, ponieważ jeśli chcemy mało zapłacić za przejazd to musimy dać się kierowcy zawieźć do jakichś sklepów – głównie koszmarnie drogich z biżuterią, albo biur podróży – zazwyczaj wiozą do najdroższych TAT – Tourist Authorities of Thailand. Nie należy w tych miejscach nic kupować, a traktować tylko jako element taniej jazdy tuk- tukiem i kurtuazyjnie zadać kilka pytań. Zabawa polega na tym, że te sklepy dają kierowcom tuk-tuków kupony na paliwo, za każdego przywiezionego do nich turystę, dlatego płacimy mało. Jednak jeśli nie mamy już czasu ani siły na żadne dodatkowe sklepy, to i tak przyzwoita cena za tuk tuka to zazwyczaj połowa ceny zaproponowanej przez kierowcę. I zawsze wybierając tuk tuka należy najpierw ustalić cenę a później dopiero wsiadać. Ale warto, bo nocna jazda tuk tukiem po zatłoczonych ulicach Bangkoku to istne szaleństwo 🙂

Tuk tuk

Aha, no i dementi – już się przekonaliśmy, że tajskie jedzenie jest EXTRA! Mieliśmy okazję kupować lokalne specjały w różnych miejscach – od ulicznych barów serwujących świeżo przyrządzane pyszności na plastykowych talerzach aż po niezłe restauracje i bufety w centrach handlowych i wszędzie jedzenie było bardzo pyszne!

Uliczne jedzenie

W Bangkoku spędziliśmy tydzień. To dość dużo jak na to miasto. Chwilami mieliśmy wrażenie że nawet za dużo. Na szczęście dziś już wyjeżdżamy – za radą poznanego w Kambodży niemieckiego turysty, który podróżuje po Azji ponad 20 lat (!!!) wybraliśmy niedużą, mało znaną wyspę na której podobno panuje cisza i spokój (mało turystów, o co w Tajlandii naprawdę trudno). Oby!

PS. Korzystając z w miarę swobodnego dostępu do Internetu trafiliśmy w sieci na kilka w miarę świeżych artykułów, które nawiązują do naszych wpisów z Kambodży – zachęcamy do przeczytania:
– bardzo poważnie – wstrząsający wywiad z człowiekiem który przeżył Reżim Czerwonych Khmerów w Kambodży: http://wyborcza.pl/1,75480,7426686,Moje_pola_smierci.html
– bardzo niepoważnie – o roli marihuany w kuchni czeskiej i o liberalizacji czeskiego prawa: http://wyborcza.pl/1,75480,7426247,Gotujemy_z_Marysia.html

A teraz naszym zwyczajem kliknij w brzuszek Pajacyka i zapewnij w ten sposób polskiemu dziecku posiłek.

Kilka porad praktycznych:
Transport:
– podróżować po Tajlandii autobusami należy tylko z prywatnymi biurami podróży. Tajska Agencja Turystyki jest tu bardzo popularna (TAT) ale ich usługi są bardzo drogie. Przykład: za bilet autobusowy typu VIP (to takie szumne określenie normalnego autobusu) w prywatnym biurze podróży zapłaciliśmy 600 bathów, podczas gdy w TAT oferowano nam w zasadzie taki sam standard za 1650.
– jeżdżąc tuk tukami należy zawsze najpierw ustalać cenę za przejazd. Jeśli mamy trochę więcej czasu to można jeździć bardzo tanio jeśli zgodzimy się i ustalimy jeden lub dwa przystanki w sklepach (najlepiej po prostu poprosić o postój nie w sklepie, ale w jakiejś agencji turystycznej gdzie możemy wykorzystać te parę lub paręnaście minut na ustalenie sposobu podróżowania, trasy lub zdobycia podobnych informacji – nic nie musimy kupować a informacja zawsze się przyda :-)a jeśli ma się mało czasu lub siły, to targować się do połowy ceny zaproponowanej przez kierowcę.
Jedzenie:
W Bangkoku jest kilka popularnych miejsc gdzie można na bank zjeść bardzo smacznie i tanio. Przede wszystkim są to night markety i popularne turystycznie ulice takie jak: Khan San, Ramutri, Patpong, Surwaong czy Trok Itsaranuphap. Bardzo dobrze i niedrogo można również zjeść w centrach handlowych MBK i Siam Paragon. Szczególnie to drugie miejsce warte jest polecenia, bowiem na najniższym piętrze znajduje się kilkadziesiąt lub nawet kilkaset restauracji oferujących w zasadzie wszystko co można sobie wyobrazić a zakupy są bajecznie proste bowiem za wybraną kwotę otrzymuje się specjalną kartę, którą płaci się bezgotówkowo w dowolnie wybranym miejscu (nie ma tu możliwości płacenia w inny sposób). Na koniec w wyznaczonych punktach otrzymujemy zwrot niewykorzystanej kwoty. Wszystko odbywa się więc sprawnie i wygodnie. Z podobnym rozwiązaniem spotkaliśmy się już wcześniej w Chinach i bardzo je chwalimy. Oczywiście najlepszym sposobem znalezienia dobrego jedzenie jest eksperymentowanie na ulicznych straganach. Zazwyczaj jest to również najtańsza opcja. Do takich przypadkowo odkrytych miejsc możemy zaliczyć mały night market z pysznym jedzeniem na ulicy Burapha niedaleko ulicy Botphram.

Bangkok – tutaj rządzi Król i turystyka :-)

piątek, styczeń 15th, 2010

Nasze eksplorowanie Bangkoku rozpoczęliśmy zgodnie z planem od najważniejszych obiektów tego miasta, czyli świątyń i kompleksu pałacowego. Na dalszy ogień poszły dzielnice i miejsca wskazywane przez tubylców i miłośników Bangkoku jako warte uwagi.
Bangkok to – jak się przekonaliśmy po kilkudniowych badaniach tej aglomeracji – miasto kontrastów. Sama jego pełna nazwa w tłumaczeniu na nasze języki bije wszelkie rekordy bowiem w tłumaczeniu brzmi ona „Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu.”. I to prawda – obok tłoku, upału i hałasu, jest tu sporo magii i pięknych miejsc. Efekt jest taki, że miasto to przyciąga turystów z całego świata i sprawia, że jak już tu trafią to rodzi się w nich do niego miłość 🙂
To co rzuca się od razu w oczy przyjeżdżającym do Bangkoku to przemożny wpływ króla. Jego wizerunki, ołtarze itd. znajdują się niemal na każdym skrzyżowaniu. Król spoziera na swoich poddanych z różnych bogato przystrojonych bram nad ulicami, specjalnych ołtarzy, malowideł i obrazów, ogromnych zdjęć na ścianach wieżowców, banknotów oraz ścian ulicznych barów a nawet nocnych klubów 🙂 Z jednego z banknotów dowiedzieliśmy się również, że hobby króla to fotografia 🙂 Po prostu król rządzi i basta!

Krol rzadzi

Kompleks pałacowy jest chyba najbardziej obleganym i najchętniej odwiedzanym miejscem przez turystów. Wybraliśmy się tam z samego rana w normalny dzień tygodnia i już wtedy w jego kierunku zmierzały całe tłumy turystów. Mimo tego, największy nawał tłumów udało nam się wyprzedzić, w miarę sprawnie nabyć bilety po czym przejść do zwiedzania obiektów wchodzących w skład tego kompleksu. Jego różnorodna architektura i przepych może przyprawić o zawrót głowy i z całą pewnością zasługuje na miano Grand Palace jakim jest określany. W porównaniu do podobnego w swoim charakterze kompleksu pałacowego jaki oglądaliśmy w stolicy Kambodży Phnom Pen jest o wiele bardziej rozbudowany i lśni jeszcze większym przepychem. Jego powierzchnia wynosi 218 tys.m2 a długość otaczających murów przekracza 1900 m. W architekturze tutejszych świątyń i budynków pozwalających królowi sprawować władzę nad Syjamem widać zresztą wpływy khmerskie (kambodżańskie) i birmańskie. Na terenie tzw. górnego tarasu, który składa się z trzech ogromnych i mieniących się przepychem monumentów-świątyń (Phra Siratana Chedi, Phra Mondop i Prasat Phra Dhepbidorn), znajduje się nawet kilkumetrowa pieczołowicie wymurowana makieta bardzo dokładnie odtwarzająca kambodżański Angkor Wat. Mieliśmy więc teraz możliwość zobaczenia „z lotu ptaka” tego co widzieliśmy kilka tygodni wcześniej w skali 1:1 😉

Makieta Angkor Wat

Całość pałacowych obiektów jest niesamowicie zadbana i strojna, a prace renowacyjne nad tymi obiektami trwają niemal non stop. Część z budynków królewskich była nawet z tego powodu zamknięta, ale wśród takiego ogromu pięknych budynków nie miało to żadnego znaczenia. Malowidła pokrywające ściany zabudowy, przedstawiające różne historie z życia królów ciągną się przez niezliczone metry a ich kunszt przykuwa uwagę niemal każdego zwiedzającego. W czasie naszej wizyty również te elementy w niektórych miejscach pałacu były skrupulatnie konserwowane i odtwarzane. Widać, że pieniądze uzyskiwane ze sprzedaży biletów nie idą na marne i dobrze służą kompleksowi 🙂

Renowacja malowidel

Największe wrażenie robią chyba świątynie, które w swoim przepychu mienią się różnymi światłami, a najbogatsze wykończenia wykonane są ze złota i masy perłowej. Wejść do świątyń strzegą rozmaite złe duchy – demony, których bez względu na to czy w nie wierzymy – wielkość i zdobienia budzą respekt 🙂

Swiatynne demony

W jednej ze świątyń znajduje się słynny, przebierany o każdej porze roku w inne stroje Szmaragdowy Budda, któremu Tajowie przychodzą składać hołd i kierować modlitwy. Nie wolno mu robić zdjęć, ale nie jest on tak efektowny jak inne posągi Buddy, które można znaleźć w innych świątyniach Tajlandii czy Kambodży. Ma kilkadziesiąt centymetrów wysokości a jego „niski wzrost” nadrabia jego wysoko umiejscowiony tron na którym zasiada 🙂 Przed wejściem do świątyni ludzie gremialnie skrapiają głowy kwiatami lotosu zanurzonymi w święconej wodzie.

Kropienie lotosem

W całym kompleksie najważniejszy jest jednak budynek pałacowy Chakri Maha Prasat, w którym znajdują się trony i sale ministerialne. Jego otoczenie z pięknie przystrzyżonymi drzewami stanowi doskonałe uzupełnienie kunsztownej konstrukcji i wykończeń pałacu. Obecnie w zasadzie tylko część recepcyjna budynku jest wykorzystywana dla różnych celów. Podejmowani tu są również oficjalnie zagraniczni ambasadorzy oraz odbywają się bankiety z okazji wizyt mężów stanu.

Hakri Maha Prasat

Kolejnymi obowiązkowymi miejscami do odwiedzenia w Bangkoku są świątynie buddyjskie. Jest ich w całym mieście sporo więc warto zdecydować się, które z nich będą dla nas szczególnie interesujące. My wybraliśmy świątynie Wat Arun i Wat Pho. Ta pierwsza świątynia znajduje się na podobnej wysokości Bangkoku co kompleks pałacowy, ale po drugiej stronie przepływającej przez Bangkok rzeki Mae Nam Chao Phraya. Żeby do niej dotrzeć należy więc udać się do przystani promowej i przepłynąć do najbliższej przystani na drugi brzeg. Świątynia Wat Arun to przede wszystkim wysoka, ponad 80-metrowa wieża w typowo khmerskim stylu. Wybudowano ją w połowie XIX wieku za panowania króla Ramy II, a dokończona za panowania kolejnego króla Ramy III. Jej ściany są bogato przystrojone chińską porcelaną, której całe tony statki ówcześnie przybywające z Chin do Bangkoku stosowały jako balast. Daje to piękny efekt połysków i kolorów w prażącym niemiłosiernie słońcu, które w Bangkoku rzadko kiedy chce się schować za chmury 🙂

Wat Arun

Na wieżę można się wspiąć do mniej więcej połowy wysokości po bardzo stromych schodach (naprawdę trzeba uważać i o ile teraz wmontowano przy nich mocne metalowe poręcze ułatwiające wchodzenie, to aż trudno sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedyś gdy tych poręczy nie było). Wejście na taras otaczający tę wieżę ze wszystkich stron daje możliwość podziwiania z góry Bangkoku, zatłoczonej rzeki, na której ruch wodny odbywa się niemal tak gęsto jak na normalnych drogach i wysokich wieżowców wyłaniających się od strony centrum miasta.

Bangkok z Wat Arun

Innym dużym kompleksem świątynnym jest Wat Pho. Wart jest odwiedzenia nie tylko ze względu na niesamowicie złożoną architekturę i mnogość świątyń, ale również przez największy na świecie posąg leżącego Buddy – w dodatku znajdującego się wewnątrz świątyni, więc zajmującego niemal całe jej wnętrze 🙂 Wat Pho to przepiękne świątynie i jeśli chodzi o Tajlandię, największa liczba posągów Buddy zgromadzona w jednym miejscu. Oprócz większych posągów Buddy w poszczególnych świątyniach, również wzdłuż ścian budynków znajdują się całe setki połyskujących złotem posągów.

Wat Pho

Największe wrażenie robi jednak rzeczony wcześniej posąg leżącego Buddy. Ogromny pokryty złotem posąg ma długość 46 metrów, a jego czubek głowy mimo pozycji leżącej, znajduje się na wysokości 15 metrów. Jego rozmiar przyciąga tutaj tłumy turystów, które w wystawionych szkatułach zostawiają mnóstwo monet, które potem z brzękiem wrzucane są do posągu, wywołując tajemnicze rozchodzące się echem w całej świątyni dźwięki.

Wat Pho 2

Wat Pho to również najwcześniejsze centrum edukacji publicznej założone w tym kraju. Miejsce to jest więc niemal obowiązkową pozycją dla miłośników świątyń buddyjskich.
Oczywiście w całym Bangkoku jest jeszcze wiele innych świątyń, które warto odwiedzić. Każda z nich ma swoją własną ciekawą historię i każda ma do zaoferowania niesamowity klimat i architekturę budynków. Niektóre z nich lśnią pięknem również w nocy kiedy to oświetlają je specjalnie przygotowane światła. Na zdjęciu poniżej Wat Suthat znajdujący się w centralnej części Bangkoku.

Wat Suthat

W następnym wpisie opiszemy nasze wrażenia z odwiedzin szczególnych miejsc i dzielnic Bangkoku 🙂
A teraz kliknij w brzuszek Pajacyka. Zapewnij w ten sposób polskiemu dziecku posiłek.

Kilka porad praktycznych:
Zwiedzanie: Na zwiedzanie kompleksu pałacowego i świątyń najlepiej wybrać się po godz. 8:00 rano. Są po temu dwa ważne powody: 1) o tej godzinie nie ma jeszcze „dzikich tłumów” turystów, którzy w większości wstają na śniadanko w eleganckich hotelach i dopiero po tym czasie udają się na zwiedzanie, 2) o tej godzinie słońce nie praży jeszcze pełną parą.
Uwaga na różnych chętnych do udzielania pomocy. I to nie tylko na „tuktukowców” czy obcych oferujących pomoc i udzielających porad, ale również na pracowników zwiedzanych miejsc. Bardzo często zdarza się, że celowo wprowadzają w błąd mówiąc, że „dziś pałac będzie otwarty dopiero od godz. X po południu” lub „świątynia jest zamknięta i posąg Buddy będzie można oglądać dopiero od godz. X” itp. Po tym jak zdezorientowany turysta będzie myślał nad zmianą planu, będą proponować podwiezienie w inne ciekawe do zwiedzania miejsce, a tak naprawdę chodzi o zarobek, który otrzymują za „naganianie” turystów w miejsca do robienia zakupów czy kupowania jakichś usług. Należy odmawiać pomocy i trzymać się obranego planu, gdyż niemal na pewno są to bzdury wyssane z palca.
Ubiór: do zwiedzania zarówno kompleksu pałacowego jak i świątyń potrzebny jest stosowny ubiór. Inaczej niestety nie można będzie zakupić biletu ani wejść na teren zwiedzanych obiektów. W praktyce wymagane są długie spodnie (do kostki) oraz bluzki czy koszulki zakrywające ramiona (niedozwolone są bluzki na ramiączkach). Te zasady przestrzegane są bardzo restrykcyjnie więc lepiej od razu przygotować sobie właściwy ubiór mimo upałów. W kompleksie pałacowym dla zapominalskich przygotowano wypożyczalnię ubiorów, które w razie czego można przywdziać. Kosztuje to 200 bathów i zwrot tej kwoty otrzymujemy po oddaniu ubioru. Uwaga: należy mieć przygotowaną równo kwotę gdyż w wypożyczalni nie wydaje się reszty ani nie rozmienia pieniędzy.
Transport: Jeśli chodzi o przeprawę na drugą stronę rzeki Mae Nam Chao Phraya najlepiej udać się do jednej z wielu przystani na nabrzeżu (należy sprawdzić miejsca na mapie) i tam za kwotę 3 bathów zakupić bilet uprawniający do przeprawy na drugi brzeg. Z takich przystani można również przedostać się jedną z kilku linii tzw. „wodnych tramwajów” do innego miejsca Bangkoku na wybraną przystań płacąc za ten kurs od 8 do 25 bathów. Należy jedynie sprawdzić w których przystaniach zatrzymuje się dana linia by móc wysiąść w odpowiednim miejscu. Mapy z zaznaczonymi przystaniami dla poszczególnych linii i cenami znajdują się na każdej przystani. Należy unikać tzw. „wodnych taksówek” (do takich przystani bez przerwy zapływa ich całe mnóstwo) i oferowanych turystycznych przejażdżek po rzece i kanałach gdyż jak wiadomo przewoźnikom będzie zależało na wyzyskaniu naiwnego turysty za cenę wielokrotnie wyższą niż standardowe ceny takich kursów.